Irlandzkie finanse publiczne znalazły się w opałach z powodu olbrzymiego obciążenia wynikającego z pomocy przeznaczonej na ratowanie systemu bankowego. W konsekwencji deficyt budżetowy sięgnął 12 proc. produktu krajowego brutto, co zagroziło wypłacalności tego kraju. Irlandzki kryzys bankowy jest pokłosiem załamania koniunktury na tamtejszym rynku nieruchomości.
Rząd Zielonej Wyspy nie znajdując innego rozwiązania, zwrócił się o pomoc do krajów Unii Europejskiej. Zgodnie z nieoficjalnymi doniesieniami Irlandia otrzyma wsparcie wielkości 85 mld euro, chociaż jak zaznacza premier Brian Cowen, kwota jest wciąż negocjowana. Mimo to nerwowość nie ustała. Przyczyną są groźby Partii Zielonych, która zamierza opuścić rząd oraz redukcja ratingu dla Irlandii przez agencję Standard & Poor's. Teraz oczy inwestorów zwróciły się na kraje południa Europy, czyli na Portugalię i Hiszpanię.
Hiszpańscy kredytodawcy zamrozili 181 mld euro w złych kredytach hipotecznych i pożyczkach dla sektora budowlanego. Odzyskanie tych środków będzie niezwykle trudne, co negatywnie wpływa na kondycję sektora finansowego i grozi jego upadkiem.
Agencja Bloomberg donosi, że w Hiszpanii liczba domów przejętych przez banki i wystawionych na sprzedaż zwiększy się w przyszłym roku trzykrotnie. Nowe regulacje na tamtejszym rynku zmuszają kredytodawców do pozbycia się aktywów, które mogą szybko tanieć. W tej sytuacji można spodziewać się znacznej redukcji cen na rynku nieruchomości, co dodatkowo zaszkodzi wycenie bankowych aktywów. Taki scenariusz obserwowaliśmy w Irlandii. Doprowadził on do bankructwa systemu bankowego. Po drodze rząd próbował go dokapitalizować, co skończyło się załamaniem finansów publicznych. Podobny rozwój wydarzeń obserwujemy w Portugalii.
W tym kontekście przyszłość euro nie rysuje się w jasnych barwach. Po 15:50 wspólna waluta umacniała się o niemal 0,1 proc. do dolara i kosztowała 1,3344 dolara.
P.L.

































































