Liderzy partii rządzących Szkocją, Walią i Irlandią Północną podpisali w poniedziałek w Cardiff porozumienie o współpracy i dążeniu do wystąpienia ze Zjednoczonego Królestwa.


„Wierzymy, że istnieje lepsza droga (…) Nasze ruchy nabierają rozpędu, nadchodzi zmiana konstytucyjna. Dlatego zobowiązujemy się do zacieśnienia współpracy między naszymi partiami i wskazania praktycznych obszarów, w których wspólne działania mogą przynieść realną zmianę” - głosi deklaracja podpisana przez czwórkę liderów: Johna Swinney'a (SNP, Szkocka Partia Narodowa), Michelle O'Neil i Mary Lou McDonald (irlandzka Sinn Fein) oraz Rhun ap Iorwerth (Plaid Cymru z Walii).
Wiosenne wybory do parlamentów w Szkocji i Walii sprawiły, że po raz pierwszy w historii we wszystkich trzech krajach szefowie rządów reprezentują partie, które chcą wystąpienia ze Zjednoczonego Królestwa.
„Trudno o bardziej czytelny znak, że czas Westminsteru (rządowej dzielnicy Londynu – przyp. PAP) dobiega końca” - czytamy w deklaracji.
- To moment zwrotny w konstytucyjnej podróży Zjednoczonego Królestwa. Majowe wybory doprowadziły do sytuacji, w której po raz pierwszy w Szkocji, Walii i Irlandii Północnej pierwsi ministrowie uważają, że ich kraje powinny same zdecydować o swojej przyszłości - powiedział pierwszy minister Szkocji John Swinney.
Swinney stwierdził, że do referendum w sprawie oderwania się jego kraju od reszty Królestwa powinno dojść w ciągu pięciu lat i wyraził przekonanie, że gdyby referendum odbyło się dziś, Szkoci opowiedzieliby się za oderwaniem od Zjednoczonego Królestwa.

W referendum 2014 roku Szkoci zdecydowali o pozostaniu w Królestwie. Zagłosowało za tym 55,3 proc. wyborców. Niepodległości chciało 44,7 proc.
Według średniej sondażowej opracowanej przez portal Politico obecnie zwolennicy niepodległości mają lekką przewagę: 48 proc. do 43 proc. Reszta to niezdecydowani.
Zgodę na ponowne głosowanie w sprawie szkockiej niepodległości wyrazić musi jednak rząd w Londynie. Premier Andy Burnham deklarował, że nie chce tego robić i chciałby skupić się na reformach gospodarczych i społecznych.
Rhun ap Iorwerth uniknął deklaracji dotyczącej referendum niepodległościowego w sprawie Walii, podpisał za to z pierwszym ministrem Szkocji osobne porozumienie: o współpracy, m.in. w zapewnianiu Cardiff i Edynburgowi „sprawiedliwego” finansowania. Jego partia, Plaid Cymru, deklarowała wcześniej, że ewentualne referendum niepodległościowe nie odbędzie się przed zaplanowanymi na 2030 r. wyborami do Seneddu, walijskiego parlamentu.
- Wspólnie potwierdzamy nasze niezbywalne prawo do decydowania o własnej przyszłości – zadeklarowała Mary Lou McDonald, szefowa Sinn Fein. Ugrupowanie działa po obu stronach granicy. W Irlandii Północnej reprezentuje je szefowa rządu Irlandii Północnej, Michelle O'Neill.
Ewentualne referendum zjednoczeniowe w Irlandii Północnej wymaga współpracy rządów w Dublinie i Londynie. Referenda musiałyby zostać zorganizowane i w Republice, i w Irlandii Północnej.
Szef rządu Micheal Martin mówił w niedzielę w BBC, że nie uważa, by jedność Irlandii w najbliższym czasie była realna, tonując nastroje po sobotniej deklaracji prezydenta USA Donalda Trumpa.
Trump powiedział, że chciałby zobaczyć zjednoczenie Irlandii, co wywołało krytykę unionistycznych polityków w Irlandii Północnej, lojalnych wobec brytyjskiej korony. Rzecznik premiera Burnhama zareagował oświadczeniem, że nie może być mowy o organizacji referendum.
W podpisanej w poniedziałek w Cardiff deklaracji znalazło się zastrzeżenie, że „każda ze stron znajduje się w innej sytuacji konstytucyjnej, a każdy naród zdecyduje o przyszłości na swój sposób i w swoim czasie”.
Z Londynu Adam Dąbrowski (PAP)
ada/ mal/

























































