MEN to trochę zmarginalizowany resort, a przecież w najbliższym czasie nie będzie nic ważniejszego niż nauka. Nowa minister edukacji obiecała doprowadzenie do końca sprawy 6-latków w szkołach. Potem zajmie się zbyt drogimi podręcznikami. Dwa proste problemy, a ile roboty.

Image licensed by Ingram Image
W 2014 roku do szkół trafi ok. 200 tys. 6-latków. Rząd wie lepiej od rodziców, co jest dobre dla ich dzieci. Dlatego postanowił odrzucić wniosek o organizację referendum w tej sprawie.
Szkoły są gotowe, nauczyciele też. A dzieci?
Rządzący twierdzą, że dzieci, które wcześniej rozpoczynają naukę w szkole, osiągają lepsze wyniki w przyszłości. Ponadto sześciolatki idą do szkół w 134 państwach świata. Zdaniem przeciwników tej reformy szkoły nie są dostatecznie przygotowane do przyjęcia tak małych dzieci. Rząd zapewnia, że jest odwrotnie - na przystosowanie szkół wydano ponad 2 mld zł, m.in. na niezbędne remonty.
W zasadzie sprawa jest prosta - wprowadza się ustawowy obowiązek wysyłania do szkół sześciolatków i koniec. Wcześniej oczywiście wypada dostosować szkoły do tak małych dzieci, ale to tylko kwestia pieniędzy. Oburzenie niektórych rodziców wynika z przeświadczenia, że rygor szkolny w tym wieku nie jest wskazany dla maluchów. Ponadto twierdzą, że nie wszystkie szkoły są dobrze przystosowane do przyjęcia sześciolatków. To, że wydano ponad 2 mld zł wcale nie oznacza, że udało się zrobić wszystko co konieczne.
To są podstawowe argumenty przeciwników i zwolenników tej reformy. Jednak jest jeszcze trzeci powód. Dlaczego rząd tak uparcie obstaje przy posłaniu 6-latków do szkół? Przecież nie ma żadnego politycznego sensu w pójściu na wojnę z rodzicami. Tym bardziej, że część z nich chętnie posyła dzieci wcześniej do szkoły. Zatem po co wprowadzać ten obowiązek, skoro było dobrze?
W Polsce mamy ok. 400 tysięcy nauczycieli (nie licząc kadry akademickiej). To jedna z najliczniejszych grup zawodowych. Równocześnie liczba uczniów systematycznie maleje. Od 2008 do 2012 roku liczba etatów w szkolnictwie zmniejszyła się o 10 tys., a liczba uczniów o milion! Niestety, nauczyciele nie mogą uczyć powietrza, więc część szkół trzeba było zlikwidować.
Tylko w tym roku pracę może stracić nawet 9 tys. nauczycieli. Posłanie 200 tysięcy dzieci do szkół pozwoli na jakiś czas uchronić część zagrożonych utratą pracy. Jest to jednak rozwiązanie tylko na chwilę, bo po 2015 roku znów zacznie spadać liczba uczniów. Czy wtedy rząd wyśle 5-latków do szkół? Raczej nie, ale wtedy będzie już po wyborach.
Tani podręcznik jeszcze poczeka
Przeciętnie co roku rodzice muszą wydać ok. 350 zł na zestaw podręczników dla jednego dziecka. Podręcznik szkolny musi być zgodny z programem nauczania. Zatem co do zasady wszystkie zawierają te same informacje - różnią się głównie obrazkami i okładką. Pewne rzeczy są inaczej napisane, ale to wciąż ta sama wiedza, którą muszą posiąść uczniowie. Wydawnictwa prześcigają się w przekonywaniu uczniów i nauczycieli, że ich podręczniki są najlepsze. Niekiedy ma to patologiczny charakter.
A przecież absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, by ci sami ludzie, którzy zatwierdzają program nauczania przygotowali kilka zestawów podręczników do każdego przedmiotu i udostępnili je na zasadzie wolnych licencji w Internecie. Uczniowie mogliby je pobrać, wydrukować, a jeśli potrzebują pięknej formy - kupić papierową wersję w księgarni. Jest to najprostszy sposób na stworzenie tanich podręczników. Nie wiedzieć czemu MEN broni się przed tym, czego dowodem jest opieszałość w przygotowywaniu cyfrowych wersji pomocy naukowych. Prawdopodobnie chodzi o ochronę interesów branży wydawniczej, której przychody z tytułu sprzedaży podręczników szkolnych szacowane są na ok. 1 mld zł.
Nowa minister edukacji narodowej ma dwa zadania. Oczekujemy jednak innowacji, a nie utrwalania starego układu.
Łukasz Piechowiak





























































