REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

„Emigracja uzależnia”. Zamiast wracać do Polski, jadą do kolejnego kraju

Malwina Wrotniak2016-09-09 08:54redaktor naczelna Bankier.pl
publikacja
2016-09-09 08:54
Dodaj Bankier.pl w Google

Emigracja to nie tylko dekady w Anglii czy Kanadzie. Emigracja to również przenosiny z kraju do kraju, nawet jeśli nigdzie nie zagrzewa się miejsca na dłużej. Taki model życia przyjęło wielu Polaków pracujących na zagranicznych kontraktach. Jak mówią - nie bez wyrzeczeń.

„Emigracja uzależnia”. Zamiast wracać do Polski, jadą do kolejnego kraju
„Emigracja uzależnia”. Zamiast wracać do Polski, jadą do kolejnego kraju

Dobrze płatna praca, nowe i cenne doświadczenie, szybki przyrost nowych kompetencji - to tylko niektóre powody trzymające Polaków za granicą. Ale nie w jednym miejscu, a w ciągłym ruchu pomiędzy kolejnymi krajami, do których przychodzi im się przenieść ze względów zawodowych. Gdyby z takim kapitałem chcieli wrócić do Polski – nie jest powiedziane, że znajdzie się tu dla nich odpowiednie miejsce.

Błąkając się po świecie

Agnieszka Torres mieszka z mężem w Korei Południowej, choć jeszcze zaledwie trzy lata temu opowiadała na łamach Bankier.pl o codzienności na Hawajach. Mimo że niedawno urodziła dziecko, jest już gotowa na kolejne przenosiny. Że nastąpią, to pewne – mąż Agnieszki jest żołnierzem i służy ojczyźnie w różnych częściach świata. – Ze względu na fakt, iż mój mąż jest czynnym oficerem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych, nie mamy większego wpływu na to, gdzie nas dowództwo przeniesie. Mniej więcej na cztery miesiące przed spodziewaną przeprowadzką dostajemy informację o nowym adresie zamieszkania – opowiada.

Miejsce zamieszkania często zmienia też Jagoda Reynoud. Jeszcze w 2012 roku stacjonowała z rodziną w Nowej Kaledonii, dziś również mieszka w Korei Południowej i podobnie jak w przypadku Agnieszki Torres, na tej lokalizacji na pewno się nie skończy. – Od ponad dziesięciu lat błąkam się z mężem po całym świecie – opowiadała cztery lata temu i do tej pory pod tym względem nic się nie zmieniło. – Do odległych zakątków wysyła nas oczywiście praca. Mąż pracuje w budownictwie przemysłowym. Jego pierwszy ważniejszy kontrakt miał miejsce w Polsce, w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie się poznaliśmy. Później Korea Południowa - tam urodził się nasz pierwszy syn, Martynika - narodziny drugiego, Katar, który ze względu na moją pracę wspominam najlepiej i w końcu Nowa Kaledonia. Dalej już chyba nie zdołamy pojechać... – mówiła wtedy. Kolejne lokalizacje prawdopodobnie nadal nie przybliżą ich do Starego Kontynentu. – Małżonek pracuje w sektorze tzw. węglowodorów (ropa/gaz), który słabo rozwija się w Europie – wyjaśnia.

Agnieszka Samolej jakiś czas temu wróciła z Sudanu Południowego, gdzie podczas dwuipółletniego kontraktu pracowała dla międzynarodowej organizacji zajmującej się pomocą rozwojową. Po powrocie do Polski znalazła pracę i teoretycznie chciała zostać na dłużej. Ale znowu wyjechała za granicę, tym razem do Kurdystanu. – Moje kontrakty są zazwyczaj 2-3-letnie, więc co 2-3 lata trzeba się przenosić: pakować, rozpakowywać, szukać mieszkania, zostawiać rzeczy, kupować rzeczy, organizować sobie życie od nowa, zostawiać przyjaciół, poznawać nowych ludzi – wyjaśnia.

