REKLAMA
PILNE

Polak w Nowym Jorku: W tym mieście ciągle masz niedosyt [Tam mieszkam]

Malwina Wrotniak2016-04-14 06:00redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2016-04-14 06:00

Szybkie tempo, presja, bezwzględny rynek pracy, ale też wielkie możliwości i ciągła chęć, by robić jeszcze więcej - taki jest Nowy Jork. – Przyjechałem, bo byłem głodny wielkiego świata, sukcesu, działań na globalną skalę – opowiada mieszkający tu od kilku lat Daniel Daszkiewicz, menedżer w Citi.

Kiedy Daniel Daszkiewicz kończył w Polsce studia teologiczne i filozoficzne, nic nie wskazywało, że kilka lat później będzie menedżerem zarządzającym digitalowymi rozwiązaniami w 96 krajach w globalnej korporacji finansowej w Nowym Jorku. Z drugiej strony przyznaje: – Jak tylko przyszedłem do pracy w tym banku, od początku miałem z tyłu głowy, że skoro to bank nowojorski, to moja kariera może być globalna. W najnowszym odcinku #TamMieszkam rozmowa o życiu i pracy w Nowym Jorku.

fot. Zuzanna Odrobińska /

Praca w Nowym Jorku

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Studiowałeś we Włoszech, karierę zaczynałeś w Polsce. Wymarzyłeś sobie te Stany, wychodziłeś je?

Daniel Daszkiewicz: Ludzie romantycznie patrzą na takie historie jak moja - od praktykanta do wysokiego stanowiska w siedzibie w Nowym Jorku. Ale prawda jest taka, że wszystko, do czego doszedłem, było efektem systematycznej pracy. W Polsce pracowałem nad projektem, który był realizowany w skali globalnej. Nawiązywałem nowe kontakty, moja sieć znajomości się powiększała i w pewnym momencie system zadziałał - otworzyła się pozycja, na którą zaaplikowałem i dostałem się. Był to więc wynik sukcesywnej pracy w tym kierunku. Jak tylko przyszedłem do pracy w tym banku, od początku miałem z tyłu głowy, że skoro to bank nowojorski, to moja kariera może być globalna. A kiedy nadarzyła się odpowiednia okazja, po prostu zadziałałem.

A zadziałałeś, bo…?

Bo byłem głodny. Między innymi nowego miejsca. Wcześniej studiowałem w Rzymie, dużo się przemieszczałem po świecie, chciałem więcej. Byłem głodny wielkiego świata, sukcesu, działań na globalną skalę. Myślę, że głód i tak zwany drive to jest to, co mnie definiuje. 

Najadłeś się już?

I tak, i nie. Wiesz, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Perspektywa Nowego Jorku dała mi ogromną szansę i rozwój. Zarządzałem wielkimi projektami, miałem szansę robić rzeczy naprawdę ważne - i z punktu widzenia organizacji, i ważne dla mnie samego. Rozwijam się i ten głód cały czas we mnie jest, chcę robić coraz większe rzeczy. Wydaje mi się, że sam Nowy Jork też tak działa na człowieka - pozostawia w nim ciągły niedosyt.

„Global product head of mobile solutions, zarządza portfolio mobilnych produktów. Wyznacza strategię dla regionalnych i krajowych product managerów w 96 krajach” – czytam o twoim nowojorskim życiu zawodowym.

To prawda. Zawodowo noszę teraz dwie czapki. Po pierwsze zajmuję się projektami mobilnymi. Druga rzecz to innowacje. W części mobilnej mam zespół produktów dostępnych w 96 krajach. Wyznaczam strategię, a później koordynuję pracę regionalnych menedżerów. Po drugie koordynuję pracę wewnętrznego inkubatora finansowych innowacji, gdzie pracujemy ze startupami, dużymi korporacjami i agendami publicznymi różnych krajów.

Dodajmy: z wykształcenia filozof i teolog, nie finansista. Do Stanów zaprowadziła cię chyba głównie intuicja?

Na pewno był to efekt jakiejś intuicji - zarówno mojej, jak i ludzi, którzy mnie zatrudniali. Na początku nie miałem przecież nawet nic wspólnego z finansami – z wykształcenia jestem filozofem i teologiem. Wziąłem udział w Programie Innowacyjnym Citi Handlowy, w ramach którego mój zespół – mający za zadanie zaproponować innowacyjne rozwiązania - wygrał. Po jakimś czasie Bank odezwał się do mnie z propozycją praktyk. Tak się zaczęło. Nie miałem wtedy żadnej szczególnej intuicji czy motywacji, żeby pracować w banku czy w ogóle w korporacji. Byłem raczej takim lwem filozoficznym - wiedziałem, że chcę spróbować czegoś, czego docelowo nie chcę robić. I z takim nastawieniem poszedłem na te praktyki.

fot. Zuzanna Odrobińska /

Takie, a nie inne wykształcenie jest kapitałem, który teraz się zwraca?

