- Czemu obrót bezgotówkowy w Polsce, w szczególności w małych miejscowościach, rozwija się tak wolno? Liczba kart płatniczych wydanych przez banki rośnie szybko, a wartość transakcji nie wzrasta aż tak dynamicznie?
- Zanim odpowiemy sobie na pytanie, co banki robią, żeby rynek się rozwijał nie tylko w sposób naturalny, ale progresywny, należy skonstatować, że mocno odstajemy od krajów europejskich, w których obrót kartowy odbywa się już od wielu lat i udział transakcji bezgotówkowych w transakcjach ogółem jest daleko wyższy. Za wzór możemy stawiać sobie rynek amerykański, gdzie w zasadzie 80 proc. obrotu płatniczego jest z kart. W Stanach karta jest bowiem atrybutem prestiżu posiadacza oraz sposobem na jego weryfikację.
- No właśnie, co zrobić, żeby było więcej takich transakcji?
- Znaczna część użytkowników kart posługuje się nimi tylko do wybierania gotówki z bankomatów. Proporcja wielkości obrotu „cash” do płacenia kartami jest tak niekorzystna, że należy sformułować wniosek: dotychczasowe działania w tym zakresie były niewystarczające i nieskuteczne. Chodzi o to, żeby coraz więcej kart płatniczych brało udział w transakcjach bezgotówkowych. To się wiąże oczywiście z tzw. ubankowieniem polskiego społeczeństwa, nadal wyraźnie słabszym niż w innych częściach Europy (chociaż się poprawia). Nie ma też sensu wierzyć w to, że nagle Polacy zaczną wydawać więcej pieniędzy niż mają. Niemniej płacenie kartą nic nie kosztuje i jest atrakcyjne. Ludzie, gdy tylko mają możliwość zapłacenia kartą, to płaca nią bardzo chętnie, bo wówczas nie odczuwają tak boleśnie ubytku z portfela. Ale…
- No właśnie. „Ale”…
- Człowiek nie wszędzie wyciąga kartę, bo po prostu nie wszędzie może nią płacić. Po co zabierać swoją kartę na przykład na wakacje nad jeziorami, skoro nie można się nią tam posłużyć. To jest podstawowa bariera…
- Wynikająca z wysokich kosztów obrotu kartowego?
- Największe opory przed używaniem kart kredytowych mają ich akceptanci, czyli placówki handlowe. Bardzo często bowiem trudno im się rozstać z częścią swojej prowizji. Z drugiej strony, w ocenie agenta rozliczeniowego, wiele punktów handlowych mających niewielkie obroty nie jest w stanie przynieść mu satysfakcjonujących dochodów, które uzasadniałyby nakład poniesiony na zainstalowanie terminala oraz koszty rozliczania transakcji.
Wypadkową tego, ile punkt akceptujący kartę jest w stanie zapłacić prowizji i jaka część tej prowizji przypada dla agenta rozliczeniowego, jest opłata dla wydawcy karty kredytowej. W Polsce za każdą złotówkę, którą otrzyma agent rozliczeniowy jako cenę zainstalowania i obsługi terminala, wystawca karty dostaje minimum 5 zł - z tytułu wydania tej karty. Rodzi się w tym momencie pytanie o to, czy ta proporcja jest właściwa? Tym bardziej że wystawca swoje „5 złotych” otrzymuje w sposób zagwarantowany przepisami systemów kart płatniczych, ustalonymi na odpowiednich forach („interchange fee”). Natomiast prowizja, którą pobiera agent rozliczeniowy, nie jest gwarantowana. Negocjując ją z punktem handlowo-usługowym, kalkuluje on średnie koszty, które musi ponieść na rzecz wystawcy karty, i negocjuje nadwyżkę nad te koszty jako swoją prowizję. Jest to paradoksalne z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że w agentów rozliczeniowych inwestują firmy prywatne i banki, natomiast zyski z tego tytułu czerpią wszyscy wydawcy kart. Zgodnie z przepisami organizacji VISA i MasterCard, agentem rozliczeniowym może zostać tylko bank. To on musi zainwestować w „środowisko” akceptacji kart płatniczych. Ale ma dokładnie takie same przychody, jak i inny bank, który nie inwestuje w takie środowisko. PKO BP, który stworzył firmę eService inwestującą w środowisko kart płatniczych (a zrobił to, aby zapewnić swoim kartom sieć akceptacji), dostaje dokładnie tyle samo za używanie jego karty, co każdy inny bank, który do systemu akceptacji nie dołożył ani złotówki. To jest nie w porządku. Drugi paradoks polega na tym, że banki mają wysoką prowizję, a na ogół niczego nie dokładają do systemu rozliczeń. Kiedyś na przykład Bank Pekao SA również inwestował w rynek akceptacji za pomocą Centrum Kart i Czeków. Ale tylko nasza firma obecnie rozwija rynek i tworzy nowe punkty akceptacyjne.
- A zatem kluczem do rozwoju obrotu bezgotówkowego jest zwiększanie liczby punktów akceptujących karty?
- Właśnie tak. Na razie niestety tylko dwa banki inwestują formalnie w rynek akceptacji kart płatniczych w Polsce. Pozostałe kilkadziesiąt jest wyłącznie wydawcami kart. Uchylają się od wzięcia pełnej odpowiedzialności za rozwój rynku. A szkoda, bo zmiana podejścia przysporzyłaby im nowych przychodów i polepszyła ich wizerunek w oczach klientów.
Nie spodziewam się też żadnych nadzwyczajnych zmian na tym rynku bez zmiany struktury opłat. Powinny być one - powtórzę jeszcze raz z całym naciskiem - zróżnicowane dla banków inwestujących w środowisko akceptacji oraz nieinwestujących. Wymaga tego elementarna sprawiedliwość biznesowa.
Rozmawiał: Robert Azembski; współpraca: Małgorzata Azembska
Zaprenumeruj BANK



























































