REKLAMA

Wybory w USA: Prezydent to nie wszystko, ważny jest rozkład sił w Kongresie [Wywiad]

Michał Żuławiński2020-11-03 06:00analityk Bankier.pl
publikacja
2020-11-03 06:00
Wybory w USA: Prezydent to nie wszystko, ważny jest rozkład sił w Kongresie [Wywiad]
Wybory w USA: Prezydent to nie wszystko, ważny jest rozkład sił w Kongresie [Wywiad]
fot. trekandshoot /

Chociaż w popularnym przekonaniu USA jest ojczyzną i wzorem współczesnej demokracji, to w praktyce amerykańskie wybory mocno różnią się od innych. O meandrach elekcji przywódcy światowego supermocarstwa ponownie rozmawiamy z profesorem Pawłem Laidlerem, amerykanistą z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Poniższy wywiad składa się z dwóch części. Pierwsza zawiera pytania i odpowiedzi dotyczące bieżących wyborów. Druga natomiast to kwestie natury ogólnej, o które naszego rozmówcę zapytaliśmy już cztery lata temu.

Michał Żuławiński, Bankier.pl: Które stany mogą być w 2020 r. najważniejsze dla końcowego wyniku? Na które powinniśmy zwracać szczególną uwagę?

Prof. Paweł Laidler, Uniwersytet Jagielloński: Jak co cztery lata spoglądamy na te same stany nazywane swing states, w których zmieniają się tendencje wyborców i gdzie może wygrać zarówno Republikanin, jak i Demokrata. Osobiście uważam, że obok Florydy, która często stanowi języczek u wagi, warto spoglądać na takie stany jak Michigan, Ohio, Północną Karolinę, Georgię czy Pensylwanię. To łącznie 105 głosów elektorskich, więc bardzo dużo.

W tym roku ciekawie może być również w Teksasie, który kiedyś był republikański, ale w ostatnim czasie, z uwagi na zmiany demograficzne zwiększyła się szansa wygranej Demokratów w kluczowych okręgach wyborczych. Nie bez znaczenia pozostaje również Arizona, gdzie do zdobycia jest zaledwie 11 głosów, ale przy zbliżonym wyniku ogólnokrajowym, to właśnie ten stan może zdeterminować ostateczny rezultat wyścigu o prezydenturę.

W tym roku wyjątkowo popularne jest głosowanie korespondencyjne. To efekt pandemii czy czegoś jeszcze? Jakiej łącznej frekwencji możemy oczekiwać?

Głosowanie korespondencyjne to nie jest żadna nowość, już wcześniej wiele stanów proponowało różne formy tzw. wczesnego głosowania, z którego najpopularniejsze było właśnie głosowanie za pomocą poczty. Przypomnę, że w 2016 roku oddano w ten sposób ponad 30 milionów głosów. Jednak z uwagi na pandemię ta forma głosowania może stanowić ważny element w całym procesie wyborczym. Nie wiemy dokładnie, ile osób skorzysta z głosowania korespondencyjnego, ale szacuje się, że w ten sposób zagłosować może nawet ponad 70 milionów wyborców.

Pamiętajmy, że niektóre stany zdecydowały się wysyłać karty do głosowania do każdego zarejestrowanego wyborcy, natomiast są też takie, gdzie głosowanie korespondencyjne jest ograniczone. Z uwagi na wzrost liczby osób głosujących korespondencyjnie może się okazać, że frekwencja będzie wyższa, aczkolwiek trudno jest cokolwiek przewidzieć z uwagi na trwającą pandemię i obawy niektórych osób co do bezpieczeństwa głosowania w lokalach wyborczych. Osobiście uważam jednak, że frekwencja będzie wyższa niż 4 lata temu, ponieważ mobilizacja wyborców jest bardzo duża, zwłaszcza po stronie zwolenników Joe Bidena.

Przejdź do relacji na żywo z wyborów w USA 

W niektórych komentarzach czyta się o możliwej powtórce z 2000 r. i długim liczeniu głosów. Czy środę rano faktycznie możemy nadal nic nie wiedzieć? Jak będzie wyglądał ten czas oczekiwania?

