Wydarzenia, jakie miały miejsce na rynkach finansowych w 2008 r. nieodparcie kojarzyły się z Wielkim Kryzysem z lat trzydziestych XX wieku. Skala przeceny niektórych rodzajów majątku, gwałtowność zmian cen, tempo hamowania wielu rozwiniętych gospodarek świata nie miały sobie równych w powojennej historii. Trudno jest więc znaleźć ludzi, którzy mogliby czerpać z własnego doświadczenia pomysły na walkę z tak dużymi problemami gospodarki światowej i rynków finansowych.
Trzeba więc sięgać do jedynego - znanego współczesnym z książek - okresu o porównywalnej, a nawet większej skali zjawiska. Dziś zdecydowanie dominuje pogląd, że chociaż praktycznie cały świat popadł w duże kłopoty, to stawianie tez o analogiach do Wielkiego Kryzysu jest nieuprawnione. Czy rzeczywiście tak dużo różni obecny stan rynków finansowych i gospodarki światowej od tamtego okresu? A jeśli nawet obecne perturbacje nie przystają skalą i charakterem do Wielkiego Kryzysu, to czy z ówczesnych zdarzeń nie da się wysnuć wniosków pożytecznych do rozwiązania dzisiejszych problemów gospodarczych?
Kryzys zawsze stanowi zaskoczenie
Historia gospodarki wskazuje na cykliczność rozwoju, przynajmniej w warunkach zbliżonych do wolnego rynku. Naturalną koleją rzeczy po okresach prosperity nadchodzą cięższe czasy. Jednak znacznie częściej dochodzi jedynie do spowolnienia gospodarki, które nie nosi znamion kryzysu niż do dramatycznych wydarzeń wymagających nadzwyczajnych działań. Z tego względu kryzysy zawsze zaskakują. To oczywiste; gdyby nie zaskakiwały zdecydowanej większości decydentów, to nie mogłyby stać się kryzysami. Właściwe i odpowiednio wcześnie zastosowane środki prewencyjne nie pozwoliłyby na przekształcenie spowolnienia gospodarczego w zapaść ekonomiczną, a korekty spadkowej notowań akcji, obligacji, surowców, nieruchomości w dramatyczną paniczną wyprzedaż.
Podobnie było pod koniec lat dwudziestych XX wieku. Jeszcze w 1927 r. John Maynard Keynes uspokajał: „za naszego czasu nie dojdzie do gospodarczego krachu”. Warto dodać, że w pamięci współczesnych mu ekonomistów jeszcze żywo tkwił obraz głębokiej recesji z lat 1920-1921. Istniały więc przynajmniej psychologiczne przesłanki do założenia, że po takim dogłębnym „oczyszczeniu się” gospodarki na początku lat dwudziestych przed światem przynajmniej kilkanaście lat wspaniałej koniunktury, przerywanej jedynie krótkimi okresami nieco słabszego wzrostu. Niestety w drugiej połowie 1929 r. nałożyło się (dosyć nieszczęśliwie) kilka zjawisk, które oddzielnie nie stanowiłyby większego zagrożenia, ale łącznie przyniosły początek Wielkiego Kryzysu. Jednym z nich był bardzo gwałtowny wzrost cen akcji od czerwca do września na nowojorskiej giełdzie. Wyniósł on średnio około 20 proc. w ciągu niespełna 3 miesięcy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, ani ryzykownego, gdyby nie fakt, że w tym właśnie okresie gospodarka amerykańska wyraźnie zwalniała tempo rozwoju, a na w końcu lata 1929 r. wkroczyła w fazę recesji. Tym razem rynek akcji nie zadziałał jako bezpiecznik i nie ostrzegł przed kłopotami gospodarczymi. Zazwyczaj koniunktura giełdowa wyprzedza bowiem nieco koniunkturę gospodarczą i wcześniej generuje sygnały o nadchodzącym spowolnieniu lub ożywieniu. Na początku października 1929 r. naturalna tendencja inwestorów giełdowych do realizacji niemałych zysków z poprzednich miesięcy została wzmocniona strachem przed recesją. Stąd pozostał już tylko jeden krok do paniki…
Początek XXI wieku, to nie lata trzydzieste XX w.
Kryzys rozpoczął się w gospodarce amerykańskiej. Narastał stopniowo, a tempo hamowania tej gospodarki osiągnęło apogeum w 1932 r. Co ciekawe, również wtedy swoje lokalne, wieloletnie minimum ustanowił indeks S&P500. W połowie 1932 r. spadł poniżej 4,5 punktu. W kolejnych kilku kwartałach gospodarka USA nadal kurczyła się, ale już znacznie wolniej. W tym samym czasie indeks S&P500 zanotował wzrost o niemal 100 proc., pomimo trwającej recesji! Ostatecznie kryzys spowodował spadek produkcji w USA o niemal 30 proc. i wzrost bezrobocia do poziomu 25 proc. Obecne dane nie wskazują, a najczarniejsze prognozy nie zakładają, osiągnięcia nawet połowy tego spadku. Przyczyn jest wiele. A jedną z nich stanowi wcześniej zdobyte doświadczenie. Świat już kilkukrotnie stawał w obliczu zagrożenia głęboką recesją. Dzięki naturalnym tendencjom samoregulacyjnym gospodarek rynkowych, wspomaganych odpowiednią polityką monetarną i fiskalną, udało się uniknąć powtórki Wielkiego Kryzysu. Dotychczas występujące (w ostatnich siedemdziesięciu latach) okresy dekoniunktury gospodarczej na świecie udawało się przetrwać w przyzwoitej kondycji. Stąd wynikają relatywnie optymistyczne opinie o małym prawdopodobieństwie powtórki z lat trzydziestych.
Obecnie sytuacja na świecie zdecydowanie jednak odbiega od wcześniej znanych układów sił gospodarczych, wielkości wzajemnych wpływów gospodarczych i podatności na perturbacje rynków finansowych. Proces globalizacji, ożywionej wymiany handlowej i bardzo dynamicznego rozwoju rynków finansowych spowodowały znaczne wzajemne uzależnienie gospodarcze poszczególnych krajów. Negatywne impulsy z jednego zakątka globu mogą błyskawicznie wpływać na rozwój wydarzeń w innym. Potężny kryzys na rynku nieruchomości w USA bardzo szybko rozprzestrzenił się niemal na cały świat, a bessa na Wall Street skłoniła do panicznej wyprzedaży akcji nawet w najdalej od Ameryki położonych regionach.
Jednak to, co w obecnych warunkach wygląda na słabość systemu gospodarczego, podobnego do systemu naczyń połączonych, może i powinno okazać się jego siłą. Globalizacja przyniosła rozprzestrzenienie „zarazy”, ale również pomaga w jej zwalczaniu. W czasach Wielkiego Kryzysu nawet nie można było marzyć o zsynchronizowanej akcji banków centralnych najbogatszych państw świata, mającej na celu zasilenie systemu finansowego w kapitał, obniżenie kosztu pieniądza i zagwarantowanie stabilności sektora bankowego. Wtedy nie istniał Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który obecnie w ciężkich chwilach udostępnił niezbędny kapitał mniejszym krajom zagrożonym niewypłacalnością w okresie krótkiego, ale gwałtownego kryzysu walutowego. Kraje zasobne w kapitał i rezerwy walutowe są świadome, że jeśli ich nie użyją w celu ratowania swoich partnerów gospodarczych, same popadną w tarapaty z powodu dużego ograniczenia rynków zbytu dla własnych towarów i usług. Wspólne działanie nie musi być wyrazem altruizmu, na pewno zaś będzie świadectwem dbania o własne bezpieczeństwo gospodarcze.
Interwencjonizm nie jest jedyną receptą
W obliczu poważnych zagrożeń dla światowej gospodarki aktualne pozostaje pytanie: jak ją ratować przed głęboką recesją? Ścierają się opinie na temat błędów popełnionych w czasie Wielkiego Kryzysu. Monetaryści pod wodzą Miltona Friedmana główną winą obarczali Fed, czyli odpowiednik banku centralnego. Organ ten nie potrafił ustabilizować amerykańskiego systemu bankowego, a między innymi do tego celu został powołany. Jeszcze dalej posunął się Murray N. Rothbard (uczeń Ludwiga von Misesa), który dowodzi, że osławiony New Deal prezydenta Roosevelta był nie ratunkiem, a przekleństwem dla Ameryki. Stawia on tezę, że właśnie państwowy interwencjonizm zamienił cykliczne, naturalne osłabienie gospodarki w kataklizm ekonomiczny. Ale, patrząc na obecne działania światowych decydentów można stwierdzić, że na razie przegrywają koncepcje szkół ekonomicznych o liberalnym profilu. Dominuje przekonanie o nieuchronności zdecydowanych działań państwa w celu pobudzenia gospodarki. A skalę owych interwencji nieco żartobliwie nakreśla laureat ekonomicznej nagrody Nobla z 2008 r. Paul Krugman: „…pokażcie program pomocy dla gospodarki, a następnie zwiększcie go o 50 proc. W sytuacji recesji lepiej się pomylić dając zbyt mocne bodźce niż zbyt słabe.” I rzeczywiście po wielkiej „wpadce”, jaką było dopuszczenie do bankructwa wielkiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers, decydenci przyjęli zasadę dużego marginesu błędu swych działań interwencyjnych. In plus. To znaczy, gdy tylko pojawia się zagrożenie stabilności systemu finansowego wysupłują wszelkie środki, aby tylko zapobiec panice.
Świat nauczył się już, niestety po wcześniejszych błędach, że przyjęcie wersji interwencjonistycznej w zmaganiach z kryzysem gospodarczym i finansowym wymaga zdecydowanych i bardzo mocnych działań. Niektórzy zwolennicy teorii Keynesa uważają, że Wielki Kryzys trwałby znacznie krócej, gdyby skala interwencji państwa była znacznie większa; dopiero II wojna światowa nadała wydatkom państwowym właściwego rozmachu i pozwoliła na powrót prosperity. Wszystko wskazuje na to, iż także obecnie pójdziemy drogą zdecydowanych działań rządów w pobudzaniu gospodarki. Miejmy nadzieję, że nie w kierunku wyścigu zbrojeń. W krótkim okresie (kilku kwartałów) mocny interwencjonizm może przynieść spłycenie recesji w wielu krajach i ułatwienie ponownego wejścia w fazę rozwoju. Ale w nieco dłuższym rodzi bardzo wiele zagrożeń ekonomicznych, w szczególności inflację. Z pewnością układ sił gospodarczych i politycznych po wyjściu z obecnych perturbacji zmieni się. Raczej niekorzystnie z punktu widzenia zachodnich demokracji. Te wszystkie czynniki na razie pozostają na drugim planie. Jednak już wkrótce to one mogą determinować działania rządów i zachowanie rynków finansowych. Wczesne dostrzeżenie tych zmian będzie zapewne stanowić wielką okazję inwestycyjną.
Alfred Adamiec Noble Bank
Źródło:Noble Bank
































































