Według Wall Street Fed może wszystko. Lecz amerykański bank centralny wystrzelał już całą antyrecesyjną amunicję i nie ma w swoim arsenale żadnej Wunderwaffe. To poważny kłopot dla inwestorów, dla których Ben Bernanke stanowi ostatnią nadzieję.
Amerykańska gospodarka zamiast wejść na ścieżkę trwałego wzrostu gospodarczego ugrzęzła w stagflacji. Niewielkiemu wzrostowi PKB (0,2% rdr w pierwszym kwartale i 1,5% w drugim) towarzyszy coraz wyższa inflacja. Dynamika oficjalnego CPI przyspieszyła w sierpniu do 3,8%, ale niezależne statystyki mówią o faktycznej inflacji rzędu 6-7%.
Niezadowalający wzrost gospodarczy nie pozwala obniżyć bardzo wysokiej stopy bezrobocia, na czym przed przyszłorocznymi wyborami zależy Barackowi Obamie. Bez ożywienia na rynku pracy można zapomnieć nie tylko o reelekcji urzędującego prezydenta, ale też o trwałej poprawie koniunktury w USA. Interwencji od Rezerwy Federalnej domagają się też inwestorzy i finansiści, którzy w sierpniu ze zgrozą obserwowali, jak topnieje wartość ich portfeli inwestycyjnych. Fed jest więc pod olbrzymią presją, by zrobić „coś”, co pomoże gospodarce.
Teoria a praktyka
Problem w tym, że wszystkie dotychczasowe działania amerykańskiego banku centralnego okazały się nieskuteczne. Obniżenie do zera stóp procentowych nie zapobiegło (bo nie mogło) najsilniejszej od trzech dekad recesji. Pompowanie bilionów dolarów w zbankrutowany sektor finansowy uchroniło świat przed kaskadą upadłości banków, ale w żaden sposób nie pomogło gospodarce. Skup obligacji hipotecznych nie poprawił koniunktury na rynku nieruchomości, który wciąż leczy kaca po dekadzie boomu napędzanego tanim kredytem. Dodruk pieniądza (quantitative easing – QE) pozwolił sfinansować gigantyczny deficyt budżetowy Obamy (ponad 10% PKB rocznie) i umożliwił fiskalną stymulację gospodarki. Tyle że miejsc pracy od tego nie przybyło. Jedynym skutkiem był wzrost cen ropy, żywności, złota i szybkie przyspieszenie inflacji, która zaczęła obniżać realne dochody Amerykanów.
Ben Bernanke znalazł się w ślepym zaułku. W Jackson Hole obiecał zrobić, „wszystko, co może”, aby przywrócić wzrost gospodarczy. Ale sam musiał przyznać, że Fed już niewiele może. Tradycyjne środki „pobudzania gospodarki” zalecane przez doktrynę J.M. Keynesa zawiodły. Nie pomogła ani bezprecedensowa obniżka stóp procentowych, ani ogromne bodźce fiskalne. Nie zadziałały także instrumenty niestandardowe, takie jak QE, skup aktywów, czy obietnica utrzymania zerowych kosztów kredytu do połowy 2013 roku.
Operacja „Twist” i broń nuklearna
Ekonomiści sądzą, że Rezerwa Federalna może zrobić jeszcze trzy rzeczy. I od razu większość z nich dodaje, że żadna z nich nie będzie miała istotnego wpływu na gospodarkę. Po pierwsze, w grę wchodzi tzw. „operacja Twist”. Polega ona na skupie przez Fed długoterminowych obligacji skarbowych i sprzedaż długu krótkoterminowego. Jej efektem ma być obniżenie długoterminowych stóp procentowych bez zwiększania podaży pieniądza.
![]() | Co się dzieje ze strefą euro? |
Drugim rozwiązaniem byłby „pełzający” dodruk pieniądza – czyli QE3 na raty. W tym scenariuszu Fed nie ogłaszałby jednorazowego programu skupu aktywów (rok temu zapowiedział skup obligacji za 600 mld USD), ale rozpocząłby niewielkie zakupy, stopniowo zwiększając ich skalę w zależności od rozwoju sytuacji gospodarczej. Wznowienie dodruku pieniądza nie pomogłoby gospodarce, ale zapewne usatysfakcjonowałoby inwestorów. W górę poszłyby wyceny akcji, obligacji i przede wszystkim złota oraz surowców. W świat uderzyłaby druga fala inflacji, a dolar dramatycznie straciłby na wartości.
Jednak quantitative easing natrafia na silny opór w łonie władz samego Fed-u. Już przy sierpniowym głosowaniu aż trzech członków Komitetu Otwartego Rynku zaprotestowało przeciwko obietnicy utrzymania zerowych stóp procentowych przynajmniej przez kolejne dwa lata. Przeciwko QE3 opowiada się aż czterech członków z dziewięcioosobowego Komitetu. Ze względów wizerunkowych Bernanke raczej nie zdecyduje się na ujawnienie tak silnej opozycji, bo podważałoby to jego autorytet.
Dylematy drukarza dolarów
Pozostaje jeszcze „opcja atomowa”, jaką byłoby obniżenie oprocentowania rezerw bankowych. W wyniku zmasowanego dodruku pieniądza baza monetarna USA wzrosła z 900 mld do 2,7 biliona USD. Większość „dodrukowanych” pieniędzy – czyli blisko 1,6 biliona dolarów – pozostała jednak na rachunkach prowadzonych przez Rezerwę Federalną jako tzw. nadmierne rezerwy bankowe. Jest to gotówka, jaką banki komercyjne „zaparkowały” w banku centralnym, bojąc się udzielać kredytów. Obecnie Fed płaci im 0,25% odsetek – czyli ok. 4 mld USD rocznie. Dla banków to zysk bez ryzyka.

Ekonomiści z Goldman Sachs i JP Morgan sugerują, że Fed mógłby obniżyć tą stawkę i w ten sposób zachęcić banki do pożyczania pieniędzy gospodarce. Teoretycznie Bernanke mógłby nawet zaordynować ujemną stopę procentową – czyli obłożyć banki opłatą za trzymanie pieniędzy na rachunkach w Rezerwie Federalnej. Byłaby to faktycznie silna zachęta do wpompowania tych pieniędzy w gospodarkę. Groziłoby to jednak hiperinflacją w Stanach Zjednoczonych i mogłoby zmusić Fed do nagłego i drastycznego... podwyższenia stóp procentowych.
Ben Bernanke stoi więc przed dylematem, przy którym wynalezienie kwadratowego koła wydaje się błahostką. W ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadza się do jednego pytania: drukować, czy nie drukować? Miejmy nadzieje, że szef najpotężniejszego banku centralnego w końcu otrzeźwieje i skonsultuje się ze zdrowym rozsądkiem. Gdyby drukowanie pieniędzy prowadziło do wzrostu bogactwa, to najbogatszym krajem świata byłoby dziś Zimbabwe.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl
Zobacz też:
» Szwajcaria wyruszyła na walutową wojnę
» Kto będzie płakał nad słabym frankiem?
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów
» Szwajcaria wyruszyła na walutową wojnę
» Kto będzie płakał nad słabym frankiem?
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów































