W roku 2000 chodziło o spór dotyczący procesu liczenia głosów w jednym stanie (Florydzie). Było to o tyle istotne, że stan ten zadecydował o zwycięstwie George'a W. Busha, który dzięki decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Bush v. Gore zawiesił liczenie głosów w momencie, gdy nieznacznie prowadził kandydat Republikanów. Warto przypomnieć, że stało się to w wyniku głosowania 5 do 4 wedle linii ideologicznej, gdzie pięciu konserwatystów przegłosowało 4 liberałów. Tym razem mamy do czynienia z Sądem Najwyższym mającym w swoim składzie szóstkę konserwatywnych sędziów, niemniej jednak byłbym daleki od wniosków, że czeka nas powtórka z roku 2000. Po pierwsze, może się okazać, że sondaże, które wskazują znaczną przewagę Bidena są bliskie prawdy, wtedy wynik poznamy zapewne we środę nad ranem. Jeżeli wynik kontrkandydatów będzie zbliżony, wówczas proces liczenia głosów może potrwać dłużej, ale musiałoby tak się stać, gdyby gdzieś nastąpiły problemy z procesem liczenia.

Doświadczenie uczy, że niczego nie można wykluczyć, jednak stany wyciągnęły lekcję sprzed 20 lat i teraz jest mniej kontrowersji w samym sposobie oddawania głosów. Zakładając jednak, że jedna ze stron nie zaakceptuje wyniku wyborów, albo że prawnicy będą szukać nieprawidłowości w którymś ze stanów, możemy zakładać, że ostateczny wynik poznamy chwilę później. Ale żeby Sąd Najwyższy wkroczył do procesu wyborczego, musiałoby nastąpić o wiele więcej czynników, które na dzień dzisiejszy wydają mi się mało prawdopodobne.

Nieco w cieniu wyborów prezydenckich odbywają się wybory do Kongresu. Na co powinniśmy zwracać uwagę, jakie są możliwe scenariusze?

Pamiętajmy, że w amerykańskim systemie politycznym wiele zależy od Kongresu oraz od współpracy między prezydentem a Izbą Reprezentantów i Senatem. Ostatnie wydarzenia w izbie wyższej, która przesłuchiwała i opiniowała kandydatkę prezydenta Trumpa do Sądu Najwyższego dowodzą, jak ważny jest rozkład sił politycznych w Kongresie. Nowy/stary prezydent może bowiem natrafić na układ idealny, mając większość w obydwu izbach lub na tzw. divided government, w którym jedna bądź obydwie izby będą we władaniu partii przeciwnej. Niemal każdy prezydent, a zwłaszcza ci, którzy mieli dwie kadencje, przekonali się o tym, jak trudno jest rządzić bez wsparcia politycznego w Kongresie.

Dlatego w cieniu wyborów prezydenckich, eksperci będą śledzić wyniki wyborów do Izby Reprezentantów oraz wymianę 1/3 Senatu. Na podstawie badań opinii publicznej wydaje się, że Republikanom nie uda się odzyskać większości w izbie niższej, a także że mogą stracić Senat. W przypadku takie obrotu sprawy, gdyby prezydentem został Joe Biden, mielibyśmy do czynienia z pełną kontrolą Demokratów nad władzą wykonawczą i ustawodawczą. Z drugiej strony przewaga konserwatystów w Sądzie Najwyższym spowodowałaby, że część ustawodawstwa wdrażanego przez Demokratów mogłaby być uznawana przez Sąd Najwyższy za niekonstytucyjną, oczywiście jeżeli sędziowie zdecydowaliby się na większy aktywizm polityczny, co od czasu do czasu ma miejsce.

Joe Biden ma 78 lat, pojawiają się głosy, że jeżeli wygra, to będzie rządził tylko przez jedną kadencję. Czy już teraz rozpocznie się wyścig o prezydenturę w 2024? Jakie nazwiska padają w tym kontekście?

Nie da się ukryć, że kandydaci są bardzo dojrzali, nawet jak na amerykańską politykę, gdzie często kariery na najwyższym poziomie władzy realizuje się między 60 a 70 rokiem życia. Patrząc na wiek kandydatów na urząd prezydenta w ostatnich kilku dekadach, często mieliśmy do czynienia z osobami około 70 roku życia, natomiast obecna kampania, w której po stronie Demokratów rywalizowali 78 i 79 latek to z pewnością ewenement.

Podobnie jak wielu obserwatorów uważam, że jeżeli Biden wygra, to będzie rządził tylko przez 4 lata. Z tej perspektywy ważne jest kto obejmie stanowisko wiceprezydenta, zarówno w kontekście kolejnych wyborów roku 2024, jak również ewentualnej potrzeby zastąpienia prezydenta podczas jego kadencji. Kamala Harris otrzymała od Bidena prezent, który stawia ją pośród realnych kandydatek do nominacji partyjnej za cztery lata, choć nie można przekreślać szans Elisabeth Warren, Pete'a Buttigiega czy Andrew Cuomo. Ciekawe będzie również obserwowanie nastrojów elektoratu Berniego Sandersa, którego zwolennicy mogą podzielić się wsparciem dla Warren lub Alexandrii Occasio-Cortez, choć wątpię, aby w kolejnym rozdaniu młoda Kongresmenka o lewicowych poglądach miała szansę w rywalizacji z bardziej umiarkowanymi kandydatami.

Chociaż najwięcej mówi się o dwóch głównych kandydatach, to w wyborach startują też inni. W przeszłości zdarzało się, że kandydat spoza wielkiej dwójki „urywał” nieco głosów Republikaninowi lub Demokracie i wpływał na wynik w danym stanie. Czy tym razem może być podobnie?

Rzeczywiście, w roku 1992 miliarder Ross Perot odebrał część głosów kandydatowi Republikanów, George'owi H. W. Bushowi, przez co zwycięzcą wyścigu do Białego Domu został Bill Clinton. Ale takie sytuacje należą do rzadkości. System dwupartyjny, który wykształcił się od początku amerykańskiej państwowości zdeterminował przebieg kampanii prezydenckich oraz do Kongresu i realne szanse na wygraną mają jedynie kandydaci dwóch głównych partii politycznych. Czasami powstające w ramach tych partii frakcje miały wpływ na wewnątrzpartyjną dyskusję odnośnie profilu ideologicznego kandydatów, ale suma sumarum, krajowa konwencja partyjna zawsze wskazywała umiarkowanego kandydata, który skupiał wokół siebie większość wyborców danej partii.

W roku 2020 nie mamy żadnych znaczących kandydatów trzecich i ani kandydatka Partii Libertariańskiej, ani kandydat Partii Zielonych, ani żaden inny partyjny lub bezpartyjny działacz nie ma wpłynie na przebieg wyborów prezydenckich.

fot. Paweł Laidler /

Michał Żuławiński: Kto tak naprawdę wybiera prezydenta w USA? Naród czy elektorzy?

Prof. Paweł Laidler: Naród wybiera prezydenta, ale za pośrednictwem elektorów, a więc wyborcy głosują na parę kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta, co w praktyce oznacza wskazanie elektorów, którzy w danym stanie opowiadają się za konkretnymi kandydatami. Ta para kandydujących do Białego Domu, która uzyska większość głosów w danym stanie, otrzymuje głosy elektorskie, ale z formalnego punktu widzenia elektorzy spotykają się dopiero w połowie grudnia i oddają swój głos.

Czyli „prawdziwe” wybory odbędą się dopiero w grudniu?

Ponieważ elektorzy są związani głosowaniem na konkretnego kandydata, wynik jest z góry przesądzony, ale warto wiedzieć, że proces wyboru prezydenta jest jeszcze dłuższy, bo po głosowaniu elektorów Kongres zbiera się na początku stycznia roku następnego i ogłasza oficjalnie nazwisko prezydenta. Zaprzysiężenie prezydenta następuje 20 stycznia i ta data jest równocześnie końcem kadencji poprzednika. Zatem prezydenta wybiera naród poprzez obieralnych elektorów.

Czy elektorzy mogą zagłosować wbrew „instrukcjom” od wyborców ze swojego stanu?

Gdyby elektorzy głosowali wbrew woli wyborców, oznaczałoby to porażkę systemu, który i tak jest bardzo krytykowany. Gdyby bowiem elektor zmienił zdanie, co wpłynęłoby na ostateczny wynik wyborów, wówczas cały proces głosowania powszechnego nie miałby sensu i ucierpiałaby demokracja. Elektorzy są związani głosami wyborców, ale w niewiele ponad 50% stanów istnieją szczegółowe przepisy określające sankcje za głosowanie wbrew wyborcom. Zazwyczaj są to kary grzywny. Pozostałe stany nie mają takich przepisów, co sprawia, że elektor rzeczywiście mógłby zagłosować, jak chce.

Takie sytuacje są czysto teoretyczne czy rzeczywiście się zdarzały?

Paradoksalnie taka sytuacja miała miejsce… ponad 150 razy w historii, ale nigdy nie wpłynęło to na ostateczny rezultat wyborów. Zważywszy na liczbę elektorów biorących udział w głosowaniu na prezydenta co cztery lata, liczba ta jest śladowa, ale skoro sytuacja taka miała miejsce, to nie można wykluczyć, że również podczas tegorocznych wyborów któryś z elektorów zechce zrezygnować z poparcia wskazanego przez wyborców kandydata. Pamiętajmy jednak, jak już wcześniej wspomniałem, że takie działanie osłabiłoby zasadność tworzenia Kolegium Elektorów, jak również mogłoby spowodować negatywne skutki dla samego elektora, zwłaszcza jeśli chciałby kiedykolwiek w przyszłości pełnić tę istotną społecznie funkcję. 

Z czego wynika ta dwustopniowość?

Pośredniość wyborów wynikała z obaw ojców założycieli przed przekazaniem całości władzy ludności, stąd pomysł dwupłaszczyznowego wyboru głosy państwa. Proszę również pamiętać, że system ten chroni mniejsze populacyjnie stany, które w przypadku wyborów bezpośrednich zostałyby zdominowane przez stany o większej populacji. Wydaje się, że problemem nie jest tylko i wyłącznie sam system głosowania pośredniego, ale fakt, że zwycięzca głosowania powszechnego na terenie stanu bierze wszystkie głosy elektorskie (za wyjątkiem dwóch stanów), co powoduje, że uzyskanie nawet 48% głosów w liczebnym populacyjnie stanie oznacza 0 głosów elektorskich na koncie przegrywającego w tym stanie kandydata.

Dlaczego właściwie Amerykanie idą do urn w dzień roboczy i to w środku tygodnia? Czy wyborczy wtorek ma jakieś głębsze uzasadnienie?

Europejczyków dziwi, że Amerykanie nie głosują w weekend, a nawet, że mają szczegółowo zapisane w prawie, że głosują na prezydenta i kongresmenów w pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. Dlaczego wtorki? Wynika to uwarunkowań historycznych. Na początku państwowości amerykańskiej społeczeństwo, zwłaszcza na Południu, zajmowało się uprawą roli i wokół tego toczyło się życie codzienne. Z drugiej strony w niedziele chodziło się do kościoła, a komisje wyborcze były często ulokowane w oddali miejsca zamieszkania wyborców. Żeby dotrzeć do komisji i oddać swój głos, musieli oni długo jechać i długo wracać, a termin wyborów nie mógł kolidować z niedzielnymi obowiązkami religijnymi. Dlatego wybrano wtorki i tak już zostało aż do dziś. Współcześnie oczywiście o wiele trudniej jest głosować w środku tygodnia pracy, ale Amerykanie nie raz dowodzili, że tradycja jest dla nich niezwykle istotną wartością.

Dr hab. Paweł Laidler jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego (Wydział Studiów Międzynarodowych i Politycznych, Instytut Amerykanistyki i Studiów Polonijnych) oraz członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych i Polskiego Towarzystwa Stosunków Międzynarodowych. Jest autorem monografii „Konstytucja Stanów Zjednoczonych: Przewodnik” oraz „Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych Ameryki: od prawa do polityki”.

Źródło:
Michał Żuławiński
Michał Żuławiński
analityk Bankier.pl

Redaktor prowadzący działu Rynki Bankier.pl. Wraz z zespołem śledzi bieżące wydarzenia na polskiej giełdzie i globalnych rynkach finansowych, analizuje dane gospodarcze z kraju i ze świata, monitoruje politykę banków centralnych itp. Miłośnik nowych technologii, zarówno w obszarze mediów, jak i szeroko pojętego inwestowania. Laureat nagrody specjalnej w konkursie dla dziennikarzy ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego im. Władysława Grabskiego. Tel: 604 678 518

Tematy
​Otwórz Konto z Kartą Otwartą na Dzisiaj i ciesz się nią bezpłatnie!

​Otwórz Konto z Kartą Otwartą na Dzisiaj i ciesz się nią bezpłatnie!

Advertisement

Komentarze (3)

dodaj komentarz
estepan
Głosowanie jest we wtorek, żeby ludzie, który muszą chodzić do pracy, a zwłaszcza biedniejsi co mają po dwa etaty mieli maksymalnie utrudnione głosowanie.

Kiedyś to co jest w artykule miało sens, ale od około 100 lat już nie ma. Niemniej jednak, głosowanie w dzień roboczy jest wygodnym instrumentem do tego, żeby
Głosowanie jest we wtorek, żeby ludzie, który muszą chodzić do pracy, a zwłaszcza biedniejsi co mają po dwa etaty mieli maksymalnie utrudnione głosowanie.

Kiedyś to co jest w artykule miało sens, ale od około 100 lat już nie ma. Niemniej jednak, głosowanie w dzień roboczy jest wygodnym instrumentem do tego, żeby się prole zbytnio nie panoszyli więc klasa posiadająca będzie walczyć, żeby tego nie zmienić.
mikolaj8
Większość Amerykanów jest praktykującymi chrześcijanami i chodzą do kościoła w niedzielę. Nie mają problemów z demografią dzięki takiej kulturze.

Powiązane: Wybory w USA

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki