Władze Kambodży nakazały finansowanej przez USA organizacji prodemokratycznej zakończenie działalności w kraju i odesłanie zagranicznych pracowników. To kolejne antyamerykańskie posunięcie przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi - komentuje Reuters.


Kambodżańskie MSZ w środę oskarżyło Narodowy Instytut Demokratyczny (NDI) o funkcjonowanie bez rejestracji i ogłosiło, że pracownicy NDI mają siedem dni na opuszczenie kraju.
Instytut wezwał władze do ponownego rozważenia decyzji i zapewnił, że współpracuje ze wszystkimi głównymi partiami politycznymi w kraju. Szef NDI Kenneth Wollack oświadczył, że organizacja spełniła wszystkie zobowiązania prawne dotyczące rejestracji.
NDI na swojej stronie internetowej wyjaśnia, że pracuje z partiami politycznymi, rządami i grupami obywatelskimi na rzecz "wspierania i wzmacniania instytucji demokratycznych". Według amerykańskiej ambasady w Phnom Penh NDI działa w Kambodży od 1992 roku.
Ambasada w środowym oświadczeniu zakwestionowała to, czy Kambodża jest demokracją, a Departament Stanu USA wyraził głębokie zaniepokojenie "ograniczaniem wolności prasy i zdolności społeczeństwa obywatelskiego do działania". Oprócz kroków wymierzonych w NDI rzeczniczka Departamentu Heather Nauert wymieniła zamknięcie jedynego w Kambodży radia popierającego opozycję i wszczęcie śledztw podatkowych wobec niezależnych mediów i organizacji pozarządowych.

We wtorek premier Hun Sen, który pozostaje szefem rządu nieprzerwanie od ponad 30 lat, nakazał anglojęzycznemu dziennikowi "Cambodia Daily", który został założony przez Amerykanina, zapłacenie podatków naliczanych przez ostatnią dekadę. Chodzi o równowartość 6 mln dolarów. Jeśli gazeta tego nie zrobi, grozi jej zamknięcie.
Działania te są związane z rosnącym napięciem w Kambodży przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi, w których najpewniej Hun Sen będzie próbował przedłużyć swoje rządy.
Kambodżański rząd w czwartkowym liście otwartym oskarżył Waszyngton o ingerowanie w politykę kraju i opisał amerykańską demokrację jako "krwawą i brutalną".
Władze zastanawiają się, czy przedstawiciele USA przybywają do Kambodży, by "pomagać khmerskiemu narodowi czy też by go krępować". W swym liście rząd oskarżył USA o przyczynienie się do dojścia do władzy reżimu Czerwonych Khmerów.
"Kambodżanie dobrze wiedzą, czym jest proces dyplomatyczny. Nie musicie nam mówić, na czym on polega" - czytamy. "Chcemy po raz kolejny wysłać wyraźny sygnał do ambasady USA, że bronimy naszej suwerenności" - dodano.
Prorządowy portal Fresh News podał, że zwolennicy władz grożą zorganizowaniem protestu na wielką skalę przed amerykańską ambasadą w Phnom Pen z powodu "amerykańskiej ingerencji w suwerenność Kambodży".
Jak przypomina agencja Reutera, rozprzestrzenienie się amerykańskiej wojny w sąsiednim Wietnamie w latach 60. i 70. pomogło wynieść do władzy reżim Czerwonych Khmerów. Podczas ich rządów głód, tortury, choroby i egzekucje spowodowały śmierć co najmniej 1,8 mln Kambodżan.
Hun Sen, były członek reżimu Czerwonych Khmerów, który obecnie jest jednym z najbliższych sojuszników Chin, ostrzegał ostatnio przed możliwym wybuchem wojny, jeśli jego partia nie wygra wyborów. Premier zaostrzył w tym roku działania przeciwko USA. Zakończył wspólnie amerykańsko-kambodżańskie manewry wojskowe, a także zwrócił się o umorzenie długów wojennych z lat 70., które sięgają pół mld dolarów. Krytykował też NGO i oskarżał je o finansowanie grup, które próbują obalić jego rząd.
jhp/ mal/




























































