Planowana przez prezydenta Donalda Trumpa tzw. Złota Flota, mająca składać się z około 15 pancerników o napędzie nuklearnym, może kosztować amerykańskich podatników astronomiczne 275 miliardów dolarów do 2056 roku.


Pierwszy "Trump" bagatela 23 mld, kolejne już "tylko" 18 mld za sztukę
Zgodnie z opublikowanym w środę raportem Kongresowego Biura Budżetowego (CBO), wstępne szacunki zakładają, że pierwszy okręt z nowej serii będzie kosztował 23 mld dolarów, a budowa każdego z 14 kolejnych pochłonie około 18 mld dolarów. To uczyniłoby je najdroższymi okrętami wojennymi, jakie kiedykolwiek wyprodukowano w Stanach Zjednoczonych. Jak zauważa Bloomberg, jednostki tak zwanej "klasy Trump" najprawdopodobniej napotkają na dodatkowe przekroczenia kosztów, co może nie tylko podnieść finalną cenę, ale jednocześnie skomplikować budowę innych statków dla US Navy, chociażby lotniskowców.
Jeśli wstępne szacunki się potwierdzą, nowe nuklearne okręty będą znacznie droższe od lotniskowca USS Gerald R. Ford, którego budowa kosztowała 13,2 mld dolarów.
W przypadku lotniskowca Ford przekroczenie budżetu wyniosło prawie 3 miliardy dolarów względem początkowych szacunków. Jeżeli więc przyjąć, że skala pierowtnego niedoszacowania wynosiłaby podobne 30 procent, to pierwszy okręt "złotej floty" mógłby kosztować około 30 miliardów złotych. TO mniej więcej tyle ile wnosi roczny budżet polskiego MON-u.
"Szacunki te są wysoce niepewne i opierają się na ocenach CBO dotyczących projektu okrętu oraz całego programu budowy floty" – podkreślono w raporcie.

Biały Dom na razie nie skomentował najnowszych wyliczeń CBO.
Potężny arsenał, ale i wąskie gardło w stoczniach
Zwolennicy projektu wskazują na bezprecedensowe możliwości bojowe nowych jednostek. CBO przyznaje, że w oparciu o obecne specyfikacje, pancerniki "znacznie zwiększyłyby siłę ognia floty Marynarki Wojennej". Na pokładach Złotej Floty miałyby znaleźć się m.in.: Pociski hipersoniczne, manewrujące pociski z głowicami nuklearnymi, a także nowoczesna broń laserowa.
Budowa będzie jednak niezwykle skomplikowana ze względu na zastosowanie napędu jądrowego. Główni producenci okrętów dla Marynarki Wojennej, Bath Iron Works w stanie Maine oraz Ingalls Shipbuilding w Mississippi, nie posiadają certyfikatów zezwalających na prace związane z instalacjami nuklearnymi przy budowie jednostek nawodnych.
Jak podaje CBO, ostateczny montaż musiałby odbywać się w stoczni Newport News Shipbuilding w Wirginii, jedynym obiekcie certyfikowanym do takich zadań. Problem polega na tym, że stocznia ta ma już opóźnienia w budowie trzech lotniskowców. Dodanie do jej harmonogramu montażu nuklearnych pancerników w doku obecnie używanym do budowy lotniskowców klasy Ford mogłoby drastycznie wydłużyć opóźnienia w obu kluczowych programach zbrojeniowych.
Zanim bitwa morska, to bitwa polityczna i... możliwe zatopienie
Program budowy nuklearnych pancerników jest tak mocno kojarzony z obecnym prezydentem, że z pewnością stanie się jednym z głównych celów do anulowania, jeśli Republikanie stracą kontrolę nad Izbą Reprezentantów w listopadowych wyborach połówkowych, a na to wszystko wskazuje. Ryzyko dla tego rozplanowanego na dekady programu wzrośnie jeszcze bardziej, jeśli w 2028 roku wybory prezydenckie wygra kandydat Demokratów.
Senator Jeff Merkley, czołowy Demokrata w Senackiej Komisji Budżetowej, który zlecił przygotowanie raportu CBO, nie szczędził projektowi słów krytyki:
"W czasie, gdy rodziny zmagają się z opłaceniem rachunków za jedzenie, paliwo, opiekę zdrowotną i opiekę nad dziećmi, Kongres nie może wyrzucać setek miliardów dolarów na Złotą Flotę Trumpa, w tym na umieszczanie jego nazwiska na nowym okręcie wojennym".
Obecnie, według najnowszych prognoz na niespełna trzy miesiące przed wyborami, Demokraci mają aż 83 proc. szans na przejęcie kontroli nad Izbą Reprezentantów. Model wskazuje, że Partia Demokratyczna może liczyć na 226 mandatów przy progu większości wynoszącym 218 miejsc (obecnie posiada 212), podczas gdy stan posiadania Republikanów skurczy się z 219 do 203 mandatów.
Z kolei wyścig o Senat pozostaje znacznie bardziej wyrównany. Republikanie zachowują lekką przewagę, mając 55 proc. szans na kontrolowanie wyższej izby. Taki układ sił zapowiada powstanie tzw. "podzielonego Kongresu", co w praktyce niemal uniemożliwi przepychanie najbardziej kosztownych i kontrowersyjnych inicjatyw legislacyjnych.
Oprac. AO.




























































