W zeszłym tygodniu WIG20 spadł o niemal 10%. Główny indeks w Szanghaju znalazł się na najniższym poziomie od stycznia 2009 roku. Fala spadków przetoczyła się przez giełdy w Europie i Ameryce. Wyprzedawano nawet złoto i srebro. Co kryje się za tak nerwową reakcją rynków?
Jeszcze kilka tygodni temu było tak pięknie. Giełdy rosły jak na drożdżach, polskie obligacje były rekordowo drogie, a indeksy przy Wall Street biły historyczne rekordy. Chór optymistów zachęcał do kupowania „niedowartościowanych” akcji, a na rynki wschodzące napływał spekulacyjny kapitał.
Nikt nie zwracał uwagi na komentarze sceptyków, że akcje w Ameryce są już bardzo drogie, że wysokie zadłużenie z tytułu giełdowych spekulacji wzrosło do rekordowo wysokiego poziomu i że rosnące rentowności amerykańskich obligacji stwarzają ryzyko dla rynku akcji. Cieszono się tylko, że wszystko rośnie, nie bardzo interesując się, dlaczego.

Co ma pęknąć, nie utonie
Spadki na Wall Street zaczęły się już miesiąc temu. Ale dopiero tydzień temu korekta nabrała rumieńców, gdzieniegdzie przybierając rozmiary paniki. Na rynkach finansowych oznaczało to, że chętnych do sprzedaży mocno napompowanych aktywów było znacznie więcej niż potencjalnych kupców. Zwłaszcza przy tak wygórowanych cenach. To banalna, ale w moim zdaniem główna przyczyna tak ostrej reakcji rynków. Spadło tak mocno, dlatego że wcześniej tak mocno i bezpodstawnie rosło.
| Zobacz też: | |
| Mapa rynku | |
Baza monetarna w Stanach Zjednoczonych. Dane w mld USD.
Źródło: Fed z St. Louis
Chiny i inne czynniki ryzyka
O ile słowa Bena Bernankego były jedynie pretekstem do realizacji zysków, to nie brakuje prawdziwych czynników ryzyka, uzasadniających nagłą ewakuację z aktywów uważanych za ryzykowne. Po pierwsze, jest to sytuacja w Chinach, gdzie nowe władze jawnie zmierzają w stronę kryzysu bankowego, chcąc w ten sposób przekłuć bańkę na rynku nieruchomości i ograniczyć szarą strefę na rynku kredytowym (tzw. shadow banking), po drodze doprowadzając do upadku kilku mniejszych banków. Jeśli proces ten wymknie się spod kontroli Pekinu – na co szanse są spore – to Chinom grozi zapaść gospodarcza, przy której ostatni kryzys w USA będzie się zdawał drobną sprzeczką w piaskownicy.
Zagrożeniem cały czas pozostaje sytuacja w strefie euro. Pomimo zaklinania rzeczywistości przez eurokratów kondycja finansowa Hiszpanii, Portugalii, Grecji - a nawet Francji i Holandii – z miesiąca na miesiąc jest coraz gorsza. Długi rosną, deficyty są ogromne, a gospodarki tkwią w recesji, co widać po galopującej stopie bezrobocia. Po zamknięciu państwowego radia i telewizji przyszłość rządu Grecji zawisła na włosku. Poważny kryzys polityczny grozi też Włochom (gdzie niejaki Silvio B. został właśnie skazany na 7 lat więzienia). Nie lepiej jest w Hiszpanii, gdzie poparcie dla rządzącej Partii Ludowej wyznacza historyczne minima, a koszt obsługi długu publicznego szybko rośnie. Rentowność hiszpańskich obligacji 10-letnich, która jeszcze na początku maja wynosiła 4%, przekraczała już 5%.
Rynki sobie, gospodarka sobie
Do tego dochodzi potężny dysonans pomiędzy rynkami finansowymi a realną gospodarką. Te pierwsze zasuwały w górę na dopalaczach z banków centralnych i coraz bardziej oddalały się od rzeczywistości. Większość wskaźników makroekonomicznych nie pozwala bowiem na przesadny optymizm. Europa pogrążyła się w recesji, która w najlepszym razie w przyszłym roku obróci się w stagnację . „Lokomotywa” strefy euro – czyli Niemcy – w tym roku nie urosną o więcej niż 0,5%.
Stany Zjednoczone z oczekiwanym wzrostem PKB w granicach 2% również są mocno przereklamowane. Tak samo jak Japonia, gdzie polityka Shinzo Abe po krótkotrwałej iluzji ożywienia doprowadzi kraj do finansowej i gospodarczej zapaści. Dodajmy jeszcze wspomniane wcześniej Chiny, które w tym roku będą się rozwijać najwolniej od dekady i którym grozi krach na rynku nieruchomości. Poważną zadyszkę złapały także mniejsze gospodarki wschodzące, takie jak Brazylia, Indie, Rosja czy RPA. Te dwa ostatnie kraje podobnie jak Australia i Kanada odczuwają ponadto skutki ochłodzenia koniunktury na rynkach surowcowych. Nad Brazylią i Rosją ciąży też fatum wielkiej imprezy sportowej, której realizacja wyznaczy kres gospodarczej prosperity i zapoczątkuje recesję.
Jednakże te czarne scenariusze wcale nie muszą się zmaterializować. A przynajmniej jeszcze nie w tym roku. To potencjalne czynniki ryzyka, które obecnie ciążą rynkom finansowym, wzbudzając panikę wśród części inwestorów. Lecz doświadczenie uczy, że takie reakcje rynków nierzadko są symptomem końca spadków i początku nowej fali wzrostów.
Sądzę, że „drukowana hossa”, rozpoczęta przez banki centralne wiosną 2009 roku, potrwa przynajmniej do końca tego roku i że kupno akcji lub surowców może okazać się zyskownym posunięciem. Równocześnie jestem przekonany, że niedługo (za rok, może dwa) czeka nas zapaść globalnego systemu finansowego i potężny kryzys gospodarczy. Jednak do tego czasu bankierzy i inwestorzy mają czas na czerpanie zysków z półdarmowego pieniądza, serwowanego przez Bernankich tego świata.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl





























