Wakacje na giełdzie

Co trzy lata do góry nogami

Najtrudniejsze są dla mnie pożegnania z przyjaciółmi i nawiązywanie nowych przyjaźni po przenosinach. Obecnie mieszkamy na terenie bazy wojskowej w małej mieścinie w Korei Południowej. Życie w tej bazie jest specyficzne i bardzo przypomina pewne aspekty socjalizmu w Polsce - wszyscy jedziemy na tym samym wózku, wszyscy ze wszystkimi pracują i się znają, wszyscy kupują w tych samych dwóch dostępnych sklepach, nigdy nie wiadomo, z kim i o czym można porozmawiać... Oj, zajęło mi trochę czasu, żeby się dostosować. Z kolei życie poza bazą - kultura i obyczaje koreańskie nie przypadły mi zbytnio do gustu, więc poza weekendowymi wypadami na łono natury nie czuję chęci przekraczania murów jednostki – opowiada Agnieszka Torres.

– Zdecydowaną zaletą [częstych przenosin – red.], jak dla mnie, jest właśnie to poznawanie nowych ludzi, kultur, ciągłe uczenie się nie tylko świata zewnętrznego, ale i samej siebie, stawianie czoła nowym wyzwaniom – mówi z kolei Agnieszka Samolej. Minusem jest brak stabilizacji, a dodatkowo w moim sektorze - szczególnie duża fluktuacja ludzi, więc i ciągłe rozstania z przyjaciółmi.

Z doświadczeniem zdobytym w tylu miejscach na świecie, choć może na trochę gorszych warunkach, wielu z nich mogłoby osiąść na stałe w jednym kraju. A mimo to nie chcą. Pakują rodziny i jadą dalej, zaczynają od nowa. To, co jedni nazwaliby mordęgą, oni traktują jako wyzwanie i przygodę. Pojawiają się też mocniejsze słowa: – Emigracja to nasz styl życia. Obydwoje z mężem nie wyobrażamy sobie osiąść gdzieś na stałe, przynajmniej nie na razie. Przyzwyczailiśmy się do ciągłych przeprowadzek. Zmiany otoczenia co dwa, trzy lata napędzają nas. To pewnie dziwnie zabrzmi, ale dodają adrenaliny naszemu życiu. Poznawanie zakątków świata, nowych kultur, nowych ludzi – to nas kręci. Poza tym życie od kontraktu do kontraktu odejmuje nam lat. Przy każdej przeprowadzce zaczynamy wszystko od nowa. Wijemy sobie gniazdko jak młoda para – z tą różnicą, że nas nie ograniczają pieniądze. Budujemy krąg znajomych i organizujemy życie na nowo – mówi Jagoda Reynoud.

– Niedawno córka naszych dobrych znajomych stwierdziła, że nasze życie jest super, bo wciąż jesteśmy na wakacjach, te ciągłe wyjazdy w same egotyczne miejsca, cóż może być piękniejszego [śmiech]. Z jednej strony życie na takiej emigracji to bajka. Firma płaci za ciebie rachunki, opłaca podatki, ubezpieczenie, wszystkie koszty związane z życiem w danym miejscu, zapewnia dom i dobrą szkołę dla dzieci – mówi Jagoda Reynoud, ale szybko dodaje:

– Z drugiej strony to mnóstwo wyrzeczeń. Taka emigracja to przede wszystkim brak perspektyw zawodowych dla mnie. Rzadko się zdarza, że mogę pracować. Emigracja to brak stabilizacji dla naszych dzieci. Emigracja to, powiedziałabym, osamotnienie rodzinne - jesteśmy z dala od naszych najbliższych, nie uczestniczymy w ich życiu. Nasza emigracja ma specyficzną formę - nie osiadamy nigdzie na dłużej. Średnio co trzy lata wywracamy do góry nogami całe nasze życie, nasze i naszych dzieci… One znają tylko życie na walizkach i ciągłe zmiany otoczenia. Dla nich wszystko jest ulotne. Ubolewam nad tym faktem. Wiem, jak ważne w życiu każdego z nas są trwałe przyjaźnie.

Temat dylematów i rezygnacji pojawia się w każdej z tych historii, nawet tam, gdzie zasadniczo ludzie są gotowi na kolejne zmiany. – Z jednej strony uwielbiam tą ekscytację związaną z poznawaniem nowego miejsca i ludzi, a z drugiej chciałabym móc osiąść gdzieś na stałe, nawiązać przyjaźnie, które nie skończą się po trzech latach, czy chociaż kupić roślinki i nie musieć ich oddawać sąsiadom, kiedy czas na przenosiny – mówi Agnieszka Torres.

Z pewnością nasze życie ma wiele pozytywnych, jak i negatywnych aspektów. Staramy się jednak nie skupiać na tym, co złe i czerpać jak najwięcej dobrego z tych naszych przeprowadzek.

Przystanek „Polska” na razie nie

Polska, nawet jeśli nie na stałe, dla niektórych mogłaby być jednym z przystanków na drodze. – Po powrocie z Sudanu Południowego pracowałam w Polsce ponad 1,5 roku. Fajna praca, fajni ludzie, niezła pensja, ale czegoś brakowało. Tak, emigracja chyba uzależnia, a szczególnie sektor, w którym pracuję, a więc pomoc rozwojowa i humanitarna – mówi Agnieszka Samolej.

Agnieszce i Nicholasowi Torres dylematy na temat przeprowadzki nad Wisłę na razie nie grożą: – Ze względu na czynny udział męża w wojsku amerykańskim, nie mamy możliwości na przenosiny do Polski. Przyznam jednak szczerze, że nawet gdyby była taka możliwość, to nie jestem pewna, czy chciałabym wrócić.

Planów nie snuje też Jagoda Reynoud z rodziną: – Nie wiem, co będzie za najbliższy rok, więc trudno mi wybiegać dalej w przyszłość. Do Polski wracamy bardzo chętnie każdego roku w letnie wakacje. Mamy tutaj dom, rodzinę i przyjaciół. Jednak mieszkanie na stałe to coś zupełnie odmiennego. Niestety Polska coraz bardziej przeraża mnie wszechobecną ksenofobią.

Marnotrawstwo mózgów. Wyjeżdżają z Polski i pracują poniżej kwalifikacji

Marnotrawstwo mózgów. Wyjeżdżają z Polski i pracują poniżej kwalifikacji

Co piąta osoba z wyższym wykształceniem, która planuje emigrację lub jej nie wyklucza, spodziewa się, że za granicą przyjdzie jej pracować poniżej własnych kwalifikacji – wynika z badania opinii nt. emigracji przeprowadzonego przez Bankier.pl.

Czy mimo wszystko warto tułać się po świecie w ten sposób przez kolejne lata? – Myślę, że każdy musi sobie odpowiedzieć na to pytanie indywidualnie. Ja bardzo mocno zastanawiałam się nad podjęciem obecnej pracy, bo brakowało mi stabilizacji i myślałam, że osiągnę ją w kraju. W Polsce miałam mieszkanie, dobrą pracę, przyjaciół, ale… no właśnie, chodzi o to „ale”. Polacy są narodem dosyć zamkniętym i trudno poznawać ludzi, nawiązywać nowe przyjaźnie. Każdy po pracy pędzi do domu, trudno nawet spotkać się na kawę czy obiad. Za granicą, kiedy ma się taki charakter pracy jak ja, ludzie spędzają ze sobą dużo czasu, organizują się po pracy, idą do restauracji, kina, organizują pikniki, wyjazdy w góry, seanse filmowe w domach itd. – opowiada Agnieszka Samolej, za którą kilka lat spędzonych w Afryce. – Dodatkowo, ważnym dla mnie czynnikiem jest to, że w jakimś małym stopniu wpływam na pozytywną zmianę świata i ludzi – wielką satysfakcję daje to, gdy widzisz radość ludzi, którzy dzięki wybudowanej studni właśnie uzyskali dostęp do wody. Widzisz, jak zmienia się ich podejście i światopogląd, chcą dowiedzieć się czegoś więcej. Na mojej liście plusów i minusów jednak przeważyły plusy – dodaje.

Dla osób, które po latach chciałyby wrócić do Polski, lata tułaczki w imię lepszej pracy, nowych kompetencji i doświadczeń mogą okazać się pułapką. – Ja nadal chciałabym wrócić do Polski – przyznaje Agnieszka. – To tu jest moje miejsce, moja rodzina, moi przyjaciele, których mam od lat, moja kultura. Opowiada jednak o doświadczeniach z okresu poszukiwania pracy w Polsce i kontakcie z jedną z firm headhunterskich: – Przemiła pani po przeczytaniu mojego CV powiedziała: świetny życiorys, wysokie kwalifikacje, duże doświadczenie - oznacza to wysokie wymagania finansowe, będzie trudno. I muszę powiedzieć, że nie było łatwo. Przykre jest to, że w Polsce nie ceni się ludzi o wysokich kwalifikacjach. Często nie chce się z nimi nawet rozmawiać, bo ocenia się na wyrost, że będą mieli wysokie wymagania finansowe.

Tym sposobem, nawet jeśli Polacy na emigracji będą gotowi do powrotu do Polski, Polska może nie być gotowa na nich.

*****

fot. / / Wydawnictwo Marginesy

21 września, w 6 lat od startu projektu "Tam mieszkam" na łamach Bankier.pl, do księgarń trafia książka pod tym samym tytułem.

To 15 niepublikowanych dotąd rozmów z Polakami mieszkającymi za granicą - w Stanach Zjednoczonych, Szwecji, Katarze, Niemczech, Kolumbii, Grecji, Wietnamie, na Wyspach Owczych, w RPA, Chorwacji, Hongkongu, Holandii, Indonezji i Wielkiej Brytanii.

To kilkanaście różnych gospodarek, społeczeństw, rynków pracy, o wiele więcej stereotypów, obyczajów, porad, ostrzeżeń, blasków i cieni życia w innych krajach.

Wśród rozmówców, m.in. Alina Dragan, Dagmara Domińczyk, Janusz Leon Wiśniewski.

Więcej informacji na stronie Wydawnictwa Marginesy

Źródło:
Tematy

Komentarze (67)

dodaj komentarz
~globetrotter
3 lata w japonii, 4 lata w chinach, teraz od 2 lat australia potem singapur...ciągle przenosiny to życie na bieżąco, mało odlozonych pieniedzy, nie ma tak naprawdę po co wtacac do polski skoro w następnym kraju dobrze placa i warunki dobre ale i w polsce nawet mieszkania nikt z nich (nas) nie ma, wiec tak naprawdę nie ma wyjścia.3 lata w japonii, 4 lata w chinach, teraz od 2 lat australia potem singapur...ciągle przenosiny to życie na bieżąco, mało odlozonych pieniedzy, nie ma tak naprawdę po co wtacac do polski skoro w następnym kraju dobrze placa i warunki dobre ale i w polsce nawet mieszkania nikt z nich (nas) nie ma, wiec tak naprawdę nie ma wyjścia.
te co lataja po bazach amerykańskich to wspolczuje, mieszkanie w bazie to klitki dla rodzin, tak jak mowi komuna: jefen fryzjer, stacja benzynowa, klub pilota (towazyskie zycie tam sie kreci: bar, stolowka, disco) jeden market z amerykanskim zarciem i ubraniami, pralnia itp. wyplata ok 3.000 $ i ciągle na rozkazach. tez chodzilam z jednym gosciem z airforce ...ale powiedxialam mu ze ja do roli przylepy męża sie nie nadaje i nie moge zyc jego zyciem, ja musze miec swoje zycie tzn. prace, znajomych, dochód.
~torra
Kiedy tacy emigranci opowiadają w PL o swym życiu wydaje się Nam to takie ciekawe, egzotyczne, wyjątkowe. Tyle, że czasami trudności i minusów jest bardzo dużo.. każdy powinien iść swoją własną drogą. Ja mogę być szczęśliwa mieszkając koło nowego targu i ...mogę być bardziej szczęśliwa niż ten co widział w rok Karaiby i Seszele. Kiedy tacy emigranci opowiadają w PL o swym życiu wydaje się Nam to takie ciekawe, egzotyczne, wyjątkowe. Tyle, że czasami trudności i minusów jest bardzo dużo.. każdy powinien iść swoją własną drogą. Ja mogę być szczęśliwa mieszkając koło nowego targu i ...mogę być bardziej szczęśliwa niż ten co widział w rok Karaiby i Seszele. wszystko zależy od charakteru, tak jak nie każdego uszczęśliwiać będzie skok na bungge
ALE...
mam wrażenie, że społeczeństwo z nieznanych mi powodów ceni i promuje właśnie zachowania typu obieżyświat, sporty extreme, bycie fit..dlaczego?nie wiem..
~ty
To prawdziwe nieszczęście, że mieszkańcy Europy nie mający wiele wspólnego z nomadami przenoszą się z miejsca na miejsce nigdzie nie mogąc zostać na stałe. Kapitał w postaci doświadczenia nomada bez kapitału do założenia własnej firmy w wybranym przez siebie miejscu jest gówno wart. Po latach wyrzeczeń można zostać jedynie 'wolnym To prawdziwe nieszczęście, że mieszkańcy Europy nie mający wiele wspólnego z nomadami przenoszą się z miejsca na miejsce nigdzie nie mogąc zostać na stałe. Kapitał w postaci doświadczenia nomada bez kapitału do założenia własnej firmy w wybranym przez siebie miejscu jest gówno wart. Po latach wyrzeczeń można zostać jedynie 'wolnym najmitą'.
Z wypraw w dalekie kraje to przede wszystkim powinno się przywozić bogate łupy, a doświadczenia podróżowania i kontaktu z innymi kulturami to coś, czego często nie da się wymienić na nic innego jak opowieści innych, gdzie to oni byli i czego doświadczyli.
Mamy w sobie przede wszystkim geny osiadłych rolników (zwłaszcza w linii męskiej), a nie nomadów.
~StanRS
Niektórzy mają geny chazarskich koczowników, więc nie generalizuj.
~Les
Dwa lata w Londynie i jeszcze się nie zorientowałes że świat jest różnorodny i ciekawy szkoda gadać
~Ed
Nie wiem jak mozna dluzej zyc w takim Londynie w zapyzialych pokoikach (za wielka kase), brudnych ulicach, wsrod nijak nie przystajacych do Europy kolorowych, muzulman itp.
Juz nie mowie o zyciu bez rodzin, z dala od rodzicow, wsrod dziwadel.
Sam bylem 2 razy za granica, w sumie 2 lata i wiem co mowie. Tym , ktorzy mowia,
Nie wiem jak mozna dluzej zyc w takim Londynie w zapyzialych pokoikach (za wielka kase), brudnych ulicach, wsrod nijak nie przystajacych do Europy kolorowych, muzulman itp.
Juz nie mowie o zyciu bez rodzin, z dala od rodzicow, wsrod dziwadel.
Sam bylem 2 razy za granica, w sumie 2 lata i wiem co mowie. Tym , ktorzy mowia, ze w PL nie ma pracy powiem, zeby sobie pogadali np. z Ukraincami, ktorzy w wielu wypadkach swietnie u nas prosperuja remontujac mieszkania itp itd
~seth
emigranci korzystają jedynie na różnicach kursowych, w angli z ich zarobkami na zmywaku tak samo nic nie znaczą. Jedyne co, to zarobią trochę więcej wracają tutaj i panoszą się jak nie wiadomo co.
~Precz_z_komuna
A wiec jest nadzieja ze tusk nie wroci!!!
Jeszcze tylko wyslac pis sld nowoczesna i reszte po za granice i mozemy budowac Polske od nowa, na zdrowych zasadach
~u_bolt
Nie udzielaj instruktazu tylko buduj patriot od siedmiu bolesci.
~seth
z czego zbudujesz, całe to 60+ letnie pokolenie cwaniaków nadal m się dobrze żyjąc na koszt młodych, za szybko ich od koryta nie oderwiesz, a porządnej elity na nich też nie zbudujesz.

Powiązane: Tam mieszkam

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki