Prawicowo-populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) wygrała wybory w Saksonii-Anhalcie, ale nie zdobyła większości pozwalającej jej samodzielnie utworzyć rząd. Dziennik „Sueddeutsche Zeitung” przeanalizował sześć możliwych scenariuszy – od porozumienia z BSW po przedterminowe wybory.


Choć po wyborczej wygranej w niedzielę AfD przedstawiała swojego głównego kandydata Ulricha Siegmunda jako przyszłego szefa rządu Saksonii-Anhaltu, to objęcie przez niego tego stanowiska nie będzie takie proste, bo partia nie ma samodzielnej większości w landtagu w Magdeburgu - podkreśliła „SZ”. Dlatego gazeta przedstawiła sześć możliwych scenariuszy dalszego rozwoju wypadków.
Pierwszy to koalicja AfD ze skrajnie lewicowym BSW. „SZ” odnotowała, że między partiami „istnieją zbieżne punkty programu, na przykład prorosyjskie nastawienie czy postulat zdecydowanego ograniczenia migracji”.
BSW odrzuca jednak w tym momencie możliwość formalnej koalicji z AfD. Dlatego „SZ” oceniła, że „przynajmniej na razie sojusz AfD i BSW wydaje się mało prawdopodobny”.
Drugim z możliwych scenariuszy prezentowanych przez „SZ” jest utworzenie przez AfD rządu mniejszościowego, tolerowanego przez BSW. Dziennik z Monachium uważa, że w trzeciej turze wybierania premiera w landtagu - gdy potrzebna jest już zwykła, a nie bezwzględna większość - deputowani BSW mogliby wstrzymać się od głosu i pozwolić w ten sposób na rząd mniejszościowy. Siegmund wykluczał jednak, jak dotąd, takie rozwiązanie.

Trzecim zaprezentowanym przez „SZ” wariantem jest znalezienie przez AfD poparcia wśród deputowanych innych partii. „W czasie kampanii wyborczej spekulowano, że AfD może liczyć w landtagu na politycznych »dezerterów«, czyli deputowanych innych partii, którzy w nowym landtagu zmieniliby klub parlamentarny i potajemnie lub otwarcie dołączyli do AfD” - przypomniała gazeta.
Jednak „otwarte przejście deputowanego CDU do klubu AfD wydaje się skrajnie mało prawdopodobne”. Odchodzący premier Saksonii-Anhaltu i lider landowego CDU Sven Schulze oświadczył też w poniedziałek, że „z całą pewnością nikogo takiego nie będzie”.
Czwartą rozważaną przez „SZ” opcją jest powołanie ponadpartyjnego szefa rządu, co jest „preferowane przez BSW”. Taki premier rządziłby w oparciu o zmieniające się większości parlamentarne. W tym przypadku jednak „Siegmund, zwycięzca wyborów, musiałby zrezygnować z ubiegania się o stanowisko”, co „trudno sobie wyobrazić”.
Piątym zaprezentowanym przez „SZ” scenariuszem jest sojusz wszystkich partii przeciwko AfD, który dysponowałby bezwzględną większością. BSW oświadczyło jednak, że nie weźmie udziału w takim porozumieniu. Z kolei Schulze przekazał, że widzi przyszłość swojej partii w opozycji.
Ostatnim, szóstym wariantem są przyspieszone wybory. Jeśli kandydat na premiera nie zostanie wybrany w drugiej turze głosowania, to landtag może bezwzględną większością głosów zdecydować o swoim rozwiązaniu. „SZ” oceniła, że to „mało prawdopodobne”, ponieważ układ sił wskazuje na to, że szef rządu powinien zostać wyłoniony w trzeciej turze, gdy potrzeba do tego zwykłej większości.
Europa boi się kanclerza z AfD
Niemiecki dziennik „Sueddeutsche Zeitung” pisze we wtorek, że zwycięstwo AfD w wyborach do Bundestagu w 2029 r. i objęcie przez prorosyjskich populistów dowództwa nad Bundeswehrą byłoby ogromnym zagrożeniem dla krajów na wschodniej flance NATO oraz dla Ukrainy.
„W Saksonii-Anhalt AfD zdobyła ponad 44 proc., a w skali całego kraju w sondażach uzyskuje blisko 30 proc. głosów. Co się stanie, jeżeli AfD osiągnie taki lub lepszy wynik w wyborach do Bundestagu w 2029 r.? I co będzie, jeżeli przestanie obowiązywać kordon sanitarny wobec tej partii i polityk bądź polityczka AfD zostanie kanclerzem Republiki Federalnej Niemiec?” – zastanawia się Hubert Wetzel w komentarzu opublikowanym we wtorek w „Sueddeutsche Zeitung”.
„Dla mieszkańców Europy Północnej i Wschodniej oznacza to, że w Niemczech - kraju, który odpowiada obecnie za największą część europejskiego wsparcia dla Ukrainy - do władzy może dojść partia, która uważa podżegacza wojennego Putina za zwolennika pokoju i która chce od niego znów kupować gaz” – tłumaczy komentator.
Bez niemieckiej pomocy Ukraina nie byłaby w stanie kontynuować wojny obronnej przeciwko Rosji. „W momencie, gdy Ukraina przegra wojnę, wzrośnie zagrożenie dla krajów na wschodniej flance NATO. Rosyjska armia uzyska wolną rękę do kolejnych grabieżczych wypraw. Niemcy przeszłyby na drugą stronę” – czytamy w „SZ”.
Dla sąsiadów Niemiec rząd AfD oznaczałby, że „największa konwencjonalna armia w Europie dostałaby się pod rozkazy ludzi, których ideologicznym prekursorem jest były nauczyciel historii, który w swojej klasie szkolnej powiesił mapę Niemieckiej Rzeszy z roku 1914”.
„Tereny, które wówczas były niemieckie, należą obecnie do Francji, Belgii, Danii, Czech, Litwy czy Polski. Byłoby lekkomyślne ze strony tych krajów sąsiedzkich, gdyby nie podjęły przygotowań na wypadek przejęcia władzy przez neonazistowskich rewanżystów w uzbrojonych po zęby Niemczech” – pisze Wetzel.
Komentator zwrócił uwagę, że nie jest przypadkiem, iż – z wyjątkiem Austrii – europejscy prawicowi populiści powstrzymali się od serdecznych gratulacji dla AfD. Międzynarodówka nacjonalistów jest zjednoczona tylko w walce przeciwko imigrantom.
„Poza tym w całej Europie obowiązuje to, co polski premier Donald Tusk powiedział do swoich rodaków, którzy świętowali sukces AfD - ze zwycięstwa wrogów cieszą się tylko »idioci i zdrajcy«”.
Z Berlina Mateusz Obremski (PAP)
mobr/ rtt/
































































