REKLAMA

Polka z LinkedIn: W Dolinie Krzemowej toczy się wojna o talent

2015-01-17 11:00
publikacja
2015-01-17 11:00
Dodaj Bankier.pl w Google
Polka z LinkedIn: W Dolinie Krzemowej toczy się wojna o talent
Polka z LinkedIn: W Dolinie Krzemowej toczy się wojna o talent
fot. Monika Burzyńska-Evje /

W amerykańskim CV nikogo nie obchodzi twoje zdjęcie czy data urodzenia. Zamiast listy poprzednich miejsc pracy, musisz wykazać się faktycznymi, mierzalnymi osiągnięciami. Jeśli będziesz mieć szczęście, trafisz do branży nowych technologii – to ona najbardziej zaciekle dziś walczy o pracownika, proponując najlepsze pakiety motywacyjne na świecie. O kulisach pracy w Dolinie Krzemowej opowiada Polka pracująca w LinkedIn.

fot. Monika Burzyńska-Evje /

Marzyła o życiu w Chinach, ale trafiła na stałe do San Francisco. Studiowała filozofię i kulturoznawstwo, a dziś pracuje w jednej z najbardziej znanych spółek w branży nowych technologii. W Bankier.pl rozmowa z cyklu #TamMieszkam z Moniką Burzyńską-Evje, Polką pracującą w LinkedIn, która opowiada od kuchni o standardach zatrudnienia w korporacjach Doliny Krzemowej, gdzie firmy dosłownie walczą o talent. Pytamy m.in. o to, jakich kompetencji potrzeba do pracy w najpopularniejszych spółkach Silicon Valley i ile zarabiają najbardziej doceniane tam grupy zawodowe.

Wakacje na giełdzie

O LinkedIn

LinkedIn to utworzony w 2003 roku międzynarodowy serwis społecznościowy promujący budowanie sieci zawodowych i biznesowych. Obecnie skupia ponad 300 mln użytkowników z całego świata. LinkedIn to również ogromna korporacja zatrudniająca ponad 6 tysięcy pracowników na całym świecie.

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: W Polsce doszło do paradoksu. Wielu pracodawców chciałoby zatrudnić młodego, elastycznego, taniego, świeżo upieczonego absolwenta, ale najlepiej mającego kilkuletnie doświadczenie. Ty, aplikując do LinkedIn, nie miałaś stażu na stanowisku analogicznym do tego, o które się ubiegałaś.

Monika Burzyńska-Evje: Zgadza się, ale też przez całe studia pracowałam – byłam przewodnikiem po Krakowie i pilotem wycieczek zagranicznych. Wydaje mi się, że przy ubieganiu się o pracę procentują doświadczenia różnego rodzaju - niekoniecznie zdobyte w pracy, ale także podczas wolontariatu czy na stażu. Po to, żeby móc podciągnąć to, co już mamy pod to, do czego aspirujemy.

Ja, nie mając doświadczenia w firmie IT, popatrzyłam na listę wymagań wobec kandydatów do tej pracy i porównałam ze swoimi doświadczeniami w customer service, czyli obsłudze klienta. Aplikując, wyjaśniłam, że oprowadzanie wycieczek to właściwie jest customer service, to służenie klientowi i dostarczanie jakiegoś produktu. W tej pracy potrzebne były też języki, więc zaznaczyłam, gdzie je wykorzystywałam. I mnie w ten sposób się udało. Patrząc jednak zdroworozsądkowo, na pewno warto być aktywnym w czasie studiów. Uważam, że nawet nie mając stażu typowo zawodowego, różne inne doświadczenia można tak dopasować do wymagań pracodawcy, że dostaniemy tę pracę.

Dobrze dopasowanych do potrzeb firmy aplikacji jak sądzę nie brakuje, potrzebna więc też trochę szczęścia. LinkedIn, znana marka i firma z górnej półki, stanęła przecież na Twojej drodze dość niespodziewanie.

To prawda. Na jednym ze spotkań networkingowych poznałam osobę, która zapytała, czy nie chciałabym pracować w LinkedIn, bo zna kogoś, kto tam pracuje i wie, że szukają nowych pracowników. Później wszystko potoczyło się już dość szybko, dostałam kontakt do tej osoby, która potwierdziła, że szukają ludzi o zbliżonym do mojego profilu, zerknęła też na moje resume i podpowiedziała, co jeszcze w nim poprawić, żeby idealnie pasowało do stawianych wymagań. Poleciła mnie też wewnętrznie - a funkcjonuje tam system dodatkowych bonusów dla pracowników polecających innych, jeśli zarekrutowani zostaną z firmą na co najmniej trzy miesiące.

Jakie to miało być stanowisko?

Customer Support Advocate, co można przetłumaczyć jako specjalista ds. obsługi klienta.

Jak przebiegał sam proces rekrutacji?

Rozpoczął się od dość ogólnej rozmowy przez telefon, później dostałam zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną do głównej siedziby w Mountain View i to była rozmowa z dwiema osobami – z menedżerką i pracownikiem tego teamu. Ponieważ ważne było również potwierdzenie znajomości języków, później przyjechałam jeszcze do biura na test językowy. Miałam napisać dlaczego chcę pracować w LinkedIn i dla tego teamu w każdym języku, który znam. Tydzień później dostałam telefon i ofertę zatrudnienia.

Już po tym, jak mnie zatrudniono, przeprowadzono tzw. background check. Czasami robi się go przed, czasami po zatrudnieniu. Z tego, co wiem, pojawiły się wówczas problemy z tym, żeby ktokolwiek potwierdził moje dyplomy. Bo owszem, miałam je po angielsku, natomiast polski format dokumentu był dla nich zaskoczeniem i nie za bardzo wiedzieli, jak się z nim obchodzić. Starałam się nawet napisać czy zadzwonić na mój uniwersytet, żeby ktoś mówiący po angielsku potwierdził ten dyplom. Dzwoniłam do biura Erasmusa, ale nikt tam nie odbierał, dodatkowym problemem była pewnie różnica w strefach czasowych. Koniec końców chyba zupełnie porzucono to potwierdzanie i skupiono się na tym, czy dobrze wykonuję swoją pracę. Cały ten proces był dość zaskakujący -  byłam już zatrudniona, ale jednak nie wiedziałam, czy aby nie zwolnią mnie z racji braku potwierdzenia dyplomów.

Byłaś wtedy zatrudniona na okres próbny?

Nie, tutaj właściwie nie ma okresów próbnych. Obowiązuje zatrudnienie at will, co oznacza, że każda ze stron w każdym momencie może wypowiedzieć umowę. To, że można zwolnić człowieka w takim tempie, nawet bez podania przyczyny, na początku było trochę stresujące.

Natomiast firma, która chce zatrudnić cię na określony czas, proponuje zatrudnienie na kontrakt, bez ubezpieczenia i żadnych dodatkowych pracowniczych benefitów. Taką ofertę dostałam od YouTube tuż przed LinkedIn, ale zaczekałam i w efekcie dostałam umowę at will. Jeśli więc ja chcę się zwolnić, mogę jutro nie przyjść do pracy, choć istnieje niepisana zasada około dwutygodniowego okresu wypowiedzenia.

Za tymi umowami stoi też zupełny brak wsparcia dla kobiet w ciąży. W Stanach urodzenie dziecka jest twoją prywatną sprawą?

Tak. Myślę, że dla wielu osób olbrzymim szokiem jest fakt, że Stany Zjednoczone jako jeden z czterech krajów na świecie (Liberia, Suazi oraz Papua Nowa Gwinea), obok dwóch krajów afrykańskich, nie gwarantują urlopu macierzyńskiego. Na poziomie federalnym istnieje 12 tygodni bezpłatnego urlopu, ale trzeba spełniać określone warunki, więc nie obejmuje to wszystkich kobiet.

fot. / / FORUM

Co do poziomu stanowego - mam szczęście mieszkając w Kalifornii, bo jako jeden z tylko kilku stanów zapewnia ona płatny urlop macierzyński. Taki urlop trwa bodaj 6 tygodni, otrzymuje się wtedy 55% pensji. Zaczyna się dwa tygodnie przed porodem, więc razem z niepłatnym urlopem federalnym de facto daje około 2,5 miesiąca tzw. urlopu inwalidzkiego (ang. disability leave), kiedy po prostu uznaje się, że jesteś niezdolna do pracy. Powszechną praktyką w dużych korporacjach IT jest dołożenie do tego okresu jeszcze kilku tygodni, co sumuje się do 4 miesięcy (część płatnych, część bezpłatnych). Trzeba to jednak doceniać i cieszyć się z tego, co się ma.

Taka konstrukcja przepisów to jeden z wymiarów amerykańskiego nastawienia na produktywność. Tutaj na przykład prawie w ogóle nie ma świąt, nie ma długich weekendów, w ciągu roku, poza zwykłymi weekendami, jest raptem sześć wolnych dni w roku: Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Dzień Weterana i Dzień Prezydenta oraz Święto Niepodległości.

Teoretycznie pracujesz 40 godzin tygodniowo. Ciekawi mnie, czy nadgodziny są płatne.

Różnie z tym bywa. W poprzednim teamie byłam zatrudniona na pełny etat, ze wszystkimi przywilejami, ale płacono mi za godziny. Jeśli więc dostaliśmy pozwolenie, żeby zostać dłużej, to nadgodziny były płatne. W tym teamie tak nie jest – jestem zatrudniona na określoną roczną stawkę i jeśli zostaję dłużej, to nieodpłatnie.

Czym zajmowałaś się na tym pierwszym stanowisku, obsługując klientów?

To było stanowisko do pomocy bezpłatnym użytkownikom portalu LinkedIn, którzy mają jakiś problem, coś im nie działa, nie mogą czegoś znaleźć. Techniczna pomoc online dokonywana poprzez e-mail, bowiem na tym poziomie nie mamy obsługi telefonicznej, nie jest to żadne call center. Obsługiwałam też różne komponenty samej strony – strony korporacyjne, portal z newsami. Później awansowałam i pomagałam klientom płacącym za konta Premium.

Czym, prócz zarobków, konkuruje się o pracownika w Dolinie Krzemowej?

Zanim to, powiedz, jak rozliczano cię na tym pierwszym etapie pracy w social media?

Mieliśmy określone targety – należało nawiązać około 80 interakcji z klientami dziennie. W sumie do tej pory moja praca jest mierzona w ten sposób. Użytkownik po kontakcie z nami dostaje do wypełnienia ankietę i może nas ocenić.

Na Twoim przykładzie - awans to efekt usilnych zabiegów czy raczej precyzyjnie wyrysowanej na starcie ścieżki kariery?

Na początku patrzono głównie na wyniki mojej pracy. Ponieważ były niezłe, stopniowo oddano mi pod opiekę klientów płacących. Po roku oficjalnie zmienił mi się tytuł i oprócz dotychczasowych obowiązków, zajęłam się pracą nad teamem, prowadzeniem procesów i projektów, ulepszaniem, wsparciem mojego supervisora w zarządzaniu teamem. Ale nadal nie było to do końca to, co chciałam robić. Chciałam skupić się bardziej na produktach korporacyjnych, które są o wiele droższe i z których firmy korzystają w celach rekrutacji albo sprzedaży. Starałam się więc o awans do innego teamu, w San Francisco, gdzie mieszkałam. Chciałam mieć do pracy bliżej, do tej pory pracowałam bowiem w Dolinie Krzemowej. Chciałam też, żeby moje relacje z klientami wyglądały inaczej – przy droższych produktach mają oni nasz numer telefonu, mogą zadzwonić z wątpliwościami, możemy im coś bezpośrednio wyjaśnić.

fot. AP / / EastNews

Po dwóch latach, czyli rok temu wskoczyłam do teamu, w którym jestem teraz, na stanowisko Enterprise Services Specialist, gdzie zajmuję się pomocą klientom biznesowym.

Migracja na inne stanowisko w tak dużej korporacji wymaga ponownej rekrutacji?

Tak.

O co pytano cię tym razem?

Między innymi o to, dlaczego jestem zainteresowana taką pracą i czy znam już team, do którego chciałam dołączyć. To dlatego, że kultura LinkedIn kładzie nacisk na bycie otwartym i budowanie relacji wewnątrz firmy. W praktyce oznacza to, że nie jesteśmy skupieni wyłącznie na swoim teamie, ale mamy wiele okazji do poznawania czy współpracowania z ludźmi z innych zespołów. Dzięki temu menedżerki prowadzące tę rozmowę rekrutacyjną już mnie znały.

Dotarłaś na miejsce, w którym chciałabyś już pozostać, czy będziesz szukać jeszcze innych rozwiązań?

W przyszłości chciałabym zająć się edukacją i szkoleniem klientów. Dzisiaj wiele firm oferujących SaaS (Software as a Service) ma u siebie specjalistów z tego zakresu – prowadzą oni internetowe webinaria, szkolenia czy konsultacje.

Chciałabym też zostać z LinkedIn, bo traktuje nas bardzo dobrze. Co chwilę firma robi coś, żeby zachęcić nas do zostania, żebyśmy nawet nie myśleli o zmianie pracy.

Teoretycznie dobrze znamy te programy motywujące z polskiego rynku pracy. Czym – poza zarobkami  zachęca się pracowników w Dolinie Krzemowej?

Na przykład wczoraj dostaliśmy wiadomość o tym, że firma będzie wpłacała na nasz fundusz emerytalny o 50 proc. więcej środków niż dotychczas. W standardzie są m.in. bezpłatne dojazdy do pracy - Google, Apple czy LinkedIn mają sieć własnych autobusów w rejonie Zatoki San Francisco. Ja dojeżdżam kolejką miejską, dostaję wiec gotówkę na moją kartę miejską. Jeśli natomiast wolisz jeździć samochodem, możesz zebrać grupę osób mieszkających w Twoim sąsiedztwie i wówczas dostajesz samochód na wspólne dojazdy. Dodajmy, że gdy w samochodzie jadą co najmniej dwie osoby, masz prawo poruszać się po autostradzie specjalnym, ekspresowym pasem ruchu. Ta zasada obowiązuje, żeby ograniczać korki tworzące się w związku z tym, że większość Amerykanów dojeżdża do pracy samochodem w pojedynkę.

W pracy nie płacimy za wyżywienie – śniadania i  lunche są zapewnione, natomiast ci, którzy pracują w kampusie w Dolinie Krzemowej, mają też dodatkowo bezpłatne kolacje. Na każdym piętrze stoją lodówki wypełnione jedzeniem i napojami. Na miejscu w każdym biurze jest przynajmniej jedna siłownia, sale do uprawiania jogi czy innych sportów - i tak dalej.

Czym konkurują firmy, kiedy socjal jest tak rozbudowany?

Tak - zaplecze socjalne w firmach Doliny Krzemowej jest podobne, więc nim pracodawca nie jest w stanie zachęcać. Liczy się więc raczej możliwość rozwoju, mobilność do góry, czyli szansa na awanse. U nas w firmie na ten rozwój kładzie się duży nacisk. Jeden dzień w miesiącu możemy przeznaczać czas na coś, co wykracza poza nasze obowiązki – na przykład wolontariat czy dodatkowe zajęcia. Jeśli na przykład nie mamy pomysłu na wykorzystanie tego czasu, możemy zalogować się do specjalnego portalu dla pracowników i posłuchać jakiegoś wykładu, odbyć wybrany kurs, szkolenie z autoprezentacji czy umiejętności przygotowywania najlepszych prezentacji multimedialnych. Organizujemy też cykl wewnętrznych spotkań ze znanymi osobami, chcemy się zresztą nimi dzielić – są dostępne na YouTube. Ten portal do rozwoju jest dla mnie chyba najfajniejszym profitem.

Walka o pracownika nie traci więc na sile.

W tym momencie mówi się już o wojnach o talent w Dolinie Krzemowej i San Francisco. Firmy IT i startupy przenoszą się bądź otwierają filie w centrum San Francisco, ponieważ tutaj osiedlają się młodzi utalentowani ludzie spragnieni aktywnego życia miejskiego. Dolina Krzemowa to już raczej miejsce dla ludzi pragnących podmiejskiego i rodzinnego trybu życia, jednak ponad typowy american dream.

A zarobki? Ile płaci się dziś tym, o których walczą technologiczne spółki?

Pensje programistów oscylują w granicach 9000 USD (ok. 31.000 PLN) miesięcznie plus bonusy w postaci akcji. Pamiętajmy jednak, że koszty życia są tu znacznie wyższe. Wynajęcie 1-pokojowego mieszkania w San Francisco to wydatek ok. 3000 USD (10.000 PLN) miesięcznie.

Dla porównania pensja pracownika branży IT na innym stanowisku, np. handlowca, to ok. 6600 USD (23.000 PLN), a analityka biznesu 6200 USD (22.000 PLN).

Padły kwoty, powiedzmy więc trochę o tym, jak aplikować do topowych przedsiębiorstw. Odpowiednik CV w Stanach to resume i wygląda trochę inaczej niż w Polsce.

Tak. Zacznijmy od tego, że w takim dokumencie nie umieszcza się zdjęcia czy daty urodzenia – to nikogo nie interesuje i właściwie jest też nielegalne. Według amerykańskiego prawa w procesie rekrutacji nie można kierować się rasą, wiekiem, płcią, religią, pochodzeniem czy orientacją seksualną człowieka. Resume nie jest to tylko lista miejsc, w których zbierało się doświadczenie, to raczej idealne miejsce, żeby dobrze się sprzedać i podkreślić to, co się osiągnęło. Pisze się je mniej więcej w taki sposób: „w tej i tej pracy osiągnęłam taki a taki wynik sprzedaży, polepszyłam wyniki finansowe mojego działu o tyle a tyle poprzez to, że wprowadziłam projekt zakończony wymiernym sukcesem”. Szansę mają więc ci, którzy faktycznie osiągnęli coś w swojej pracy, nie tylko wykonując konkretną listę obowiązków, ale wychodząc poza nie, rozwiązywali konkretne problemy i naprawiali coś.

Jaka jest w tym resume rola zainteresowań i działań non-profit, na ile ważne są rekomendacje innych osób i czy pisze się również listy motywacyjne?

Hobby i różne działania wolontaryjne – zdecydowanie tak. Może nie jest to pierwsza rzecz, na którą zwracają uwagę pracodawcy, ale jeśli mają wybranych dwóch czy trzech najmocniejszych kandydatów, to porównując ich, na pewno patrzą na całość – nie tylko na to, czy będą dobrym pracownikiem, ale też czy dobrze wpasują się w zespół czy kulturę firmy. Jesteśmy ze sobą 30, 40 czy 50 godzin tygodniowo, dba się więc o to, żeby ten czas spędzać z przyjemnością.

Sama ostatnio pomagałam w rozmowach rekrutacyjnych w moim zespole - zatrudniliśmy pierwszego w naszym teamie golfistę, między innymi po to, żebyśmy kiedyś po pracy mogli wspólnie pójść na golfa i nauczyć się czegoś nowego.

Co do rekomendacji – firmy z reguły wymagają referencji od kilku osób, z którymi wcześniej współpracowałaś albo od byłych szefów. I wiem, że dzwoni się do nich, żeby potwierdzić, że dana osoba faktycznie pracowała i zajmowała się tym, o czym pisze.

Najpopularniejsze firmy wymagają również listu motywacyjnego?

Sprawa jest podzielona. Poprzez to, że większość pracodawców oczekuje resume i linku do profilu na LinkedIn, nie wszyscy proszą o list. Osobiście wychodzę z założenia, że warto go napisać, bo jest to dodatkowa szansa, żeby jeszcze coś o sobie opowiedzieć. Moja menedżerka jednak mówi, że jeśli ktoś będzie pasował do zespołu i widać, że jest dobry, w tym, co robił – to list nie jest konieczny, bo o wszystko można przecież dopytać w czasie phone screeningu.

Wspominałaś, że jednym z wymogów pracodawców jest podanie linku do profilu na LinkedIn. Rozumiem, że mówisz tak nie tylko ze względu na to, że właśnie w tej firmie pracujesz.

Oczywiście, że nie. Jeśli przejrzysz oferty pracy w IT czy startupach zobaczysz, że link do LinkedIn [zobacz profil Moniki - red.] jest często wymagany, bez wypełnienia tego pola nie przejdziesz do kolejnego etapu formularza. Dla pracodawców to ważne o tyle, że dobry profil na LinkedIn mówi dużo o kandydacie do pracy, można tam umieścić o wiele więcej informacji niż w CV czy resume.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl

Materiał jest częścią projektu #TamMieszkam

Źródło:
Tematy

Komentarze (53)

dodaj komentarz
~OkrutnaPrawda
Większość z was w komentarzach ujmuje, że pracę "Monisia" dostała po znajomości. Zasadniczo tak właśnie działa rynek. Siłę przebicia mają ci, którzy gdzieś kontakt zaczepili. Każda "sieć kontaktów", o której powinna być mowa na każdym etapie nauczania, jest ważna i takową trzeba budować. Na dzień dzisiejszy student Większość z was w komentarzach ujmuje, że pracę "Monisia" dostała po znajomości. Zasadniczo tak właśnie działa rynek. Siłę przebicia mają ci, którzy gdzieś kontakt zaczepili. Każda "sieć kontaktów", o której powinna być mowa na każdym etapie nauczania, jest ważna i takową trzeba budować. Na dzień dzisiejszy student kończy magistra najwcześniej mając 24 lata. Wielu studentów chleje ile wlezie no bo przecież to są studia, również znajdą się Elementy, które spędzą 5 lat z nosem w książkach. Kończą te posrane studia i koniec. Są zamknięci w sobie, boją się ludzi albo co najgorsze myślą, że podbiją świat i każdy się będzie o nich bił, no bo przecież to magistry!
Po 5 latach "studiów" zamiast zacząć od najniższej krajowej to siedzi w domu, bo chce być od razu kierownikiem. Wtedy "Polska beee, trzeba wyjechać". I za granicą kopie rowy, sprząta, opiekuję się starszymi, zarabia KOKOSY. Traktowany jest jak śmieć, tylko Panem się robi, jak wraca na stare tereny. Wtedy najczęściej zapomina Polskiego akcentu, dziwne sklepy widzi, drogie pomidory itp.

Pani Monisia osiągnęła sukces, bo miała kogoś, kto o niej pomyślał. Większość z was jest za tępa żeby to zrozumieć, więc siedźcie dalej i plujcie na innych.
~EEmaxxxx
Popieram 100%. Sam niestety na studiach byłem z tych co tylko nos w książkach mają i później było rozczarowanie i zdziwienie; że ja taki prymus z dobrą średnią muszę zaczynać robotę w podrzędnej firmie. Ci z gorszą średnią ale sprytniejsi ustawili się już na studiach...no i start ich kariery był lepszy.
Tak to działa...
~KarolNY
a to się pani Monisia naczyta o swoim "sukcesie",,,hihi
~Kasia
praca załatwiona po znajomości , a raczej przez łóżko i tym się chwalić na forum ??? współczuję
~asdf
W języku polskim nie ma słowa "team", jest słowo "zespół". Mówmy / piszmy po Polsku.
~Polka_z_Irlandii
Pani Monika przyznala sama, ze dostala prace po znajomosci. Ciekawe, co Pani Monika robila wczesniej przed IT w USA? Znajac realia imigracyjne, trudno uwierzyc, ze bezposrednio po wyjsciu z samolotu dostala Pani szanse zycia w miedzynarodowej korporacji...

Ktoś polecił pania Monike, czyli wprowadzil na salony, bo jakby aplikowala
Pani Monika przyznala sama, ze dostala prace po znajomosci. Ciekawe, co Pani Monika robila wczesniej przed IT w USA? Znajac realia imigracyjne, trudno uwierzyc, ze bezposrednio po wyjsciu z samolotu dostala Pani szanse zycia w miedzynarodowej korporacji...

Ktoś polecił pania Monike, czyli wprowadzil na salony, bo jakby aplikowala jak kazdy zwykly smiertelnik jeden na 200-500 kandydatów na jedno stanowisko nawet w Call Center albo obsludze klienta to by sie pewnie z ta filozofia i kulturoznastwem i nawet erudycja nie przebiła. Linkedin ma swoje biura w Europie, w tym w Irlandii, a tam latwiej o kogos kto mowi po Polsku.
~rodak
jeśli to taka super praca, to czemu Monisia nie poda choć w przybliżeniu ile zarabia ? przecież podane przez nią kwoty wogóle nie dotyczą pracy telefonistki , hihihi...tylko programistów i hadlowców.... miejmy nadzieję ,że ma przynajmniej 3500 $ , bo by po opłaceniu czynszu na jedzonko wystarczyło...ale , ale !!! przecież wyżerkę jeśli to taka super praca, to czemu Monisia nie poda choć w przybliżeniu ile zarabia ? przecież podane przez nią kwoty wogóle nie dotyczą pracy telefonistki , hihihi...tylko programistów i hadlowców.... miejmy nadzieję ,że ma przynajmniej 3500 $ , bo by po opłaceniu czynszu na jedzonko wystarczyło...ale , ale !!! przecież wyżerkę ma za darmo w pracy ....co hamburgery , frytki i chipsy + szklanka coli z lodem lub kawa do wyboru z automatu ??? buahaha
~doctorN
Drogi rodaku jesli jestes taki ciekawy to sprawdz sobie na glassdoor LinkedIn salaries. I am guessing 50-60,000$ per year. Plus bonus, ubezpieczenie, retirement i wiele innych benefits! Middle class with stanach. Not bad! Enjoy :)
~ink odpowiada ~doctorN
zawistne polaczydlo
~milena
bo nie można ujawniać swoich zarobków

Powiązane: Tam mieszkam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki