„Bałem się, że Polakom każą wracać do Polski”. Covid, relacje z emigracji

Malwina Wrotniak2020-11-28 06:00redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2020-11-28 06:00
„Bałem się, że Polakom każą wracać do Polski”. Covid, relacje z emigracji
„Bałem się, że Polakom każą wracać do Polski”. Covid, relacje z emigracji

Po pięciu miesiącach na morzu bałem się, że nie wrócę do Tajlandii. A ja w Tajlandii mam wszystko, a w Polsce nie mam nic. W pewnym momencie był plan, że wysyłamy wszystkich Polaków do Polski, Tajów do Tajlandii itd. Paszport to jest jedna rzecz, a to, gdzie masz dom, to inna sprawa. Polacy opowiadają o zawodowych skutkach pandemii na emigracji.

Kraje Unii, Azja, Ameryka. Tam miała być praca, tam była rodzina i nowe pomysły na siebie. Pandemia, jak i w Polsce, wywróciła te historie do góry nogami. Kryzys jest ten sam, skutki są różne.

Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, które sama instytucja każe traktować jako duże uproszczenie, na emigracji w ubiegłym roku mieszkało 2,4 mln Polaków.

Marta Dreyfus-Starzyk, na Malcie od ponad 15 lat, prowadzi biznes w branży turystycznej

– Czy zastanawiam się nad słusznością wyboru turystyki jako sposobu na życie? Mam dużo przemyśleń na ten temat.

Malta to jeden z tych krajów, którego lockdown praktycznie nie dotknął. Od marca do czerwca wszystko oczywiście było zamknięte, ale w trakcie "drugiej fali" restauracje, kawiarnie, sklepy, kluby fitness, kina są otwarte. – Na początku pandemii baliśmy się, że na Malcie pozamykają nam granice i zastanawialiśmy się z mężem, czy nie przeczekać tego czasu gdzieś za granicą. Zostaliśmy i z perspektywy kilku miesięcy – to była bardzo dobra decyzja. Wszyscy turyści wyjechali, Maltańczycy trochę spanikowali i pochowali się w domach, nie do końca potrafiąc jako społeczeństwo realnie ocenić ryzyko. Skończyło się to dla nas bardzo dobrze – nie mamy tu rodziców, więc nie było obaw o zarażenie ich. Mieszkania na Malcie są duże, pogoda piękna, Netflix działa. Przestrzeń powietrzna zamarła, bo ustały zwykle latające nisko nad Maltą samoloty. Ulice zrobiły się puste, za wyjątkiem mieszkających na wyspie na stałe obcokrajowców, którzy w końcu mogli się "rozpędzić" na zakorkowanych przeważnie drogach Malty. Nagle zaczęła się masowa eksploracja wyspy, to było piękne. Z czasem delfiny zaczęły podpływać pod bloki, przypomniały sobie o nas żółwie morskie i wiele innych gatunków zwierząt, których od wielu lat nie widziano w tak bliskiej odległości od zamieszkałych terenów.

Gospodarczo? E-gamingu, którym Malta stoi, pandemia nie dotknęła, wręcz przeciwnie. Nieruchomości ucierpiały może przez pierwsze dwa miesiące. Co innego turystyka.

– Mam bardzo dużo szczęścia, bo zakładając biznes, zawsze wychodziłam z założenia, że konieczna jest dywersyfikacja przychodów. U mnie zawsze klient indywidualny przeplatał się z biznesowym, oferta była zróżnicowana.

– Przed pandemią można było obrastać w piórka. Mieliśmy kalendarz wypełniony rezerwacjami do końca roku, kiedy nagle wszystko wzięło w łeb. Gdyby to był jedyny przychód, można by chodzić i płakać. Szczęśliwie mąż pracuje w innej branży, więc nie było problemu z tym, że nie ma na chleb. To pozwalało skupić się na transformacji biznesu. Oczywiście łatwo powiedzieć: skup się na innowacjach. Możesz się na tym skupić, jeśli masz czas i pieniądze, a innowacja może być online.

fot. / / Archiwum prywatne

Rząd maltański sporo pomógł firmom. Płaci co miesiąc 800 euro netto (dla porównania w sklepie zarabia się około 1000 euro) na osobę – to wystarczy, żeby przetrwać, zwłaszcza jeśli ktoś ma choćby niewielkie źródło dodatkowego zarobku. Wtedy nie musisz wyjeżdżać z Malty, bo masz skromne, ale wystarczające do przetrwania  wsparcie finansowe. Jako operator turystyczny w tym roku nie płacę za licencję, a to kwota, która wraz z ubezpieczeniami może wynieść nawet kilka tysięcy euro rocznie Było wsparcie na wynajem biur, na elektryczność. Zrobiono wiele, żeby biznes, który ma przetrwać, przetrwał. Wprawdzie wychodzę na zero, ale pieniądze od rządu pozwalają mi opłacić koszty stałe i ludzi, dzięki czemu nie trzeba było nikogo zwalniać. Ale to mój przypadek. Wiem, że część Polaków bierze te pieniądze, ale pandemię spędza w Polsce. A 800 euro w Polsce to już trochę inna sprawa.

– Pół roku szybko minęło, w końcu musisz zastanowić się co dalej. Siadasz na tyłku i myślisz, w jaki sposób wykorzystać tę sytuację, wiedząc, że nie będzie powrotu do normalności. Bo nie będzie, bo już inaczej myślimy. No dobra, ale jak myślimy? Jak myśli Polak, jak Francuz itd.? Jak dostosować się do nowych warunków?

Jestem pełna obaw i nie wiem, czy to wypali, ale wykorzystując warunki na Malcie, uruchomiliśmy nową ofertę. Wykorzystując fakt, że wiele firm zezwala obecnie swoim pracownikom na pracę z domu, chcemy dać możliwość połączenia pobytu na Malcie z pracą zdalną. Dogadaliśmy się ze sprawdzonymi, dobrymi hotelami, które stoją puste na wynajem długoterminowy - za dużo niższe niż normalne stawki. W tym czasie można uczyć się też angielskiego albo brać udział w zajęciach fitness, bo takie zajęcia też im oferujemy. Z kolei za kilka miesięcy ruszamy też z nowym projektem wesel na Malcie.

I teraz - mamy pomysły, ale jak to będzie działać, nie mamy pojęcia. Nie wiemy, jak teraz myślą użytkownicy, bo nigdy wcześniej nie musieli myśleć w ten sposób. Jak się pozmieniały ich finanse? Kogo na to stać? To, że mąż może pracować zdalnie, nie znaczy, że żona może zostawić swoją pracę. Czy boimy się latać? Jak dotrzeć do tego nowego klienta? Czy brak ograniczeń na Malcie wystarczy, żeby ich przekonać? Obawiam się, że sami jeszcze nie wiemy, czego chcemy, co możemy i jak tego szukać. Nikt nie wpisze w google „praca zdalna na Malcie”, bo skąd miałby wiedzieć, że taka możliwość istnieje, musisz mu tę propozycję podsunąć. Musisz wyjaśnić, z jakich względów warto. Dlatego pod kątem biznesu jeszcze za wcześnie oceniać długoterminowe skutki pandemii.

Czy poszczęściło mi się, że jestem na Malcie? To nie tak. Wychodzę z założenia, że trzeba szukać możliwości bez względu na to, gdzie się jest. Bo inne będą w Warszawie, inne we Francji. Wierzę, że w każdym miejscu coś da się zrobić. Nie radzę jednak oczekiwać, że wrócimy do tego, co było, bo nie wrócimy. Albo innowacje, albo przebranżowienie, nie widzę teraz innych opcji.

Michał, od 2003 roku w Tajlandii, oficer w dziale hotelowym na statkach wycieczkowych

– Jestem w Tajlandii. 17 sierpnia wróciłem ze Stanów, gdzie pracuję. Wyjechałem na standardowy kontrakt, gdzie zastał nas Covid-19. Przez pięć miesięcy byliśmy na morzu, bez schodzenia na ląd. Na końcu udało mi się wrócić do domu lotem repatriacyjnym – opowiada w kilku zdaniach wydarzenia, których pewnie wystarczyłoby na książkę.

To był standard. 4 miesiące pracy na wodzie, 2 miesiące wakacji w domu – podobnie jak wielu innych pracowników kontraktowych w tej branży, i tak od roku 2007.

– Miałem, zgodnie z umową, zejść ze statku 23 marca. Ale na lotnisku w Miami nie wpuszczono mnie do samolotu – żeby wtedy lecieć do Tajlandii, trzeba było mieć test na Covid-19, a ja go nie miałem, bo zrobienie go jeszcze wtedy, na samym początku pandemii, było bardzo trudne. Kompania zadecydowała, że wezmą nas z powrotem na statek. Jak wypłynął tego 23 marca z portu, tak przez pięć miesięcy nie wróciliśmy na ląd.

fot. / / Archiwum prywatne

Statek pływał wyłącznie z załogą (około 2 tysięcy osób), bo ostatnich turystów wysadzono tuż przed planowanym zejściem na ląd. Zostawili po sobie wirusa. Na początku nie było żadnych wymagań w ramach społecznego dystansu, nikt nie mówił o maseczkach. Na statku wszyscy żyją na kupie. Jeżeli ktokolwiek ma jakąkolwiek chorobę, wkrótce mają ją wszyscy. W efekcie prawie miesiąc z tych pięciu spędziliśmy na kwarantannie, każdy w swojej kabinie.

Gdzie się jest, kiedy się jest przymusowo pięć miesięcy na morzu? – Byliśmy najpierw w okolicach Miami, żeby wyładować załogantów chorych na Covid-19 z powikłaniami. Żeby szybciej mogli się dostać do szpitala, odsyłaliśmy ich łodziami ratunkowymi. Na szczęście nikt nie umarł na statku. Kampania ma swoją prywatną wyspę na Bahamach i później pływaliśmy w tych okolicach, nadal nie mogąc zejść ze statku, nawet w czasie, gdy statek był tankowany czy zaopatrywany w paliwo. Jeśli statek przybił do portu od twojej strony, miałaś chociaż szansę popatrzeć na ląd, jeśli nie – na horyzoncie ciągle woda.

Dlaczego tak długo?

– Byłem pewny, że po miesiącu będę już z powrotem w Tajlandii, miałem zaplanowane wakacje. W którymś momencie prosiłem o możliwość zejścia na ląd i przeczekania pandemii w Stanach, ale teraz myślę, że może dobrze się stało, że zostałem, bo później na statku zrobiło się bardziej bezpiecznie niż gdziekolwiek indziej.

W żadnym momencie nie było wiadomo na pewno, kto i kiedy wróci do domu. Wysadzaliśmy kolejne grupy w zależności od tego, jak otwierały się ich kraje. Hindusi popłynęli do domu statkiem z Bahamów. Polacy popłynęli najpierw do Anglii, a dopiero stamtąd do domu. Tajów był na pokładzie może 1 procent, więc wiedzieliśmy, że szybko nic z tego nie będzie.

