Stopa procentowa w Rezerwie Federalnej po raz pierwszy we współczesnej historii zrównała się ze stawką referencyjną Narodowego Banku Polskiego. Co więcej, niektóre rynkowe stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych są już wyższe niż w Polsce!


Zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami 13 grudnia Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC) podniósł przedział stopy funduszy federalnych z 1,00-1,25% do 1,25-1,50%. Zatem górne ograniczenie podstawowej stopy Fedu znalazło się dokładnie na poziomie stopy referencyjnej NBP. Nasza Rada Polityki Pieniężnej pomimo rosnącej inflacji i dobrej koniunktury gospodarczej wciąż zwleka z podwyżką stóp procentowych, utrzymując cenę kredytu na rekordowo niskim poziomie.
Nowa normalność czy historyczna anomalia
W teorii stopa procentowa – czyli cena pieniądza – kształtowana jest na rynku pod wpływem podaży oszczędności i popytu na kredyt. Wydaje się zatem, że Stany Zjednoczone jako kraj dysponujący wielokrotnie większym zasobem kapitału niż Polska powinien cieszyć się tańszym kredytem. I tak było przez dekady. Ale współcześnie stopy procentowe dyktowane są przez banki centralne kierowane przez politycznie nominowane komitety w stylu FOMC czy RPP. Stąd biorą się takie aberracje jak to, że kredyt w Polsce i USA kosztuje mniej więcej tyle samo.
Ale ta pieniężna anomalia nie dotyczy tylko stóp ustalanych przez banki centralne. Trzymiesięczny Libor dla dolara wynosi (stan na 13.12) 1,58849%. Analogiczna stawka Wibor 3M (czyli dla złotego) to 1,72% - a więc niewiele więcej. Ale już Libor 12M USD wynoszący 2,03856% jest wyższy od Wiboru 12M – obecnie kształtującego się na poziomie 1,85%.
Z podobną anomalią mamy do czynienia na krótkim krańcu krzywej terminowej. Rentowność amerykańskich obligacji dwuletnich sięga już 1,82% (w środę było to nawet 1,85%). Tymczasem dochodowość polskich 2-latek wynosi 1,65%. Oznacza to, że rząd Stanów Zjednoczonych pożycza dolary drożej, niż rząd Polski może zadłużać się w złotych. Umówmy się, że wiarygodność kredytowa obu dłużników jest jednak nieco inna i raczej nie na korzyść Polski.
Czy carry trade napędzi inflację?
Jeśli dywergencja w oprocentowaniu dolara i złotego będzie się pogłębiać (a jest na to szansa, bo FOMC zapowiada trzy podwyżki w 2018 roku, a prezes Glapiński nie chciałby ani jednej), to po raz pierwszy w dziejach polski złoty może zostać walutą finansującą operacje typu carry trade. W tego typu transakcjach inwestor pożycza nisko oprocentowaną walutą (zwyczajowo jena japońskiego lub franka szwajcarskiego) i kupuje za nią wysoko oprocentowane aktywa (np. obligacje RPA).
Przeczytaj także
Jeszcze kilka lat temu to polskie obligacje były przedmiotem zakupu w ramach transakcji carry trade. Ale w 2018 roku sytuacja może się odwrócić. Zagraniczni inwestorzy mogą pożyczać pieniądze w polskich bankach, zamieniać je na dolary (zabezpieczając ryzyko kursowe) i lokować na rynku amerykańskim, zarabiając na różnicy w stopach procentowych. Jeśli proceder ten zyskałby na popularności, zapewne wywierałby presję na osłabienie złotego. Deprecjacja waluty napędzałaby inflację cenową w Polsce, pogłębiając ujemne realne stopy procentowe, jakimi „cieszymy” się od początku 2017 roku.


























