Tak naprawdę wszystkiego, co dzisiaj robię, nauczyłem się, pracując w Citi. To, czy ktoś kończy filozofię, czy astronomię z punktu widzenia pracodawcy nie ma chyba większego znaczenia. Studia są raczej po to, żeby sprawdzić, czy dana osoba jest w stanie przyswoić pewną ilość wiedzy, a później tę wiedzę dostarczyć i obrobić. Chodzi więc bardziej o pewną operatywność intelektualną.

Same studia filozoficzne na pewno poszerzają horyzonty, pogłębiają myślenie, sprzyjają nawykowi kwestionowania zastanych rzeczy i zjawisk, co przydaje mi się w pracy. Chociaż do końca nie wiem, czy uczciwie byłoby przypisać to w całości studiom. Zawsze byłem osobą ze skłonnością do analizowania, konfrontacji i refleksji.

Oceniasz, że studia z finansów szybciej doprowadziłyby cię do miejsca, w którym jesteś teraz?

Zupełnie nie. Jestem przekonany, że ludzie powinni robić to, co lubią. Ja lubiłem filozofię i analizowanie różnych jej koncepcji. Wybrałem studia z pasji, chciałem być filozofem. Nie wybrałbym żadnych innych i nie zamieniłbym tej drogi.

Życie w Nowym Jorku

Żyjesz w mieście, o którym mówi się, że nie jest dla wszystkich.

To na pewno świetne miejsce dla młodych ludzi, którzy robią karierę. Nowy Jork to miasto o bardzo szybkim tempie życia, czuć tu dużo presji, pośpiechu, co widać też na ulicach, w metrze. To daje swoisty napęd, przydatny przy robieniu kariery. Z biznesowego punktu widzenia tempo sprzyja -  nakręca do dodatkowej pracy i większego wysiłku, natomiast na dłuższą metę - może wypalać. Krążą nawet takie żarty: Jak poznać turystę w Nowym Jorku? – Po tym, że zatrzymuje się na czerwonym świetle. Nowojorczycy po prostu pędzą do przodu, jeśli nie jedzie samochód, nawet na czerwonym świetle. Myślę, że ciężko byłoby tu żyć osobom, które cenią sobie spokój czy tzw. work-life balance.

Na ile tryb pracy jest inny od tego w Polsce?

Przychodzą mi do głowy trzy różnice. Po pierwsze - mam wrażenie, że w Stanach obowiązuje bardziej płaska struktura organizacyjna. Nie ma tu tej znanej w Polsce hierarchii. I nie chodzi tylko o organigram decyzyjny w firmie, ale bardziej o samą kulturę i filozofię organizacyjną. W Stanach kontakty z menedżerami wyższego szczebla czy osobami decyzyjnymi są po prostu częstsze i bardziej luźne. Myślę, że to sprzyja przepływowi informacji, efektywności pracy, dostępności ludzi. Tu w ogóle pomimo wszechobecnej konkurencji panuje kultura dzielenia się różnymi rzeczami, udostępniania innym, tak żeby każdy mógł coś z tego wynieść, czegoś się nauczyć.

fot. Zuzanna Odrobińska /

Druga różnica to duża popularność mentoringu i coachingu. Ludzie korzystają z doświadczeń innych, często dużo bardziej doświadczonych profesjonalistów. I jest to zupełnie naturalne, żeby mieć swojego mentora, który jest w twojej bądź innej firmie. To są bardzo cenne kontakty, na których zyskują obydwie strony.

Trzecie, co rzuca się w oczy, to bardzo rozciągnięty czas pracy. W Polsce jest on mimo wszystko jasno określony - ludzie oczekują, że między wskazanymi godzinami ktoś inny będzie osiągalny w biurze. Z punktu widzenia globalnego teamu ten czas pracy nie mieści się w takich granicach. Mam zespoły współpracowników na całym świecie - z Chinami dzieli mnie 12 godzin różnicy, z Londynem 5 godzin. Muszę się z nimi często kontaktować, normą więc jest, że mój dzień pracy jest znacznie dłuższy.

W takim otoczeniu częste zmiany pracodawcy są na porządku dziennym?

