W czwartkowych wyborach do brytyjskiej Izby Gmin, jak wskazują wstępne jeszcze wyniki sondaży, żadna z partii nie zdobyła większości mandatów w 650 miejscowej izbie niższej Parlamentu. Do zgromadzenia samodzielnej większości wymagane jest zwycięstwo w 326 jednomandatowych okręgach.


Brytyjski system polityczny po wyborach jest zazwyczaj prosty. Partia, która uzyskała samodzielną większość w Izbie Gmin, formuje rząd, a jej lider zostaje premierem. Sprawa komplikuje się, kiedy żadne z ugrupowań nie zdobędzie ponad połowy miejsc, tak jak po ostatnich wyborach. Wówczas mamy do czynienia z tzw. zawieszonym parlamentem (ang. hung parliament). W nowożytnej historii zdarzyło się to Brytyjczykom tylko dwa razy, w 1974 i 2010 r.
Na razie u władzy zostanie premier Theresa May, dopóki nie zostanie wyłoniona osoba, na której barkach spocznie zadanie uformowania nowego gabinetu.
Może się dogadamy?
W tej sytuacji mamy kilka rozwiązań. Najprostszym by było, gdyby torysom udało się zdobyć brakujące 12 głosów, wchodząc w koalicję z jednym z mniejszych ugrupowań. To by osłabiło ich pozycję, bo musieliby w niektórych sprawach pójść na ustępstwa, ale zachowaliby władzę.
Tej sztuki udało się dokonać w 2010 r., kiedy David Cameron został premierem po nawiązaniu porozumienia z Liberalnymi Demokratami. Tym razem może się to jednak nie udać z uwagi na ostry sprzeciw wobec brexitu partii Tima Farrona. Sam lider odrzuca możliwość nawiązania jakiejkolwiek koalicji z kimkolwiek. Nadzieją jest północnoirlandzka Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP), która dzieli z konserwatystami wiele poglądów.

Istnieje także pewne prawdopodobieństwo, że premierem zostanie lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, jeżeli premier May nie uformuje rządu. Taki gabinet byłby jednak bardzo niestabilny, ponieważ Partia Pracy sama jest bardzo podzielona, a jej przewodniczący napotyka na spory opór wewnątrz własnego ugrupowania. Do tego potrzebowałby on poparcia praktycznie wszystkich innych partii, co wydaje się obecnie praktycznie niemożliwe.
Sami damy radę
Konserwatyści mogą próbować uformować rząd mniejszościowy, który jednak będzie niestabilny i stosunkowo słaby. Wówczas konieczne byłoby szukanie głosów u posłów innych partii, żeby przegłosować każdą nową regulację. Jest to sytuacja zupełnie odwrotna niż rząd "silny i stabilny", na który liczyła premier May, zwołując przyspieszone wybory i mając nadzieję na wzmocnienie przed trudnymi negocjacjami w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Ponadto gabinety mniejszościowe są z reguły podatne na niedotrwanie do końca kadencji.
Ostatni rząd mniejszościowy w Wielkiej Brytanii wyłonił się po wyborach w lutym 1974 r. i nie dotrwał nawet do końca roku. Po przyspieszonym głosowaniu w październiku minimalną większość ostatecznie uzyskali laburzyści, którzy nawet wtedy, by dotrwać do końca kadencji, musieli nawiązać porozumienie z liberałami w 1977 r. Wówczas stracili oni większość w wyniku wyborów uzupełniających. Liberałowie gwarantowali ciągłość rządu mniejszościowego, głosując przeciwko ewentualnemu wotum nieufności, w zamian za poparcie niektórych własnych inicjatyw. Podobna umowa mogłaby być ewentualnie zawarta i tym razem.
Kolejne wybory?
Gdyby nikomu nie udało się uformować stabilnego rządu, wówczas zostałyby ogłoszone przyspieszone wybory, które odbyłyby się jeszcze w tym roku. Torysi mają teraz 10 dni na znalezienie koalicjanta, do czasu przemówienia królowej. Jeżeli do 19 czerwca się nie uda, mają jeszcze dwa tygodnie na drugą szansę. Gdy po tym terminie gabinet nadal nie będzie istniał, wówczas Brytyjczycy będą zmuszeni po raz kolejny pójść do urn.
W praktyce do zwołania przyspieszonych wyborów konieczne jest spełnienie jednego z dwóch warunków. Albo wniosek o nie zostanie przegłosowany większością dwóch trzecich, albo rząd otrzyma wotum nieufności, a nowy w ciągu 14 dni nie uzyska wotum zaufania.
Sytuacja dotycząca przyszłości jest niejasna i tak naprawdę nie ma precedensów. Sytuację utrudnia fakt, że Wielka Brytania nie ma spisanej konstytucji. Trudno jednoznacznie orzec, co się stanie, jeżeli rząd nie zostanie wybrany.
Theresy May ogłosiła, że strata choćby sześciu miejsc w Parlamencie będzie dla niej porażką. Takie osłabienie stawia brytyjski rząd w trudnej sytuacji przed negocjacjami w sprawie opuszczenia przez kraj Unii Europejskiej. Spada tym samym szansa na tzw. "twardy" brexit forsowany przez torysów. Negocjacje w tej sprawie zaczynają się już 19 czerwca.






























































