Poniedziałkowa sesja przyniosła nowe rekordy wszech czasów w wykonaniu S&P500 i Nasdaq Composite. Pretekst? Ten sam co zwykle: czyli „handlowy optymizm”.


Kontrolowany przez państwo chiński tabloid "Global Times" napisał, że Pekin i Waszyngton są „bardzo blisko” wstępnego porozumienia handlowego. To ta sama śpiewka, którą słyszymy od miesiąca. Ale to wciąż działa. Ten rutynowy „handlowy optymizm” po raz kolejny stał się obowiązującym wytłumaczeniem, dlaczego ceny akcji biją historyczne rekordy w otoczeniu spowalniającej gospodarki i malejących zysków amerykańskich korporacji.
Z rynkiem jednak nie warto się kłócić. I tak w poniedziałek Dow Jones po zwyżce o 0,68% powrócił powyżej 28 000 punktów, ale nowego szczytu nie ustalił. Ta sztuka udała się dwóm pozostałym głównym indeksom. S&P500 wzrósł o 0,75% i na zamknięciu zameldował się z wynikiem 3 133,59 pkt. Znamienny był fakt, że kurs zamknięcia był zarazem sesyjnym szczytem jak i historycznym rekordem. Dokładnie tak samo było w przypadku Nasdaqa, który urósł o 1,32% i osiągnął wartość 8 632,49 pkt.
Licząc od początku roku S&P500 jest na plusie o równe 25%. W tym samym czasie DJIA urósł o 20,3%, a Nasdaq Composite o 30,1%. Co ciekawe, zrzeszający mniejsze spółki Russell2000 dał zarobić 20%, ale wciąż daleko mu do zeszłorocznego rekordu. Szczytu z lipca 2018 nie pobił także FANG Index, w skład którego wchodzą modne akcje internetowych gigantów . Aczkolwiek stopa zwrotu YTD rzędu 27% raczej nie pozostawia niedosytu.
W ten sposób Wall Street zdążyła już prawdopodobnie zdyskontować trzy rzeczy. Po pierwsze, nagłe poluzowanie polityki monetarnej Rezerwy Federalnej. Po drugie, zawarcie choćby częściowego porozumienia handlowego z Chinami kończącego wojnę celną. I po trzecie, zdecydowaną poprawę zysków spółek w 2020 roku. A to wszystko przy założeniu, że rynek długu wysłał błędny sygnał i w przyszłym roku Ameryka nie doświadczy recesji.
Jednak póki co „dealu” z Chinami wciąż nie ma. Prognozy dla zysków spółek cały czas maleją. A Fed na razie wyklucza kolejne obniżki stóp procentowych.
W tym kontekście interesujący jest raport, jaki opublikował nowojorski odział Rezerwy Federalnej. Wynika z niego, że wbrew deklaracjom prezydenta Trumpa to nie chińskie firmy zapłaciły za amerykańskie cła. Analitycy Fedu odnotowali, że ceny chińskiego importu we wrześniu były ledwie o 2% niższe niż rok wcześniej. Podobny spadek odnotowano w przypadku cen importu z innych krajów. Tymczasem stawki celne na znaczną część importu z Chin sięgnęły 25%. Jeśliby więc to Chińczycy mieli wziąć cła na siebie, to spadek cen netto powinien sięgnąć ok. 20%.
- Trwająca stabilność cen dóbr importowanych z Chin oznacza, że amerykańskie przedsiębiorstwa i konsumenci muszą zapłacić za cła – konkludują analitycy Fedu. Raport ten nie precyzuje, w jakim stopniu koszty ceł rozłożyły się pomiędzy zyski firm a ceny płacone przez konsumentów.
Krzysztof Kolany
































