Rotacje między firmami są o wiele częstsze niż w Polsce. W USA przeciętny pracownik zmienia pracę nawet 11 razy w ciągu 40 lat. Takie przejścia z firmy do firmy, czyli job hopping są bardzo powszechne. Tak samo, jak powszechne są tu zwolnienia. Jeśli ktoś przez całą swoją karierę w Stanach nie został chociaż raz zwolniony, to musiał nie pracować. Powszechne są przesunięcia etatów, restrukturyzacje, zmiany w strategiach, przeprowadzki i migracje za pracą. Zwolnienie jest w całym tym procesie zupełnie naturalnym narzędziem i wszyscy mają tego świadomość. Wynika to też z prawa pracy - większość kontraktów to umowy na czas nieokreślony, które można przerwać w każdym momencie. Myślę, że rynkowi pomaga zarówno to, że każdy wie, że może zostać za chwilę zwolniony, jak i świadomość pracodawcy, że pracownik może odejść w dowolnej chwili. Rynek jest dzięki temu dynamiczny. To konkurencyjny system, przy którym idea ochrony pracy wydaje się mitem.

Czytaj dalej: Jak działają headhunterzy w Nowym Jorku? »

Nie lada gratka dla headhunterów.

Działają tu bardzo intensywnie.

Innymi metodami niż w Polsce?

To, co wydaje mi się inne, to że tworzą relacje z pracownikami, niejako towarzysząc im na ścieżce kariery od samego początku. Headhunter nie zawsze kontaktuje się z daną osobą, żeby zaproponować jej nową pracę, ale po to, żeby zjeść razem lunch i budować relacje, zobaczyć w jakim jest momencie rozwoju i na jakim etapie. Headhunterzy, oprócz zleceń od pracodawców, są tutaj też agentami pracowników, którzy w kontrze do niepewnego rynku pracy pomagają budować pewność w ciągłości zatrudnienia.

Polacy w Dolinie Krzemowej opowiadają, że tam, w miejscu, gdzie oferuje się chyba najbardziej wyrafinowane programy socjalne dla pracowników i najwyższe pensje, pracownika podbiera się konkurencji nie pieniędzmi, tylko wizją pracy nad ciekawymi projektami. A w Nowym Jorku?

Tu jest tak samo. Podam ci przykład development house’u, z którym współpracujemy. Tam pracownicy decydują nad jakim projektem chcą pracować, wybierają to, co wydaje im się bardziej interesujące. I mimo że są kuszeni przez inne firmy wyższą pensją, wolą pracować nad czymś, co jest ciekawe i daje im interesującą perspektywę, niż nad czymś nużącym, co po prostu przynosi więcej pieniędzy. Nowy Jork i samo Citi dają takie możliwości. Pensje są tu transparentne, wszystkie informacje można przecież sprawdzić na glassdoor.com, więc nie ma za bardzo pola manewru. Pracodawca wygrywa więc, oferując możliwość rozwoju i pracy nad globalnymi projektami czy fascynującymi technologiami.

Spotykasz w Nowym Jorku wielu Polaków?

Tak. Polska społeczność w Nowym Jorku jest bardzo silna, wielu Polaków mieszka tu od lat, ale liczni są też ci, którzy wyemigrowali niedawno, tak, jak ja. Wśród nich spotyka się wielu profesjonalnych menedżerów. Spędzamy razem czas nie tylko w grupie pracowników Citi, ale też z ludźmi z innych firm. Prężnie działają tu różne polonijne organizacje. Ja na przykład biegam w grupie Polska Running Team - to polonijny, nowojorski zespół startujący w maratonach na całym świecie.

Wspominałeś mi, że dołączenie do grona Polaków pracujących w Nowym Jorku to duże wyzwanie.

Nie chcę nikogo zniechęcać - ale to trudny proces, to nie Unia Europejska, po której łatwo się przemieszczać. Z drugiej strony dla chcącego nic trudnego, a dróg jest co najmniej kilka. U mnie świetnie zadziałał start w polskim oddziale globalnej firmy. Można, tak jak ja, próbować przenieść się w ramach globalnej korporacji, można wyjechać na staż i zainteresować sobą pracodawcę, można podjąć w Stanach studia, a na czas wakacji znaleźć pracę w firmie, w której później się pozostanie.

Ostatecznie i tak wygrywają kompetencje. Jeśli ktoś jest biegły w trzech językach programistycznych i ma ogromne doświadczenie w danej dziedzinie, to firma, której będzie zależało, zrobi wszystko, żeby tę osobę ściągnąć, nawet jeśli jest z Indii czy Chin, które mają najtrudniejszy proces imigracyjny w USA.

Twoje przenosiny były trudne do zorganizowania?

Proces był całkowicie koordynowany przez mojego pracodawcę, który zapewnił wszelkie narzędzia - tzw. relocation package w ramach programu Citi Mobility, czyli organizację wizy, przeloty, opiekę na miejscu, mieszkanie na początek, łącznie z coachami, którzy pomagają w zadomowieniu się w nowym miejscu, np. w zrobieniu prawa jazdy.

Pięć lat to wystarczająco dużo, żeby w Nowym Jorku czuć się jak u siebie?

To jest 8-milionowe miasto, stolica świata, w której jest ogromne rozwarstwienie społeczne i dużo kontrastów. Czuję się tutaj bardzo komfortowo, dobrze wiem, gdzie co jest, ale równocześnie to miejsce totalnej różnorodności, o dużej dynamice, gdzie wszystko szybko się zmienia i co chwilę dzieje się coś nowego. Myślę, że nie sposób poznać go w pełni, nawet gdy się tu mieszka.

Pięć lat to wystarczająco dużo, żeby nazwać się emigrantem?

Chyba nie do końca czuję się emigrantem. Wydaje się, że jestem w Stanach wystarczająco długo, żeby zanurzyć się w tutejszej rzeczywistości. Jestem już częścią społeczności - i imigranckiej, i polonijnej. Mam Zieloną Kartę, cały system wsparcia, dalszą rodzinę, która zrobiła się bliska itd. Ale też przez to, że mieszkałem w Polsce większą część życia, najbliższych mam w Europie. Pytanie, które z tych miejsc to teraz mój dom – ta definicja w tym momencie rozmywa się. Z jednej strony jestem emigrantem, ale z drugiej - serce jest w Polsce.

Co z tego domu zaimportowałbyś sobie do Stanów?

Barszcz mojej mamy. (śmiech) Takiego nie znajdziesz w Nowym Jorku.

fot. Zuzanna Odrobińska /

W przeszłości uczyłeś się włoskiego. Po studiach w Italii chodzi ci po głowie związek z tym krajem?

Studiowałem we Włoszech, bo myślałem, że Rzym to centrum wszechświata teologicznego. Dzisiaj szczyt biznesowego świata znalazłem w Nowym Jorku. Mam kilka pomysłów na siebie. Ale niekoniecznie chcę patrzeć na świat wertykalnie, horyzontalnie jest dużo do zrobienia w wielu miejscach. Zobacz na przykład na taką Kenię, większość ludzi przez wiele lat nie miała tam kont bankowych, dziś ten kraj ma najlepiej rozwinięty mobilny ekosystem płatności na świecie. Przestrzenie do działania są wszędzie, trzeba tylko robić to, co się lubi.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl

Materiał jest częścią projektu Bankier.pl - „Tam mieszkam”

Źródło:
Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak
redaktor naczelna Bankier.pl

Redaktor naczelna Bankier.pl. Autorka wielu publikacji z zakresu finansów, ukazujących się na łamach serwisu od 2008 roku. W przeszłości dziennikarz specjalizujący się w tematyce ubezpieczeń, doceniona Nagrodą Polskiej Izby Ubezpieczeń dla Środowiska Dziennikarskiego. Autorka emigracyjnych projektów "Tam mieszkam" i "Zawróceni", uhonorowana Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii. W 2016 r. wydała książkę "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą". Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Tematy
Szukasz kelnerki? Kup ogłoszenie za 59,32 zł!

Szukasz kelnerki? Kup ogłoszenie za 59,32 zł!

Advertisement

Komentarze (65)

dodaj komentarz
~Peter
Trochę pomieszkałem w NY, ale jak ktoś napisał - Polska zawsze pozostaje w sercu. Miałem sprawę w sądzie i musiałem wrócić do Polski bo tutaj mam swojego adwokata, pana Cejrowskiego. Próbowałem ogarnąć sprawę w NY, wiadomo, że loty do tanich nie należą i musiałem wziąć wolne w pracy, ale adwokaci w US to całkowicie Trochę pomieszkałem w NY, ale jak ktoś napisał - Polska zawsze pozostaje w sercu. Miałem sprawę w sądzie i musiałem wrócić do Polski bo tutaj mam swojego adwokata, pana Cejrowskiego. Próbowałem ogarnąć sprawę w NY, wiadomo, że loty do tanich nie należą i musiałem wziąć wolne w pracy, ale adwokaci w US to całkowicie inna bajka. Raczej się nie kwapili żeby mi w jakikolwiek sposób pomóc. Za to pan Cejrowski załatwił wszystko w ciągu jednego dnia (!!) i po trzech już wracałem do NY. Jak załatwiać takie sprawy to tylko w Polsce, najłatwiej i taniej
~kika
Byłam w Nowym Jorku dwa tygodnie tak się najadłam że schudłam 5 kg.Wcale ten moloch mnie nie zachwycił.Betonowy las i metro kanały szczurów ohyda.Nawet masowanie woreczka byka nie pomogło w zyskach na giełdzie.
~as
Widac kumaty facet i gratuluję mu, bo nie każdy potrafi podbijać świat, ale boję sie takich ludzi, ich sposobu na życie. Nie widzę żadnej zbieżności z jego filozoficznym podejściem do życia i jednocześnie pracy w agresywnym, konsumpcjonistycznym korpo jakim jest Citi. On musiał sobie jakąś skomplikowaną teorię życiową Widac kumaty facet i gratuluję mu, bo nie każdy potrafi podbijać świat, ale boję sie takich ludzi, ich sposobu na życie. Nie widzę żadnej zbieżności z jego filozoficznym podejściem do życia i jednocześnie pracy w agresywnym, konsumpcjonistycznym korpo jakim jest Citi. On musiał sobie jakąś skomplikowaną teorię życiową z tego ułożyć, ale dla mnie filozof na etacie 200%, w ciągłym biegu to jakiś szarlatan.
~Janek11
A ja tez w Nowy Jorku pracuje :) Jest szybko, jest dobrze, pelno mozliwosci - lubie to!
Polska w sercu pozostaje na pierwszym miejscu.
~ted
dla mnie koles opisuje to w sposob normalny, bez bucostwa,
~kontroluj_bajerę
Nic nadzwyczajnego w obecnych czasach. Znam dziesiątki takich historii z życia wziętych. Liczą się chęci i motywacja, a wykształcony i ambitny Polak znajdzie za granicą pracę w dużym banku z wielką łatwością. Poza tym koleś ma niesamowicie przerośnięte wyobrażenie o sobie. Sam jestem VP czyli menadżerem w jednym Nic nadzwyczajnego w obecnych czasach. Znam dziesiątki takich historii z życia wziętych. Liczą się chęci i motywacja, a wykształcony i ambitny Polak znajdzie za granicą pracę w dużym banku z wielką łatwością. Poza tym koleś ma niesamowicie przerośnięte wyobrażenie o sobie. Sam jestem VP czyli menadżerem w jednym z największym banków i szczerze mówiąc pewne klasyfikacje nadal umieszczają takie stanowisko w hierarchii jako kierownictwo niższego szczebla. Panie tchórzliwy Polaku co cudze chwali swego nie zna - nie robisz na mnie wrażenia, a moje aspiracje pozwolą mi kiedyś na kierowanie Twoim butnym tyłkiem z Polski mimo, że jestem młodszy.
~XYZ
polecam wizytę do lekarza psychiatry, pomoże dobrać odpowiednie leki
~rybak_pustynny
Polacy to taki wredny narod.Jesli widza,ze rodakowi sie powiodlo to zaczynaja od plucia,mieszania z blotem I wymyslania niestworzonych rzeczy aby tylko zaszkodzic,dokuczyc...Poza granicami kraju jest to az nadto widoczne.Tak samo na tym forum.Zanim taki burak napisze obelgi powinien sie dobrze zastanowic...oczywiscie o ile jest Polacy to taki wredny narod.Jesli widza,ze rodakowi sie powiodlo to zaczynaja od plucia,mieszania z blotem I wymyslania niestworzonych rzeczy aby tylko zaszkodzic,dokuczyc...Poza granicami kraju jest to az nadto widoczne.Tak samo na tym forum.Zanim taki burak napisze obelgi powinien sie dobrze zastanowic...oczywiscie o ile jest sprawny umyslowo bo po tresci niektorych wypowiedzi widac,ze taki delikwent wszystkich w domu nie ma..Hanba takim ludziom ktorzy zamiast wspomagac robia wszystko zeby zniszczyc rodaka ....
~Adi
Ona widzi we mnie Piniądz, wystroiła się jak Bijondz. . Tylko te piniądze a chłopak chciał zostać drugim Sokratesem a został korposzczurem który przeżyje swoje życie w pogoni za szcz. . . piniądzem:)

Powiązane: Tam mieszkam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki