Część kierowców Ubera i Taxify "pracuje" jako wolontariusze fundacji Incolumis Civis. Nie otrzymują pensji, a kieszonkowe. I nie za wożenie pasażerów, a za realizację programu edukacyjnego "Bądź bezpieczny na drodze" - ustaliła Wyborcza.tech.
Incolumis Civis jest partnerem flotowym Ubera. "Zatrudnia" ludzi, głównie imigrantów zza wschodniej granicy, do świadczenia usług na rzecz popularnego przewoźnika. Udostępnia im samochód, rozlicza z przejechanych kilometrów i godzin spędzonych na wożeniu ludzi.
Na papierze są oni wolontariuszami - imigranci na wolontariat nie potrzebują takiego zezwolenia, jak na pracę. Otrzymują nie wynagrodzenie, bo przecież oficjalnie nie pracują, ale kieszonkowe. W umowie nie mają zapisanego przewożenia pasażerów, ale przeprowadzanie pogadanek w ramach programu "Bądź bezpieczny na drodze" i zbieranie ankiet. W ten sposób nie płacą podatków, nie mają opłacanych składek ZUS. Uber korzysta na tym, że nasze prawo w Polsce jest nieszczelne - zauważa gazeta.
Fundacja przewiduje też kary za spóźnienia, nieporządek w aucie i przekraczanie prędkości, narzucając jednocześnie minimalny limit godzin do wyjeżdżenia - 58 tygodniowo.

Fundację nadzoruje Ministerstwo Infrastruktury, które od czterech lat przygotowuje nowelizację ustawy o transporcie drogowym, mającej wyrównać sytuację licencjonowanych taksówkarzy i kierowców Ubera - zauważa gazeta. Jej założycielem jest Artur Jarzyński. To nie fundacja jednak robi przelewy kierowcom, ale spółka Blue SA, która jest własnością fundacji.
Co ciekawe, sam Uber nie wie, że fundacja wykorzystuje wolontariuszy: "Standardową praktyką biznesową jest to, że firmy nie zajmują się strukturą biznesową swoich partnerów biznesowych, ponieważ są oni niezależnymi operatorami. Sprawdzamy natomiast dokumenty, których wymaga prawo, takie jak dane, pod którymi zarejestrowana jest firma czy licencja na przewóz osób".


























