Powrót do domu - lotem repatriacyjnym. – Wysadzili nas na Barbadosie, wcale nie jako ostatnich. Standardowo ze Stanów wracam do domu w ciągu 24 godzin. Tym razem lecieliśmy czarterem do Londynu, gdzie trzeba było pozałatwiać wszystkie brakujące dokumenty, po paru dniach stamtąd do domu, a na koniec jeszcze dwa tygodnie kwarantanny.

– Nie bałem się choroby. Bałem się, że nie wrócę do Tajlandii. A ja mam w Tajlandii wszystko, w Polsce nie mam nic. To był jedyny problem. W pewnym momencie pojawił się plan, żeby wszystkich Polaków wysłać do Polski, Tajów do Tajlandii i tak dalej. Ale paszport to jest jedna rzecz, a to, gdzie masz dom, to inna sprawa.

Nie byli jedyni. Historie załóg, które miesiącami i bez konkretnego planu tkwiły na wodach, opisywały amerykańskie i angielskie media. W Polsce pokazywało się raczej wyłącznie zdjęcia odprawianych z portu do portu statków pełnych turystów.

Kto teraz będzie pływał wycieczkowcami?

– Nie ma co ukrywać: jest niedobrze. Sprzedaliśmy dwa statki, nie handlowo, ale na złom, żeby móc utrzymać pozostałą flotę i szkieletową załogę, płacić jej pensje itd. Owszem, poprzednie sezony było bardzo dobre, ale od marca nie wiadomo do kiedy statki stoją i nie zarabiają na siebie. Linie lotnicze niewiele, ale jednak latają, my nie możemy w ogóle prowadzić działalności. Nie wyrzucą nas z pracy, bo jesteśmy w większości pracownikami kontraktowymi, w tym martwym okresie po prostu nic nam nie płacą. Szefostwo mówi, że kiedy znowu ruszymy, trzeba będzie szybo wracać, bo roboty będzie bardzo dużo. Konkurencja mówi, że wrócimy na wodę najwcześniej w październiku przyszłego roku. Nie spodziewam się masowych odejść do innych branż na stałe. Kiedy biznes wróci, ludzie też wrócą. Na statku zarabiasz 10 razy więcej niż w Tajlandii, 5 razy więcej niż w Polsce. Nie wydaje mi się, żeby ktoś był aż tak straumatyzowany, że przez Covid nigdy nie wróci na morze.

Co teraz? – Na razie chcę odpocząć. Dopiero od dwóch, trzech dni śpię normalnie. Życz mi, żebym nigdy więcej nie musiał spędzić tyle czasu na morzu, bo od tego można zwariować. Kocham wodę, mam bakcyla, ale od czasu do czasu dla równowagi dobrze jest zejść na ląd.

Małgorzata Bos-Karczewska, w Holandii od 1980 roku, dziennikarka i redaktor naczelna portalu Polonia.nl 

– Pandemia spowodowała zmianę statusu pewnej grupy polskich migrantów zarobkowych w Holandii, tych zatrudnionych w logistyce, w magazynach sieci supermarketów. Ci Polacy wykonują ważną pracę - bez nich półki w sklepach są puste, podczas gdy wielu Holendrów pracuje zdalnie. To powoduje, że Holendrzy zaczynają doceniać pracę (głównie) fizyczną. Pandemia może być katalizatorem zmiany postawy Holendrów na lepsze. Zaczyna się mówić, że trzeba dbać o bezpieczeństwo pracy i zdrowia migrantów, w praktyce głównie z Polski.

Pandemia „robi rentgen” i na tym zdjęciu widać braki, dysfunkcje czy patologie. Na szczęście pragmatyczni Holendrzy mają głowy na karku, widzą, co na tym zdjęciu widać i coś z tym robią.

Kinga Eysturland, na Wyspach Owczych od 2012 roku, prowadzi tam pensjonat

Pandemia zastała ich w Urugwaju, gdzie razem z mężem tradycyjnie spędzają część roku. – Do Europy wróciliśmy 5 marca, i dobrze zrobiliśmy, bo tego samego dnia do Urugwaju z Włoch przyleciała "pacjentka zero". Utknęliśmy w Polsce, bo Wyspy Owcze zamknęły się bardzo szybko. Na tyle szybko, że część osób, w tym nasz wspólny znajomy reżyser Kuba Witek, musiała zostać tam na dłużej. My do domu wróciliśmy w maju. Dlaczego tak długo? Ze względu na większą dostępność usług medycznych w Polsce. Na Owczych jest tylko pięć respiratorów. Nie wiedzieliśmy, jak poradzą sobie z opanowaniem pandemii, więc w Polsce czuliśmy się bezpieczniej. Teraz jest na odwrót (śmiech).

Farerzy zaskoczyli w walce z pandemią, nikt nie umarł na Covid-19, zachorowało łącznie ponad 400 osób, z czego 80 to rosyjscy marynarze ze statków, na wyrost włączeni do tych farerskich statystyk. Stosowano masowe testowanie. Turystyka ruszyła w połowie lipca – testy były obowiązkowe dla turystów, ale darmowe. Na skutek protestów Farerów płatne wprowadzono od października, więc de facto już po zamknięciu sezonu.

fot. / / Archiwum prywatne

Mimo wszystko turystyka na Wyspach mocno ucierpiała.

– W wakacje poszłam do dodatkowej pracy, licząc się z tym, że turystów w ogóle nie będzie. Przez trzy miesiące pracowałam w ośrodku dla autystów, co zresztą było doświadczeniem zmieniającym życie. I nagle w połowie sezonu okazało się, że „mam na głowie” i turystów, i autystów. Uważam za cud, że udało nam się wyrobić 50 proc. planu. Z 20 grup przyjechało 10, ludzie byli bardzo zdeterminowani, żeby mimo przeciwności i niepewności, dotrzeć na Wyspy. Jestem w sytuacji komfortowej o tyle, że wynajmuję pokoje w domu, w którym sama mieszkam, więc i tak muszę go ogrzewać, nie stoi pusty, tych pokoi nie jest dużo.

– Branża rybna stanęła na cztery tygodnie w kwietniu, bo kraje, które zwykle kupują dużo ryby, zaprzestały zakupów. Wtedy pracowników fabryk wysłano na przymusowe urlopy, ale później sytuacja wróciła do normy. A że Wyspy Owcze rybą stoją, to nie mogę powiedzieć, żeby stopa życia wyraźnie się tu pogorszyła. Być może przez chwilę blady strach padł na Farerów, ale to też dobrze, bo w ostatnich latach zapędzili się w tej konsumpcji, to były lata megadobrobytu, na tyle, że trudno było tu sprzedać używany samochód – każdy chciał nowy.

Zmiany?

– Największa to taka, że tej zimy nie spędzimy w Urugwaju. Jaki będzie przyszły sezon na Owczych, nie wiem, po cichu liczę, że podobnie jak ostatnio otworzą się na sezon letni i że turyści przyjadą. Po tym, jak przenieśliśmy połowę grup z tego roku, cały sezon mamy właściwie zarezerwowany. Wiemy, że chcemy przylecieć, ale nie wiadomo, czy będą mieli jak. Obawiam się niestety, że drastycznie wzrosną ceny biletów lotniczych, choćby przez wzgląd na to, że lotów będzie mniej i że linie lotnicze są w trudnej sytuacji finansowej. Patrz przykład Norwegian – kto by pomyślał, że taki kraj jak Norwegia może mieć problem z utrzymaniem przewoźnika. Nadal jest bardzo dużo niewiadomych. Poczekam, popatrzę, nie cofnę kijem Wisły. A w związku z generalnym przestojem, powzięliśmy z mężem plany o powiększeniu rodziny.

Olga Kuczyńska, w Omanie od 2015 roku (z roczną przerwą), stewardessa

Olga Kuczyńska pracuje jako stewardessa i mieszka w Omanie. W poprzednim zdaniu na wyrost jest słowo „pracuje”. Kiedy wymieniamy się informacjami o tym, jak przebiegły ostatnie miesiące, przyznaje, że „robi lot” raz na trzy miesiące i za każdym razem samolot jest więcej niż w połowie pusty. Jej chłopak, pilot, kilka tygodni temu został zwolniony z pracy, wypowiedzenia otrzymało też wiele osób z personelu pokładowego. – Ostatnie miesiące to był ciągły stres. Czy mnie zwolnią, czy jego, czy nas oboje – opowiada w najnowszym filmie na swoim You Tube’owym kanale. 

Już wcześniej planowała i publicznie zapowiadała, że kiedyś zamieszka i będzie pracowała w Indiach. Pandemia przyspieszyła te plany. Za kilka tygodni przeprowadza się do Mumbaju. Jak wyjaśnia, częstotliwość lotów jest tak mała, że pozwoli jej przylatywać do Omanu i wracać do Indii po wykonanym locie.

– Nie ukrywam, że jest mi przykro, że taki scenariusz się spełnił, ale mieliśmy czas, żeby się przyzwyczaić i nastawić psychicznie, widząc, jak wielu ludzi w naszej firmie trafiło pracę, bo od marca wypowiedzenia wysyłano kilka razy. Dobrze jest być przygotowanym.

Tatiana Pękala, w Hiszpanii od 2007 roku, pośrednik na rynku nieruchomości wakacyjnych

Od 14 marca do 21 czerwca Hiszpania w zasadzie była zamknięta. – Z domów wolno nam było wychodzić dopiero na początku maja. Ciekawe doświadczenie. Żyję dość szybko i nigdy bym sobie nie pozwoliła na takie zatrzymanie się. A tutaj nie miałam wyjścia.

– Kiedy w lipcu ruszyły loty i ludzie zaczęli przylatywać, pomyślałam: będzie dobrze. Później we wrześniu wszystko momentalnie siadło. Do tego doszło zablokowanie lotów z Polski do Hiszpanii. Wtedy nie działo się kompletnie nic. I wtedy zaczęłam się trochę martwić, bo nie wiadomo było, ile potrwa ten stan.

W Hiszpanii obowiązywały wręcz drakońskie warunki skorzystania z pomocy państwa. Jeśli już naprawdę nie miałaś co włożyć do garnka, wtedy wkraczał rząd. To był ogromny problem dla samozatrudnionych i firm. Wtedy, zresztą z wielką pompą, postanowiono uraczyć samozatrudnionych kwotą 600 euro. Dla porównania – tyle nie wystarcza tu nawet na czynsz, za mieszkanie płaci się 800-900 euro. To było dość żałosne. Skorzystałyśmy natomiast z postojowego, tutejszy ZUS płacił pracownikom 70 proc. pensji w czasie, kiedy nie mogli pracować. Tak przetrwałyśmy dwa najtrudniejsze miesiące.

Rynek nieruchomości w Polsce nie dostał na razie poważniejszej zadyszki. A te hiszpańskie?

