Rok 2025 był bezapelacyjnie rokiem złota (oraz srebra). Metale szlachetne skradły show nawet manii AI, notując najwyższe stopy zwrotu od 46 lat. I to nie był przypadek. W mojej ocenie, to początek zapowiadanego od lat resetu globalnego systemu monetarnego.


Niby człowiek czekał na te wydarzenia od 15 lat. Ale gdyby 12 miesięcy temu mi ktoś powiedział, że w 2025 roku złoto zdrożeje o 66%, to chyba bym nie uwierzył. A jednak stało się i królewski metal wyznaczył (w ujęciu dolarowym) najwyższą roczną stopę zwrotu od 46 lat. Czyli od roku 1979, gdy w atmosferze manii spekulacyjnej dobiegała końca poprzednia wielka fala rewaluacji „barbarzyńskiego reliktu”.
W 2025 roku na rynku złota widzieliśmy wiele. Najpierw imponująco silny i stabilny wzrost cen zimą i wiosną, który doprowadził nas w okolice 3 500 USD/oz. i przełamania bariery trzech tysięcy dolarów za uncję. Później doświadczyliśmy tradycyjnej letniej flauty. Ale od sierpnia złoto znów drożało jak szalone, szybko przełamując granicę 4 000 USD/oz. oraz po 45 latach wreszcie poprawiając realny (tj. skorygowany o oficjalną inflację CPI) rekord ze stycznia 1980.
Zobacz także
Ostra październikowa korekta okazała się bardzo krótka. Nie było trzeciej fali spadkowej i już w połowie listopada notowania królewskiego metalu znów ruszyły w górę, by pod sam koniec roku ustanowić nowy rekord na wysokości 4 583,75 USD/oz. Rok temu takiego obrotu spraw nie spodziewali się nawet najbardziej zatwardziałe goldbugi. Nawet chłopaki z Incrementum w maju obstawiając „Wielkiego Longa” w scenariuszu bazowym typowali 4 821 USD/oz…. ale dopiero w roku 2030! A gdy rok wcześniej odważnie stawiali na niemal 5 000 USD/oz., to wciąż byli obiektem drwin. Teraz są już prognozy z piątką z przodu osiąganą jeszcze w 2026 roku.
Złoto wraca na monetarny tron
W latach 70-tych XX wieku cena złota wyrażona w USD wzrosła z 35,4 USD do 850 USD/oz. w styczniu 1980 roku. 24-krotny wzrost dolarowych notowań złota był reakcją na upadek systemu z Bretton Woods i wprowadzenie modelu petrodolara oraz płynnych kursów walut fiducjarnych. Czyli pieniądza niemającego pokrycia w niczym materialnym i bazującego wyłącznie na wierze w jego wartość oraz państwowy przymus jego stosowania. W ujęciu globalnym kluczową formą takiego przymusu stanowiła konieczność rozliczania handlu ropą naftową w dolarze amerykańskim. Po 2022 roku reżym petrodolara zaczął upadać, gdyż handel rosyjską ropą odbywa się teraz głównie w chińskim juanie czy indyjskiej rupii. Coś się skończyło. I to zapewne bezapelacyjnie.

W codziennych rynkowych komentarzach czy raportach analitycznych zwykle otrzymywali Państwo standardowy zestaw powodów, dla których złoto drożało. Były to zakupy banków centralnych (zwłaszcza w pierwszym półroczu), potężny napływ gotówki do ETF-ów (to już historia ostatniego kwartału), chęć zabezpieczenia się przed ryzykiem geopolitycznym (patrz: wojny celne prezydenta Trumpa) czy wreszcie lęk przed powrotem wysokiej inflacji i nierozsądnymi cięciami stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. Wszystkie te przyczyny są prawdziwe, ale żaden z nich nie oddawał istoty tego, co naprawdę napędzało aprecjację złota.
A w zasadzie nie tyle wzrost cen złota, co dramatyczny spadek wartości dolara amerykańskiego i wszystkich pozostałych walut fiducjarnych. Według mnie to jest prawdziwa istota sprawy. Świat finansów podniósł bunt i już nie wierzy rządom i bankom centralnym, że te dostarczą pieniądz o jako takiej używalności w średnim i długim terminie. Tylko tak można w rozsądny sposób wytłumaczyć fakt, że „barbarzyński relikt” w niespełna dwa lata podwoił się w cenie i w perspektywie ostatnich 10 lat (+309%) niewiele ustępuje pola nawet Nasdaqowi.
- Naszym zdaniem triumf cen złota w ostatnich latach to przejaw utraty zaufania. (…) W ostatnich latach doszło do utraty zaufania do pieniądza fiducjarnego, ale na szczeblu międzynarodowym i instytucjonalnym, co przyspieszyło zmiany w międzynarodowym systemie finansowym. Ich wynikiem jest odwrót od tradycyjnych bezpiecznych aktywów i poszukiwanie alternatywnego medium transakcyjnego i tezauryzacyjnego (tzn. służącego do akumulacji majątku) przez państwa i ich organy (banki centralne, zarządzających aktywami, itp.) – bardzo zgrabnie temat ujęli ekonomiści Banku Pekao (pogrubienia od redakcji).
Trzy silniki wynoszące złoto na nową orbitę
Po prostu coraz więcej inwestorów dywersyfikuje się w kierunku metali szlachetnych w obawie o długoterminową stabilność dolara i światowego systemu finansowego. Te lęki nie biorą się znikąd, a ich źródłem są trzy zasadnicze kwestie. Pierwszą jest utrzymujący się od 6 lat ekstremalnie wysoki poziom zadłużenia publicznego w 10 największych gospodarkach świata. Stany Zjednoczone zadłużone są na prawie 125% PKB, strefa euro średnio na 87%, Chiny na 88%, Japonia na absurdalne 237% (z czego połowa tego długu jest w posiadaniu Banku Japonii, więc równie dobrze można by je anulować), Indie na 82%, a Wielka Brytania na 94%. W Top10 jedynie Niemcy (62%) oraz Brazylia (76,5%) raportują nieco niższe, lecz wciąż wyraźnie podwyższone wskaźniki.
Wprawdzie temat nadmiernego długu wałkowany jest regularnie od 2008 roku (do czego sam nie raz i nie dwa przyłożyłem rękę), ale dopiero od niedawna rynki finansowe zaczynają uświadamiać sobie, jak zła jest sytuacja i że nie ma żadnej szansy na jej istotną poprawę. O ile w latach 2010-20 ten monstrualny dług był możliwy do obsłużenia dzięki niedodatnim stopom procentowym, tak teraz stopy te są wyraźnie wyższe od zera i cały czas rosną w przypadku długoterminowych obligacji skarbowych. Oznacza to nieuchronny wzrost kosztów obsługi długu państwowego w horyzoncie kolejnych kilku lat.
Równocześnie przekonaliśmy się, że rządzący politycy wcale nie chcą oszczędzać. Prezydent Donald Trump uchwalił wielkie cięcia podatków powiększające dług publiczny o 4 bln USD w ciągu dekady, nowa premier Japonii także zwiększyła deficyt fiskalny, a Niemcy odcięli „budżetową kotwicę”, celując we wzrost długu do ok. 80% PKB i finansując w ten sposób program zbrojeń. A to wszystko w warunkach zapaści demograficznej w świecie Zachodu, gdzie dramatycznie spadającej dzietności towarzyszy coraz bardziej roszczeniowa postawa niepracujących już pokoleń.
W takim układzie jedynym możliwym rozwiązaniem jest zwiększenie inflacji w średnim i dłuższym terminie. Zapomnijcie o 2-procentowych celach banków centralnych. Przez resztę tej dekady zapewne będzie to przynajmniej 3% a może i bliżej 5%. Rzecz jasna, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Bo jeśli pójdzie gorzej, to inflacyjny kryzys lat 2020-23 będzie tylko miłą przygrywką. To właśnie te obawy pchają teraz inwestorów finansowych w objęcia złota, kosztem redukcji zaangażowania w papiery dłużne.
Czego można się spodziewać w 2026 roku?
Wymienione wyżej trendy pozostaną w mocy w 2026 i prawdopodobnie także w następnym roku. Nie musi to jednak oznaczać, że napływy gotówki na rynek złota będą równie silne jak w roku 2025. Pamiętajmy, że rynek wycenia przyszłość i złoto po 4,5 tys. USD za uncję wycenia już wiele ze wspomnianych powyżej zjawisk. Rynek jest już bardzo rozgrzany i ewentualna korekta lub nawet trwająca kilkanaście miesięcy flauta dla nikogo nie powinna być tu zaskoczeniem. Nawet w latach 70-tych królewski metal potrafił zaliczyć trwającą półtora roku korektę o zasięgu blisko 50%!
Dobrze też wiedzieć, że na rynku finansowym zjawiska niemal nigdy nie zachodzą liniowo. Rynek to ludzie i na krótką metę potrafi zachować się bardzo emocjonalnie i nieprzewidywalnie. Nawet wtedy, gdy długoterminowe fundamenty pozostają niezmienione. Dlatego też fenomenalna stopa zwrotu za rok 2025 w żaden sposób nie gwarantuje równie dobrego wyniku w tym roku. Co więcej, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że tak spektakularny zeszłoroczny rezultat stanowi istotny czynnik ryzyka dla tegorocznej ścieżku kursu złota.
Owszem, można tu snuć historyczne analogie z latami 70-tymi XX wieku (gdy złoto podrożało o prawie 11% w roku 1980 po fenomenalnym roku 1979), czy początkiem XXI wieku (12 wzrostowych lat z rzędu!), ale uważam to za bezcelowe. Rok 2026 równie dobrze może przynieść zwrot rzędu +50% jak i -50% i nikt teraz nie potrafi przewidzieć, jak będzie naprawdę.
Pomocną dłoń wyciąga ku nam statystyka, która pozwala z grubsza oszacować to, czego po złocie można się spodziewać. Przez poprzednie pół wieku średnia (geometryczna) stopa zwrotu z żółtego metalu (liczona w USD) wyniosła 9,0%. Zeszłoroczna stopa zwrotu o ponad dwa odchylenia standardowe przewyższyła historyczną średnią. W przeszłości złoto zyskało więcej w ciągu jednego roku kalendarzowego tylko w 1973 (75,6%) oraz 1979 (136,2%). Znaleźliśmy się zatem w strefie obserwacji skrajnych i liczenie na ich powtórzenie może okazać się założeniem mocno nierozsądnym. Skądinąd wiemy też, że w obu wspomnianych tu przypadkach rok następny (tj. 1974 i 1980) także były dla złota dość udane przynosząc wzrost cen odpowiednio o 62,2% oraz 10,8% (aczkolwiek w 1980 był to już łabędzi śpiew złota, które szczyt osiągnęło w styczniu i przez resztę roku już głównie taniało).
Reasumując, w mojej ocenie fenomenalna zwyżka notowań złota w 2025 roku zasygnalizowała początek monetarnego resetu, który zapewne będzie rozgrywany przez resztę tej dekady (a może i trochę dłużej), prowadząc finalnie do jeszcze wyższych wycen królewskiego metalu. Ale tego, czy rok 2026 będzie okresem kontynuacji trendu wzrostowego, czy też czasem korekty lub flauty, w tym momencie nie da się wiarygodnie przewidzieć.



























































