
Image licensed by Ingram Image
Rozporządzenie zakłada likwidację 79 sądów rejonowych, w których orzeka 550 sędziów, a łącznie pracuje prawie 2 tys. urzędników. Jednak teoretycznie nikt nie straci pracy. Przeciętnemu zjadaczowi chleba likwidacja kojarzy się z zamknięciem danego urzędu, wysłaniem ludzi na bruk i sprzedażą budynku po urzędzie. Akurat tak się nie stanie.
Będzie burza
Zgodnie z rozporządzeniem wydanym przez ministra sprawiedliwości, małe sądy rejonowe zmienią swój status na tzw. oddziały zamiejscowe większych jednostek z dużych miast. Co to zmienia? Teoretycznie bardzo wiele. Przede wszystkim w małych sądach rejonowych jest dużo mniej spraw. Sędziowie nie są tak obłożeni pracą jak ich koledzy z większych jednostek. Dzięki zmianie będzie można delegować część zadań do tych jednostek, które mają więcej „mocy przerobowych”. Łatwiej będzie m.in. o zastępstwo, gdy ktoś udaje się na urlop.
| »Gowin podpisał kontrowersyjne rozporządzenie |
Skoro nikt nie będzie zwolniony, nikt też nie straci finansowo, a sama zmiana ma zwiększyć wydajność pracy, to dlaczego sędziowie protestują? Sprawa ma drugie dno. Fasada to usprawnienie pracy sądów i lepsza alokacja zasobów. Z drugiej strony mamy hasła odnoszące się do ustroju i bezpieczeństwa państwa. W czym więc tkwi problem? Dla jednych wytłumaczenie, dlaczego sędziowie protestują, jest bardzo proste – lepiej być prezesem małego sądu rejonowego niż szeregowym sędzią oddziału zamiejscowego.
Co się zmieni dla obywatela?
W zasadzie niewiele. Żeby poskarżyć się na pracę w konkretnej sprawie, trzeba będzie udać się w podróż do prezesa sądu urzędującego w innym powiecie. Na razie nie wiadomo, jakie będą koszty „reorganizacji”. Na pewno trzeba będzie pozmieniać tabliczki i wizytówki, wzrosną również wydatki związane z obiegiem dokumentów. Jednak redukcja liczby wysokich stanowisk trochę obniży koszty wynagrodzeń.
Sędziowie narzekają, że teraz będą musieli częściej dojeżdżać do placówek oddalonych od ich miejsca zamieszkania. Ale część i tak codziennie dojeżdża. Pada również argument o prestiżu posiadania sądu rejonowego w powiecie. Sądy te skupiają środowisko inteligenckie – adwokatów, radców prawnych, sędziów i prokuratorów. Reorganizacja mogłaby wpłynąć na nie negatywnie. Trudno powiedzieć, czy przypadkiem nie będzie odwrotnie – codzienna współpraca z większym ośrodkiem nie musi oznaczać marginalizacji oddziałów zamiejscowych, lecz może przynieść korzyści.
Podnoszone są też argumenty o zmniejszaniu roli powiatów, o akcji przeciwko społeczności lokalnej. Powiat bez własnego sądu będzie ułomny, zdany na decyzje ludzi, dla których w pierwszej kolejności liczą się interesy ich regionu. Pojawiają się także przypuszczenia, że obecna reforma jest wstępem do całkowitej likwidacji tych placówek.
PSL się sprzeciwia
Rozporządzenie ministra sprawiedliwości wejdzie w życie w styczniu 2013 roku. Część polityków opozycji, a nawet PSL-u twierdzi, że nie można zmieniać struktury sądownictwa w Polsce rozporządzeniem, że takie zmiany powinny wchodzić tylko na mocy ustawy. Ich zdaniem jest to niekonstytucyjne. Szef resortu sprawiedliwości odpowiedział, że nie ma obawy o niekonstytucyjność swojego rozporządzenia.
Nie wiadomo jeszcze, jakie będą zyski i straty. W całej sprawie najbardziej bulwersuje zapowiedź protestu niektórych sędziów, którzy zadeklarowali, że udadzą się w stan spoczynku. Prawo im na to pozwala, co więcej – otrzymają pełne pobory. Niektórzy są bardzo młodzi. Być może więc reforma sądownictwa obnaży jeszcze jedną patologię systemu, co bynajmniej nie zrobi środowisku sędziowskiemu dobrej prasy.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl






























































