Wreszcie jest tak, jak miało być od samego początku. Facebook zaczął zarabiać na użytkownikach, inwestorzy zaczęli zarabiać na Facebooku, a Mark Zuckerberg zmierza do czołówki najbogatszych ludzi na świecie. A wszystko to przy przychodach ledwo przekraczających 2 dolary na użytkownika.
Jeszcze do niedawna Facebook budził skrajne odczucia. Pomijając tradycyjne utyskiwania towarzyszące każdej zmianie interfejsu, użytkownicy na ogół doceniali możliwości, jakie daje im największa sieć społecznościowa świata. Inwestorzy natomiast byli zawiedzeni niższym niż w dniu debiutu kursem giełdowym spółki, dobijały ich informacje o „prezentach” w postaci pakietów akcji, które otrzymywali pracownicy Facebooka, a na domiar złego firma wciąż nie przedstawiała im odpowiedzi na najważniejsze pytanie – w jaki sposób zamierza przekuwać zainteresowanie internautów na pieniądze?
Czas żniw
W dniu 10 urodzin władze Facebooka mogą z dumą oznajmić, że rozwiały te wątpliwości. Jak wynika z ostatniego raportu finansowego, w czwartym kwartale 2013 r. przychody spółki wyniosły 2,59 mld dolarów (+63% r/r), z czego reklamy przyniosły 2,34 mld dolarów (+76%). Cieszyć może nie tylko skala, ale i długość wzrostowej passy Facebooka.

Ostatni raport przyniósł też oczekiwany przełom – po raz pierwszy w historii Facebook zarabia przede wszystkim na użytkownikach segmentu mobilnego, prężnie rozwijającego się za sprawą popularyzacji smartfonów i tabletów. Tym samym zasłonięta została często wytykana przez media i analityków „pięta achillesowa” firmy Marka Zuckerberga – reklamy mobilne odpowiadają za 51% przychodów z reklam, podczas gdy w momencie giełdowego debiutu Facebooka (maj 2012 r.) odsetek ten wynosił … 0%.
Znalezienie sposobu na zyski – póki co głównie w USA, Kanadzie oraz (nieco mniej) w Europie – sprawiło, że inwestorzy wreszcie przestali z przekąsem komentować doniesienia o rosnącej liczbie użytkowników Facebooka. Biznes zaczął się opłacać, więc każda nowa osoba powinna cieszyć. Największe wpływy generuje przeciętny Amerykanin lub Kanadyjczyk, natomiast spore szanse na zyski tkwią jeszcze w zainteresowaniach europejskich użytkowników, w tym Polaków.
Pojawiające się od połowy ubiegłego roku kolejne, coraz lepsze raporty o wynikach finansowych, mocno pchnęły kurs Facebooka w górę. Od swojego debiutu giełdowego, przy cenie 38 dolarów za akcję, Facebook dał zarobić już 64,7%, a od historycznego dołka (4 września 2012 r.) wzrósł o ponad 250%. Kto nie przestał wierzyć w potencjał internetowego dziecka Marka Zuckerberga, ten słono zarobił.

źródło: stooq.pl
Oczywiście największym beneficjentem wzrostu wartości akcji Facebooka jest sam Zuckerberg. Mimo, że stracił tytuł najmłodszego miliardera świata, to wątpliwe, by napawało go to smutkiem (koronę oddał swojemu wspólnikowi z Facebooka, młodszemu o 8 dni Dustonowi Moskovitzowi). Wzrost cen akcji sieci społecznościowej sprawił, że tylko od początku tego roku szacowana wartość majątku Zuckerberga wzrosła o 3,4 mld dolarów, co plasuje 29-letniego Amerykanina na 22 miejscu najbogatszych ludzi świata z portfelem wartym 28,1 mld dolarów.
W ciągu 10 lat Zuckerberg prześcignął m.in. George’a Sorosa, Ruperta Murdocha, wszystkich rosyjskich i ukraińskich miliarderów, o bogaczach znad Wisły nawet nie wspominając. Sam Facebook z kolei wart jest przy obecnym kursie 158,3 mld dolarów – bagatela 22 razy więcej niż KGHM.
Imperium zbudowane na modzie
Chcąc znaleźć łyżkę dziegciu w towarzyszącej w ostatnich miesiącach Facebookowi beczce miodu, dociekliwi analitycy wskazują, że największa sieć społecznościowa przestaje być „trendy” wśród młodych Amerykanów. To prawda – według szacunków w ciągu ostatnich 3 lat spadła liczba użytkowników w grupach wiekowych 13-17 i 18-24. Trzeba jednak zauważyć, że znacznie większy wzrost odnotowano wśród osób starszych, a co za tym idzie bogatszych i atrakcyjniejszych pod względem marketingowym.
Oczywiście, zawsze istnieje ryzyko, że Facebook się użytkownikom po prostu znudzi. Firma Marka Zuckerberga udowodniła już jednak, że nie jest „gwiazdą jednego sezonu” i dysponując coraz większymi środkami może – choć nie musi (patrz: Kodak, Nokia) przygotować się na zmianę gustów czy technologii.
Rzucić wyzwanie gigantowi
Wydaje się, że kolejnym wyzwaniem stojącym przed Facebookiem będzie rzucenie rękawicy obecnemu hegemonowi na rynku reklamy internetowej – Google. Droga do tego daleka – jak wynika z wyliczeń eMarketer.com w ubiegłym roku Facebook odpowiadał za 6% światowego rynku, podczas gdy do Google’a należało 31%, jednak pod względem przychodów z reklamy mobilnej przewaga giganta z Moutain View wynosi nie pięcio-, lecz dwukrotność przychodów Facebooka.
Różnica między oboma potentatami branży jest nie tylko ilościowa, ale i jakościowa. Reklamodawcy udają się do Google’a w celu łowienia osób, które wiedzą czego chcą i szukają tego w internecie. Z kolei umieszczający reklamy pomiędzy wiadomościami od znajomych Facebook lepiej sprawdza się w informowaniu o nowych produktach i usługach. Innymi słowy – Facebook pomaga stworzyć popyt, a Google go zaspokoić.
100 lat, 100 lat …
Gdyby rozpisać plebiscyt na innowację, która w ciągu ostatniej dekady najmocniej wrosła w życie przeciętnego człowieka, sieci społecznościowe z Facebookiem na czele należałyby do ścisłego grona faworytów. Użytkownicy jeszcze się nimi nie znudzili – wręcz przeciwnie, jest ich coraz więcej – a kwestionowany przez wiele lat model biznesowy zaczął przekładać się na realne pieniądze. O tym czy Facebookowi będzie dane świętować 20., 50. czy 100. urodziny zadecydują te same dwa czynniki – moda i biznesowa biegłość władz firmy. Dziś, jak każdemu solenizantowi, Facebookowi można życzyć wszystkiego najlepszego, czyli zaspokajania potrzeb klientów. W końcu ostatecznie to oni rządzą każdym biznesem.
Michał Żuławiński
Bankier.pl



























