– Wszyscy są zgodni co do tego, że nie jest to kryzys nieruchomościowy, to jest kryzys globalny, sanitarny. Rynek obroni się tak długo, jak w Hiszpanii nie zmieni się klimat, bo tak naprawdę to głównie on ściąga tutaj ludzi. Już teraz mamy tu licznie reprezentowanych Brytyjczyków, a wielu innych chciałoby jeszcze przed Brexitem kupić nieruchomość i mieć tu drugą nogę. W Polsce też przybywa osób, które chcą mieć mieszkanie gdzieś w cieplejszych krajach – w Hiszpanii, Bułgarii, Portugalii czy Grecji. Kiedyś na nieruchomości w Hiszpanii pozwalali sobie ludzie zamożni, a od paru lat ruszyli po nie ludzie, którzy mają na przykład 40 tys. euro, chcą drugie tyle wziąć z banku i kupić sobie coś na Południu. Nie uda ci się to wprawdzie na Costa del Sol, ale już na Costa Blanca - owszem. Umocniła się świadomość, że to nie jest nieosiągalne, jest chęć dywersyfikacji portfela. Dawniej nieruchomości zagraniczne kupowali głównie klienci z dużych miast, teraz niekoniecznie – dzięki internetowi ludzie po prostu dowiedzieli się, że jest taka możliwość.

Dzisiaj rynek jest rozkręcony. Deweloperzy nie przestają budować, nie obniżają drastycznie cen, ale zaczynają ściągać klientów w inny sposób, na przykład proponując agencjom wyjątkowo atrakcyjne warunki płatności prowizji, jak zaliczki bez czekania, aż klient podpisze umowę przedwstępną. To są dla mnie sygnały, że biznes będzie się kręcił.

fot. / / archiwum prywatne

Od kiedy? – Nie wierzę, że szczepionka w magiczny sposób rozwiąże problemy, ale nawet jeśli poprawi sytuację, przyszły rok będzie jeszcze trudny. Bardzo dużo biznesów już padło, ale rozwija się też dużo nowych pomysłów, fajnie jest obserwować tę wyzwoloną przez pandemię falę kreatywności.

– Ze mną też skontaktował się znajomy z liceum, który w pewnym momencie życia został pszczelarzem. Zapytał, czy nie chciałabym się przerzucić na dystrybucję jego miodów w Hiszpanii - wyobrażasz sobie moją minę? Koniec końców ten pomysł okazał się całkiem sensowny, zwłaszcza że produkuje się też przecież mnóstwo kosmetyków na bazie miodu. W efekcie jeszcze w tym roku otwieramy internetowy sklep z eko-produktami – dla Hiszpanów i ekspatów, w tym Polaków w Hiszpanii. To absolutnie nie jest zamiennik dla nieruchomości, raczej eksperyment. W mojej głowie obydwa tematy w pewien sposób się uzupełniają. Ludzie, którzy kupują od nas nieruchomości, chcą w pewnym momencie zaznać więcej spokoju, spróbować innej kuchni i w ogóle innego podejścia do życia, które najchętniej kupiliby razem z mieszkaniem. Z tym różnie bywa, bo od samych siebie nie uciekniemy. Ale kiedy już tu przyjeżdżają, to mają taki moment otwarcia na nowe.

– Mam słodko-gorzkie odczucia co do pandemii. Z jednej strony, banalne, koniec końców okazuje się, że najważniejsze to być zdrowym i otoczonym przez odpowiednich ludzi. Dostałam ogromne wsparcie od osób, z którymi pracuję i zapewnienie, że przebrniemy przez te trudności razem, chociaż przecież mogliby chcieć uciec od problemu w inne miejsce. Z drugiej strony ten czas uświadomił mi, jak niewielką kontrolę mamy nad tym, co się dzieje, w tym także nad naszymi biznesami.

Mateusz Kotowski, w Wietnamie od 2010 roku, przedsiębiorca

Prowadzę firmę, która zajmuje się szkoleniami zespołów, zarzadzaniem projektowym, ale też rozpoznaniem rynku, czy prostymi badaniami. Tak, COVID wpłynął na to, co robię.

– W styczniu tego roku miałem czterech klientów, z którymi współpracowałem na stałe. Jeden z nich to była firma turystyczna, dla której robiłem usprawnienia w komunikacji w biurze i generalną strategię biznesową. Niestety turystyka bardzo mocno odczuła COVID. Dość powiedzieć, że mało kto przetrwał w tej branży.

Straciłem też klienta, dla którego wdrażałem normy ISO, a który na co dzień zajmuje się produkcją sprzętu medycznego dla noworodków. Niestety i tutaj ze względu na zerwany łańcuch dostawców, musieliśmy podjąć decyzję o odłożeniu wdrożeń na przyszły rok.

fot. / / Archiwum prywatne

Trzeci klient, którego straciłem, to deweloper - koordynowałem jego prace projektowe i pozyskanie operatora budowanego resortu (pięć gwiazdek, łącznie prawie 2 tysiące kluczy). W tym przypadku COVID zadziałał pośrednio: na fali ogólnego spowolnienia, firma zdecydowała o cięciu kosztów. Mój kontrakt nie został przedłużony. Dostało mi się z różnych źródeł jednocześnie.

Czy przez to myślę o zmianie? – Nie. To, co robię, jest potrzebne i pożyteczne. Natomiast w wyniku tej sytuacji miałem okazję zobaczyć, które branże czy modele biznesowe działają w dłuższej perspektywie czasowej. Chcę teraz dodać do swojego wachlarza usługi, które mają niższy koszt jednostkowy i które mógłbym zaoferować kilku klientom jednocześnie (na przykład monitoring mediów czy raporty rynkowe). Może być to łatwiej sprzedać, może wymagać mniejszego nakładu pracy, a dzięki długoterminowym kontraktom - dać większe poczucie bezpieczeństwa.

W Wietnamie konsekwencje pandemii dały w kość głównie turystyce.

– Niestety bardzo oberwała. Splajtowały hotele, sieci, małe rodzinne biznesy, restauracje, kawiarnie. Ubolewam, bo to dusza Hanoi. Wietnamczycy są bardzo dzielni, ciężko pracują i są pozytywnie nastawieni do życia. Poradzą sobie. Szybka reakcja kraju oszczędziła dużą część gospodarki nastawioną na popyt wewnętrzny. Chyba jako nieliczni na świecie obecnie mamy tu kraj, który działa - można powiedzieć - normalnie, z tą różnicą, że trudno wjechać czy wyjechać.

Oczywiście cierpi też większość branży usługowej, od zawsze nastawionej na turystów. Natomiast widać szybką reakcję tych biznesów. Tam, gdzie się dało, usługi zmieniono i skierowano na lokalnego odbiorcę.

Czy to był dobry wybór, ten Wietnam?

– Kraj, w którym mieszkam, póki co dobrze sobie radzi. To potwierdzenie, że podjąłem słuszną decyzję. Centrum rozwoju to obecnie Azja. I tak raczej zostanie przez kolejne 10-20 lat. Ten kryzys obnażył słabość różnych systemów politycznych czy ekonomicznych. Przed Azją wciąż długa droga, ale my ciągle nabieramy prędkości, na przekór kryzysom. Reszta zaś zwalnia...

Ania Reljić, w Chorwacji od 2010 roku, organizuje śluby dla turystów z Polski

– Nie bądźmy śmieszni – pada w odpowiedzi na pytanie, czy to tylko przejściowe problemy natury sanitarnej, czy początek globalnej zapaści gospodarczej. – W optymistycznym scenariuszu spodziewam się konsekwencji pandemii jeszcze przez dwa lata. Natomiast absolutnie przyszły sezon nie będzie taki, jak w 2019 roku. Wirus nie zniknie i na pewno wszystko nie wróci do normy. Myślę, że będzie podobnie, jak w tym roku. Nie oczekuję żadnego boomu.

O w miarę dobry sezon 2020 w Chorwacji postarali się również Polacy. – W tym roku przyjechało mnóstwo osób, które były tu po raz pierwszy, bo nie poleciały na wakacje w egzotyczne kierunki albo dlatego, że wybrały wyjazd na wakacje samochodem zamiast samolotem.

fot. / / Archiwum prywatne

Część osób nie zrezygnowała też z planów ślubu w ciepłym kraju. Co więcej, poniekąd pomogła sytuacja na Wisłą. – Nie spodziewałam się, że ten sezon może zakończyć się dobrze. I na pewno uratowało nas to, że ani przez moment Polska i Chorwacja nie umieściły się na „czerwonych listach”. Nazwałabym to szczęściem. Wszystkie zaplanowane uroczystości w lipcu, sierpniu i wrześniu odbyły się bez przeszkód, co więcej, pojawiły się nowe rezerwacje par, które zrezygnowały z dużych wesel w Polsce na rzecz kameralnych ślubów w Chorwacji.

Mimo wszystko, to było inne lato.

– W sezonie zawsze jest ciężko, bo jest intensywnie, ale powiedzmy, że można się do tego przygotować. W tym roku horror był związany z koordynacją pomocy dla naszych klientów. A to związane było z chaosem w obostrzeniach – do samego końca, dosłownie na kilka dni przed uroczystościami – nie było wiadomo, czy będą loty z Polski do Chorwacji, czy nie itd.

Opowiem ci na przykładzie: 31 sierpnia Polska miała ogłosić, dokąd wstrzymuje ruch lotniczy od września. Na ministerialnej stronie o godzinie 11:00 Chorwacja na liście, o 14:30 Chorwacja nie na liście, o 16:00 Chorwacja na liście, ostatecznie wieczorem na niej nie była. Moja para młoda miała mieć ślub 7 września, bilet kupiony na 3 września. Jest 31 sierpnia, a oni nie wiedzą na czym stoją, nie posiadają samochodu, więc wypożyczają samochód, żeby nie czekać na ostatnią chwilę. Załatwiają formalności, po czym wieczorem okazuje się, że to bez sensu, bo latać jednak będzie można. Mówią: trudno, stracimy zaliczkę, ale przylatujemy, bo będzie wygodniej. Rozumiesz, o jakim stresie mówię?

Rok 2021?

– Jeśli będzie tak, jak w tym roku, to na pewno nie będzie źle. Najtrudniejsze będą rozporządzenia wprowadzane przez władze. Wszyscy jesteśmy w stanie się przygotować, ale pod warunkiem, że mamy jasne, przejrzyste kryteria obostrzeń. Jesteśmy za restrykcjami, które mają nas chronić, ale podstawa to unikać absurdów.

Tomasz Bobrowski, na Lazurowym Wybrzeżu od 2014 roku, przewodnik turystyczny, bloger

Do Francji wyjeżdżał, robiąc rewolucję w swoim zawodowym życiu. W Polsce PR-owiec, we Francji - przewodnik i popularny bloger, z nową zawodową marką zbudowaną zupełnie od zera.

– Wszystkie moje działalności są w branży turystycznej, która bardzo ucierpiała w czasie pandemii. Nie dość, że nie ma turystów, którzy chcieliby zwiedzać ze mną Prowansję, to również ruch na moim blogu podróżniczym znacznie spadł. Razem z nim spadły też przychody ze sprzedaży przewodników oraz z programów afiliacyjnych.

Podliczyłem. Łącznie w tym roku zanotowałem spadek przychodów o ok. 70 proc. w stosunku do 2019 roku oraz o 25 proc. mniej czytelników na blogu (chociaż realna strata czytelników jest znacznie większa, bo w tym roku spodziewałem się rekordowej liczby odbiorców).

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Brak klientów to dużo wolnego czasu, który przeznaczyłem na nowe projekty. Uruchomiłem podcast „Życie we Francji”, który jest dostępny m. in. w Spofity i Apple Podcasts. Opowiadając o życiu we Francji, udało mi się dotrzeć do nowych odbiorców. Rozpocząłem też prace nad własnym drukowanym przewodnikiem po Lazurowym Wybrzeżu i uruchomiłem serwis Prowansja.info, który ułatwia zwiedzanie tego regionu. Do kolejnego sezonu planuję rozwijać te nowe projekty i samodzielnie wydać książkę. Robię to wszystko, mając oczywiście nadzieję, że w 2021 zaczniemy znowu podróżować międzynarodowo.

Ania Błażejewska, na Bali od 6 lat, organizatorka podroży do Azji

– Pamiętam dokładnie tamten moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Covid-19. Był styczeń, siedziałyśmy z przyjaciółką w ogrodzie tu na Bali i czytałyśmy o jakimś nowym wirusie. Kilka miesięcy później świat był już wywrócony do góry nogami.

Pierwsze oficjalne przypadki odnotowano dopiero w marcu, ale nieoficjalnie mówi się, że to jest wręcz niemożliwe na Bali, dokąd co tydzień przyjeżdżało mnóstwo Chińczyków, między innymi z Wuhan.

To miał być cudowny rok.

Od półtora roku razem z moim indonezyjskim partnerem prowadzimy firmę turystyczną - organizujemy głównie dla Polaków wycieczki na Bali, do Indonezji i na Filipiny, gdzie wcześniej mieszkałam. Wszystko świetnie się kręciło. A później dość szybko się skończyło. To znaczy… nie skończyło - wierzę, że będzie tego dalszy ciąg, musi być, nie zakładam, że miałoby być inaczej.

Najpierw przez długi czas przekonywano, że nie ma żadnej pandemii. Że jest bezpiecznie i można swobodnie poruszać się między wyspami. Dopiero pod koniec marca prezydent zmienił narrację. Wiosną pozamykano plaże, wszystkie atrakcje. W lipcu powoli zaczęła funkcjonować turystyka lokalna. To miała być taka marchewka dla mieszkańców wyspy, ale hotele mają tylko po kilka procent obłożenia, nie ma szansy, żeby tym sposobem załatać powstałą dziurę.

Około 80 proc. dochodów tutejszych mieszkańców pochodzi z turystyki – ci ludzie praktycznie z dnia na dzień zostali bez pracy, nie mają jej od marca, od tego czasu raz dostali raptem paczkę żywnościową o wartości 5-6 dolarów. Przyznam, że sama nie zdawałam sobie sprawy, jak źle wygląda ta sytuacja. W mediach można było przeczytać, że władza pomaga potrzebującym. Ale wyobraź sobie, że 80 proc. tutejszych w zasadzie nie ma dochodów. Albo żyją z oszczędności, albo z wypłat członków rodzin pracujących poza turystyką.

fot. / / Archiwum prywatne

W przeciwieństwie do wszystkich innych wysp w Indonezji, na Bali nie ma żadnego przemysłu, który by pozwalał mieszkańcom osiągać jakieś dochody. Taka Jawa w miarę normalnie funkcjonuje. Ci wszyscy ludzie, którzy pracowali na Bali w turystyce, najczęściej powracali do swoich rodzinnych wsi, zajęli się uprawą pół ryżowych czy warzyw, której poświęcano się tu kiedyś. Można powiedzieć, że wrócili do korzeni.

Jakieś 1,5 miesiące temu Indonezja wprowadziła tzw. e-visy, wydawane głównie w celach biznesowych, kosztują prawie 500 dolarów. Dzięki nim ludzie zaczynają powoli przyjeżdżać na wyspę. Teoretycznie od 1 grudnia ma otworzyć się zamknięte do tej pory międzynarodowe lotnisko. Ale – szczerze - raczej nikt nie zakłada, że z 1 stycznia turyści będą mogli tu przyjeżdżać, prędzej od marca. Oby się nie mylono w tej kwestii. Jedyną moją obawą jest fakt, że Australia jest negatywnie nastawiona do otwarcia, zdaje się, że do końca przyszłego roku, a tutaj zawsze było mnóstwo turystów stamtąd.

Cały czas czuję, że jest dla nas szansa, bo nigdy nie nastawialiśmy się na wielkie grupy, raczej na kameralne wycieczki.

Nie lepiej przeczekać w Polsce?

– Miałam moment zawahania, na początku, kiedy nie wiadomo było co dalej i kiedy wielu obcokrajowców, także stąd, wracało do rodzimych krajów. Szybko jednak doszłam do wniosku, że przecież tutaj jest mój dom, tutaj zbudowałam swój świat. Po przeprowadzce do Polski też byłoby mi trudno znaleźć jakąś pracę, bo przecież ludzie kojarzą mnie głównie z turystyką. Uznałam, że tu zostanę, chociaż szczerze przyznam – nie spodziewałam się, że wszystko będzie trwało tak długo. Zakładałam, że jesienią ruszymy do przodu.

Był taki moment, kiedy w lipcu gubernator Bali oświadczył, że turyści zagraniczni będą mogli zacząć przyjeżdżać tu od 11 września, taką datę sobie wymyślił. Zadecydował o tym sam, bez porozumienia z Dżakartą. Tych informacji absolutnie nie potwierdzono na wyższym szczeblu, więc w końcu zaczął się wycofywać. Dał ludziom nadzieję. Widać było, że na moment wszystko odżyło, ludzie bardzo się na to cieszyli.

Obiektywnie Bali zarabia bardzo dużo pieniędzy dla Indonezji i w niczyim celu nie jest zamykanie wyspy na dłuższy okres. Zakładam, że chcieliby się otworzyć, ale musi być bezpiecznie. Na Indonezji nie ma jakiejś znakomitej opieki zdrowotnej, gdyby epidemia rozpętała się na dobre, byłby problem – nie byłoby ani sprzętu, ani lekarzy do pomocy.

Przyszłość?

– Mam bardzo dużo sygnałów, że ludzie chcą podróżować, czekają tylko na to, aż będzie można. Teraz skupiam się teraz na tym, żeby maksymalnie wykorzystać ten czas w przyszłym roku, jeśli sezon ruszy. Wróciłam do bloga, rozwinęłam Instagram, w planach jest e-book na temat Bali. Dużo jeżdżę po wyspie, wymyślam dużo nowych programów wycieczek, odwiedzam niewidziane wcześniej miejsca, robię to, na co nigdy nie było czasu.

***

Jeśli mieszkasz zagranicą i chciałbyś podzielić się swoimi doświadczeniami, napisz do autorki.

Źródło:
Malwina Wrotniak
Malwina Wrotniak
redaktor naczelna Bankier.pl

Redaktor naczelna Bankier.pl. Autorka wielu publikacji z zakresu finansów, ukazujących się na łamach serwisu od 2008 roku. W przeszłości dziennikarz specjalizujący się w tematyce ubezpieczeń, doceniona Nagrodą Polskiej Izby Ubezpieczeń dla Środowiska Dziennikarskiego. Autorka emigracyjnych projektów "Tam mieszkam" i "Zawróceni", uhonorowana Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii. W 2016 r. wydała książkę "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą". Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Tematy
Temperatura skacze, nagroda wzrasta! Otwórz konto i odbierz nawet 350 zł!

Temperatura skacze, nagroda wzrasta! Otwórz konto i odbierz nawet 350 zł!

Advertisement

Komentarze (6)

dodaj komentarz
lorelie
nie wracaj do Polski,zamieszkaj w pięknej murzyńskiej dzielnicy na zachodzie. Pozdrawiam.
tomm33
Dobry tekst, może stanowić studium przypadku człowieka w niepewności.
Uderza mnie trochę oczekiwania na to 'aby wróciło jak dawniej', zamiast wchodzić śmiało w nowe tematy nie bojąc się pożegnać starego siebie. Turystyka to będzie mniejsza lub większa wegetacja przez kolejne lata, siedzieć w tym tylko
Dobry tekst, może stanowić studium przypadku człowieka w niepewności.
Uderza mnie trochę oczekiwania na to 'aby wróciło jak dawniej', zamiast wchodzić śmiało w nowe tematy nie bojąc się pożegnać starego siebie. Turystyka to będzie mniejsza lub większa wegetacja przez kolejne lata, siedzieć w tym tylko dlatego że ostatnie x lat się w tym siedziało to dla mnie absurd, niestety system edukacji nie nastawia ludzi na otwieranie nowych rozdziałów ale raczej kurczowe trzymanie się tego co było. Ta zewnątrzsterowność, typu król/rząd wymyśli datę otwarcia i może będzie lepiej, jest przekleństwem trzymającym ludzi w stanie reakywnym, odbiera możliwość aby sterować swoim życiem zamiast czekać aż ktoś, coś dla nich zmieni lub zdecyduje.
lorelie
Dlaczego Szwecja łamie traktaty UE odmawiając extradycji stalinowskiego zbrodniarza ( polskiego żyda) który wydawał wyroki śmierci na Polaków - pana Michnika. Szwecja nie każe Polakowi wracać do Polski :) ? A jego brat wielki demokrata:)
bt5
Dziecko, zaryj się trochę w prawdziwa historię. Pan Stefan Michnik większość swojej służby zajmował się zwalczaniem złodziejstwa i malwersacji w upaństwowionych już zakładach, w końcu jak jakaś dyrekcja się przyjmowała do pracy na państowym to było to państwowe a nie ich prywatne jak usiłowali robić. W 1968 Dziecko, zaryj się trochę w prawdziwa historię. Pan Stefan Michnik większość swojej służby zajmował się zwalczaniem złodziejstwa i malwersacji w upaństwowionych już zakładach, w końcu jak jakaś dyrekcja się przyjmowała do pracy na państowym to było to państwowe a nie ich prywatne jak usiłowali robić. W 1968 roku wyrzucono z Polski strażników państwowego/społecznego mienia i złodziejstwo i malwersacje ruszyły pełna para. A co do zwalczania byłych grup bojowych stronnictwa ziemian i ich pomocników to powiedz mi czym się to różniło od sytuacji w kolebce demokracji czyli USA gdzie po wojnie secesyjnej siły federalne likwidowały grupy rabunkowe byłych właścicieli niewolników i ich pomocników.
lorelie odpowiada bt5
dla ciebie "pan" dla nas kanalia czosnku.. pani Stella Kubler też była waszą bohaterką...

Powiązane: Tam mieszkam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki