Faktyczne powiązanie kursu franka z euro można traktować jako otwarcie nowego frontu wojen walutowych. Chcąc bronić rodzimych eksporterów Szwajcarzy postawili się w sytuacji Chińskiej Republiki Ludowej, której bank centralny prowadzi politykę niedowartościowanego juana, za co od lat jest krytykowany przez Stany Zjednoczone i Europę.
Szwajcarski Bank Narodowy ustanowił minimalny kurs wymiany euro na franki na poziomie 1,20 CHF, zobowiązując się do obrony tego parytetu z „najwyższą determinacją” i wyraził gotowość do kupna „walut obcych w nieograniczonych ilościach”. W ten sposób SNB zatrzymał aprecjację franka, który w apogeum sierpniowej paniki niemal zrównał się wartością z euro. Oznaczało to faktyczną dewaluację szwajcarskiej waluty o ok. 8%.
Zobacz też: Kto będzie płakał nad słabym frankiem?
Usztywnienie kursu EUR/CHF dokonało się na stosunkowo niskim poziomie. Według standardów historycznych frank wciąż jest mocny. Silniejszy był tylko w lipcu i sierpniu tego roku. Aż do roku 2008 przez 30 lat kurs euro (wcześniej ecu) do franka wahał się w przedziale 1,5-1,8.
Inwestorzy widzieli we franku jedyną bezpieczną walutę, która gwarantowała zabezpieczenie kapitału wobec niewypłacalności Włoch i rozpadu strefy euro, a także w przypadku kolejnych szaleństw monetarnych amerykańskiej Rezerwy Federalnej. W ocenie ekonomistów frank stał się przez to skrajnie przewartościowany, co stwarzało zagrożenie dla świetnie prosperującej gospodarki Helwetów. Władze Szwajcarii obawiały się, że zbyt mocna waluta obniży konkurencyjność kraju, podnosząc relatywne koszty pracy i czyniąc szwajcarskie towary i usługi zbyt drogimi dla mieszkańców strefy euro.
Szwajcarska Republika Ludowo-Demokratyczna
Zobowiązując się do obrony konkretnego kursu SNB postawił się w sytuacji Ludowego Banku Chin, który od lat dokonuje codziennych interwencji walutowych, aby nie dopuścić do umocnienia juana. Nie można bowiem oczekiwać, że popyt na franki nagle wyparuje. Dlatego też ustalenie kursu minimalnego oznacza faktyczne usztywnienie pary EUR/CHF – jej górnym ograniczeniem stanie się rynkowy popyt na szwajcarską walutę, a dolny limit wyznaczą interwencje SNB.
Gdyby rynek postanowił przetestować determinację Szwajcarów, to SNB zostałby zmuszony do kupowania miliardów euro dziennie, za co musiałby płacić frankami. Teoretycznie bank centralny Szwajcarii może dodrukować każdą ilość własnej waluty, ale to oznacza drastyczny wzrost podaży pieniądza – i w dalszej perspektywie znacznie wyższą inflację. Z pewnością jest to scenariusz, którego Helweci woleliby uniknąć.
Neutralność i suwerenność – to były dotąd nienaruszalne fundamenty państwa Helwetów. Teraz oba zostały zakwestionowane. Szwajcaria włączyła się bowiem do globalnej wojny walutowej, jaką od kilku lat toczą ze sobą największe mocarstwa. Każde z nich dąży do osłabienia własnej waluty, celem wyparcia „obcych” korporacji z zagranicznych rynków zbytu. Dewaluując własny pieniądz Szwajcarzy weszli na wojenną ścieżkę, która może zaprowadzić do eskalacji monetarnej przemocy niszczącej globalną wymianę handlową.
Krzysztof Kolany
Główny analityk Bankier.pl
Zobacz też:
» Szwajcarzy postawili na konfrontację z rynkiem
» Ludowo-Demokratyczna Republika Szwajcarii
» Miałem kredyt we franku. Czy teraz mam kredyt w euro?
» Szwajcarzy postawili na konfrontację z rynkiem
» Ludowo-Demokratyczna Republika Szwajcarii
» Miałem kredyt we franku. Czy teraz mam kredyt w euro?


























































