Po styczniowej mini-euforii luty przyniósł schłodzenie nastrojów na Wall Street. Główne nowojorskie indeksy zakończyły miesiąc pod kreską. Także ostatnia sesja miesiąca przyniosła delikatną przewagę spadków.


Dow Jones we wtorek poszedł w dół o 0,71% i zakończył sesję na poziomie 32 655,12 pkt. S&P500 obniżył się o 0,31% i finiszował z wynikiem 3 969,98 pkt. Nasdaq długo utrzymywał się ponad kreską, ale ostatecznie oddał 0,10% i zameldował się na wysokości 11 455,54 pkt.
Była to ostatnia giełdowa sesja miesiąca. W lutym DJIA stracił 4,2%, S&P500 obniżył się o 2,6%, a Nasdaq spadł o 1,1%. Kalendarz niemal perfekcyjnie zgrał się z giełdowym cyklem, ponieważ szczyt jesienno-noworocznego odbicia przypadł na 2 lutego. Luty przyniósł zatem korektę styczniowej zwyżki, w ramach której trzy główne amerykańskie indeksy zyskały w granicach 2,8% (DJIA) po 6,2% w przypadku S&P500 i aż 10,7% na Nasdaqu.
Na początku roku inwestorów opanował entuzjazm związany z nadziejami na to, że największe gospodarki świata w 2023 roku zdołają uniknąć oczekiwanej jeszcze kilka miesięcy temu recesji. Jednakże wciąż uporczywie wysoka inflacja i wzrost rynkowych stóp procentowych mogą pokrzyżować te optymistyczne spekulacje. Rynek terminowy wycenia, że do końca czerwca Fed dokona przynajmniej trzech podwyżek stóp procentowych – łącznie w wymiarze 75 pb. To o 50 bp. więcej, niż oczekiwano jeszcze miesiąc temu. BofA Global Research ostrzega, że stopa funduszy federalnych może sięgnąć prawie 6%, co by oznaczało dodatkowe 50 pb. powyżej obecnych oczekiwań rynku.

Tym bardziej, że sezon wyników za IV kwartał – mówiąc oględnie – nie zachwycił. Jak do tej pory raporty finansowe przedstawiło prawie 95% spółek z indeksu S&P500. Według danych zebranych przez FactSet tylko 68% emitentów pozytywnie zaskoczyło zyskiem na akcję (EPS), a 66% zaraportowało wyższe od oczekiwań przychody. EPS przypadający na indeks S&P500 był o 4,8% niższy niż przed rokiem i był to najsłabszy rezultat od III kwartału 2020 roku.
Równocześnie wyceny pozostały stosunkowo wysokie. Wskaźnik c/z dla indeksu S&P500 bazujące na oczekiwanych zyskach za najbliższe 12 miesięcy (ang. forward P/E) wynosi obecnie 17,7. To wprawdzie rezultat o niespełna 5% niższy od średniej z ostatnich 5 lat, lecz zarazem wciąż o 3% wyższy od średniej z poprzednich 10 lat. Dodajmy do tego, że ostatnia dekada (a zwłaszcza ostatnie kilka lat) stała pod znakiem niemal ekstremalnie wysokich wycen mnożnikowych.
We wtorek nie zachwyciły też dane makroekonomiczne z gospodarki USA. Regionalny indeks koniunktury opracowywany przez Fed z Richmond w lutym odnotował spadek o -16 pkt. względem -11 pkt. w styczniu i oczekiwanego wzrostu do -5 pkt. Dzień wcześniej podobnie rozczarował regionalny wskaźnik z Dallas.
Nieoczekiwanie spadł także Chicago PMI, który osunął się z 44,3 pkt. do 43,6 pkt. przy prognozach zakładających wzrost do 45 pkt. Wskaźnik ten jest barometrem koniunktury przemysłowej w regionie Chicago i od września ostrzega przed silnym spadkiem aktywności biznesowej. Na dodatek pogorszyły się nastroje konsumentów mierzone przez Conference Board. Wskaźnik ten w lutym przyjął wartość 102,9 pkt. wobec 106 pkt. w styczniu i rynkowego konsensusu na poziomie 102,9 pkt.
Może nie są to więc „pierwszoligowe” raporty makro, ale w ostatnich dniach cała ich seria prezentuje się wyraźnie gorzej od oczekiwań analityków. Jeśli taka sytuacja utrzyma się na dłuższą metę, to scenariusz „miękkiego lądowania” amerykańskiej gospodarki może zacząć być kwestionowany.



























































