„Do 12750 osób, które zamówiły pojedynczy posiłek na Walentynki – wszystko z wami ok, kochani?” – to przykład billboardu, jakim reklamuje się Revolut w londyńskim metrze. Pozornie niewinna wiadomość ściągnęła na fintech uwagę opinii publicznej i instytucji stojącej na straży standardów w komunikacji marketingowej.
Sprawa kampanii reklamowej Revoluta ma kilka kontrowersyjnych wątków. Plakaty prezentujące wizerunek karty płatniczej firmy oraz prostą wiadomość miały zapewne pokazać, że aplikacja fintechu pozwala szczegółowo zarządzać wydatkami. Jak informuje „The Independent”, billboard wywołał nieprzychylne reakcje odbiorców. Skargi na kampanię trafiły do The Advertising Standards Authority (ASA), instytucji branżowej nadzorującej jakość przekazów marketingowych.
Krytycy zarzucają Revolutowi „single-shaming”. Termin ten, nie mający dokładnego odpowiednika w języku polskim, oznacza stygmatyzację singli. Jedna z blogerek wskazała, że ton, w jakim marka zwraca się do odbiorców przypomina jej bardziej „klimat z Bridget Jones z początku wieku niż nowoczesny brand fintech”. Inni zwracają uwagę na protekcjonalną formę wiadomości.
Na inny wymiar problemu zwraca uwagę „The Financial Times”. Gazeta poprosiła Revoluta o wskazanie źródeł, z których firma uzyskała dane użyte w reklamie. Rzecznik fintechu przyznał, że liczba została zmyślona. Dostawcy usług płatniczych, jak również firmy przetwarzające płatności kartowe, nie mają dostępu do danych na poziomie „pozycji na paragonie”. Bank, który wydał nasz plastik, wie tylko gdzie, kiedy i za ile dokonaliśmy zakupów. Nie ma jednak możliwości, bez współpracy z handlowcem, by dowiedzieć się, co rzeczywiście kupiliśmy.
O tym, czy kampania Revoluta może zostać zakwalifikowana jako reklama wprowadzająca w błąd, zdecydują odpowiednie instytucje. The Advertising Standards Authority zapowiedziała skierowanie sprawy do FCA (Financial Conduct Authority – nadzoru finansowego).






























































