Dziś zostanie przedstawiony raport na temat stopnia konkurencyjności na rynku energetycznym. Jak zapowiedział prezes Swora, jeśli raport wykaże, iż każdy konsument będzie mógł bez problemu zmienić dostawcę energii, wówczas dojdzie do liberalizacji rynku.
Eksperci ostrzegają jednak, że tak czy owak prąd zdrożeje. Uwolnienie cen wiąże się z ryzykiem ich gwałtownego skoku nawet o kilkadziesiąt procent. W przypadku gdyby pozostały pod kontrolą, nieunikniona jest podwyżka w 2009 r. o co najmniej 20 proc. Wynika to ze wzrostu cen węgla o 30 proc., co odbije się na kosztach wytwarzania energii przez elektrownie. Poza tym niektóre siłownie obawiają się, że brak wystarczających uprawnień do emisji CO2 zmusi je do ich zakupu na wolnym rynku w cenie około 20 euro za tonę, a to oznacza wzrost kosztu 1 tys. kWh do ponad 200 zł. Energetyka szacuje deficyt uprawnień w latach 2008 – 2012 na około 15 proc. całego zapotrzebowania w wysokości 135 mln ton rocznie.
Zdania na temat uwolnienia cen są podzielone. Branża energetyczna domaga się takiej decyzji, grożąc, że dalsze regulowanie cen spowoduje brak środków na niezbędne inwestycje w nowe moce i modernizację bloków energetycznych. Zdaniem Mariusza Przybylika, eksperta z firmy A.T. Kearney, dalsze wstrzymywanie liberalizacji sprawi, że w momencie uwolnienia rynku ceny poszybują gwałtownie w górę. Inne zdanie na temat wolnego rynku energii ma Krzysztof Żmijewski, ekspert energetyczny i były prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE). Według niego nie wolno uwalniać cen, dopóki nie ma w Polsce prawdziwego hurtowego rynku energii. – Nie można liberalizować rynku, w momencie gdy mamy przewagę popytu nad podażą prądu – uważa Żmijewski. Zdaniem eksperta beneficjentem liberalizacji będzie jedna firma – Polska Grupa Energetyczna (PGE), która jako jedyna ma więcej wyprodukowanej energii, niż są w stanie sprzedać spółki dystrybucyjne.
Dariusz Styczek
Dziennik Finansowy
Więcej na ten temat
































































