10 miesięcy od szczytu, 50% spadku i uśpiony bitcoin w okolicy 63 tys. dolarów - tak wygląda obecny krajobraz na rynku kryptowalut. Patrząc na ten marazm, nie trudno dziwić się, że inwestorzy wracają znów do opowieści o "czteroletnim cyklu". Postanowiłem zajrzeć w ich kalendarzyk, przekopać minione dołki, wymierzyć długość statystycznej bessy i nie odpowiedzieć Państwu na pytanie, czy tym razem będzie inaczej.


Rynek kryptowalut dostarcza nam w ostatnich tygodniach tyle emocji, że ostatniego wieczoru niemal zasnąłem śledząc notowania. Od czerwca cena bitcoina utknęła w stosunkowo wąskim przedziale 58 000-66 500 dolarów. Z jednej strony inwestorzy trawią łagodniejsze odczyty makroekonomiczne z USA, które łagodzą ryzyko podwyżek stóp procentowych. Z drugiej - dyskomfort serwują rynkom rosnące rentowności obligacji i droga ropa. Konflikt na Bliskim Wschodzie cały czas nie chce się zakończyć, a wysokie ceny surowców energetycznych to przepis na wyższą inflację.
Wróćmy jednak do krypto. Od historycznego rekordu z października 2025 roku, kiedy bitcoin sięgnął rekordowych 126 300 dolarów, minęło dokładnie dziesięć miesięcy. Kurs spadł od tego czasu o blisko połowę. Jako konserwatysta i sceptyk z dystansem podchodzę do wszelkich "magicznych wzorów" na bogacenie się. Gdy jednak cały rynek zaczyna z namaszczeniem powoływać się na tak zwany "czteroletni cykl bitcoina", uznaję, że warto rozłożyć ten kalendarz na części pierwsze.
Aktualizacja
Pisałem ten tekst zaledwie wczoraj. Dziś (20.08) budzę się i widzę bitcoina po 69 600 USD - tym samym wstęp o uśpionym rynku uznaję za przestarzały i to szybciej niż się spodziewałem. Co do reszty dzisiejszy wystrzał notowań nic nie zmienia. Matematyka i niepewność pozostają te same.
Liczby nie kłamią? "Kalendarz Bitcoiniarski"
Pojęcie czteroletniego cyklu nie wzięło się znikąd. Wpływają na nie przedzielone czteroletnimi odstępami tzw. halvingi czyli zaprogramowane w kodzie zmniejszenie o połowę nowo emitowanych bitcoinów. Zwykle zbiegały się one w czasie z cyklami polityki monetarnej banków centralnych. Ważny element wnosi też psychologia tłumu.
Spójrzmy na zestawienie dotychczasowych kryptowalutowych bess, które znalazłem w opracowaniach funduszy Fidelity i VanEck. Oto jak historycznie zachowywał się w nich kurs bitcoina:

| Cykl rynkowy | Szczyt hossy | Dołek bessy | Skala spadku | Czas od szczytu do dołka (w dniach) |
| 2013-2015 | 1150 USD (30.11.2013) | 152 USD (14.01.2015) | -86% | 410 dni |
| 2017-2018 | 19 800 USD (17.12.2017) | 3200 USD (15.12.2018) | -84% | 363 dni |
| 2021-2022 | 69 000 USD (10.11.2021) | 15 500 USD (21.11.2022) | -78% | 376 dni |
| Obecny (2025-2026?) | 126 300 USD (06.10.2025) | Ustalanie dołka | ~50% (stan na sierpień 2026) | 317 dni (stan na 19.08.2026) |
Z tego zestawienia wynika, że średnia długość historycznych bess na rynku kryptowalut od szczytu do dołka notowań bitcoina wynosi dokładnie 383 dni (ok. 12,7 mies.).
A co w przeszłości działo się po tym, gdy rynek już osiągnął dno? Duże rajdy cenowe bitcoina:
| Cykl rynkowy | Dołek bessy | Kolejny szczyt | Skala wzrostu | Czas do szczytu (w dniach) |
| I hossa | 152 USD (14.01.2015) | 19 800 USD (17.12.2017) | +12 926% | 1068 dni |
| II hossa | 3200 USD (15.12.2018) | 69 000 USD (10.11.2021) | +2056% | 1061 dni |
| III hossa | 15 500 USD (21.11.2022) | 126 300 USD (06.10.2025) | +714% | 1050 dni |
Wnioski? Droga z rynkowego dna na sam szczyt hossy zajmuje bitcoinowi średnio 1060 dni (niespełna 3 lata), a procentowe stopy zwrotu z każdego kolejnego cyklu stopniowo maleją.
Jeśli obecna bessa miałaby powtórzyć historię z cyklami, dołek musiałby być znacznie niżej niż to co widzimy obecnie. Nawet w optymistycznym scenariuszu, w którym ta korekta okazałaby się najłagodniejsza w historii i wyniosła "zaledwie" 70% spadku od szczytu, cena bitcoina musiałaby osiągnąć poziom rzędu 37 000-38 000 dolarów. Zgodnie z kalendarzykiem dołek bessy powinien wypaść pomiędzy wrześniem a listopadem 2026 roku.
Skoro mamy jednak w ręku dokładne średnie z ostatnich kilkunastu lat, zróbmy małe ćwiczenie teoretyczne. Zaznaczam z całą mocą: to nie jest porada inwestycyjna, a rynek nie ma obowiązku poruszać się według starych, utrwalonych wzorców. Gdyby jednak jakiś wyznawca kalendarza chciał rozegrać ten cykl wyłącznie na podstawie historycznych średnich, jego plan wyglądałby następująco:
- data zakupu (dołek bessy) - ostatni szczyt hossy przypadł na 6 października 2025 roku. Doliczając do tej daty średni czas trwania bessy czyli 383 dni, cykliczny automat wyznacza dzień zakupy na 24 października 2026 roku.
- data sprzedaży (szczyt kolejnej hossy) - gdybyśmy z tego teoretycznego dołka wystartowali w kolejny rajd i dodali do niego średni czas trwania hossy (1060 dni), idealny moment na wyciągnięcie wtyczki i realizację zysków wypada dokładnie 18 września 2029 roku.
To tyle, za 3 lata i 1 miesiąc widzimy się pod salonem Lamborghini.
Ale, ale - w tej bessie coś zgrzyta
Żeby nie było zbyt kolorowo i nie pomyśleli Państwo, że właśnie otrzymali gotowy przepis na odroczoną w czasie "wolność finansową", już wykładam na stół wątpliwości. Statystyki pokazują, że w tej rynkowej układance pojawiają się anomalie, które komplikują matematykę 4-letniego cyklu.
Analitycy z funduszu VanEck zwrócili uwagę, że większość wskaźników tak zwanej "kapitulacji" świeci już na czerwono. Z rynkowych modeli wynika, że zmęczeni gracze właśnie rzucają ręcznik. Gdzie tu zgrzyt? W poprzednich cyklach takie sygnały pojawiały się, gdy na rynku lała się krew, a kursy spadały w przepaść o 80%. Dziś "kapitulujemy" przy cenie powyżej 60 000 USD za bitcoina, czyli ledwie 50% poniżej szczytu. To bardzo wygodna, wręcz luksusowa kapitulacja. Może wskaźniki przy udziale ETF-ów po prostu się zacięły, albo ta prawdziwa, bolesna panika dopiero przed nami?
Dysonans widać też w portfelach inwestorów, którzy kupili swoje bitcoiny dłużej niż rok temu. Z danych CryptoQuant wynika, że wyrzucili oni niedawno na rynek setki tysięcy monet. Większość z nich jest na minusie. Kiedy tej kategorii graczy miękły nogi, historycznie zwiastowało to bliskość dna. Zgrzyt polega jednak na tym, że w poprzednich bessach z 2018 i 2022 roku, poziom wykrwawienia weteranów był znacznie głębszy, tymczasem kalendarzykowy czas na zakupy się zbliża.
Dopełnieniem tej układanki są fundusze spot ETF z Wall Street. Rynkowa narracja przypisuje im często rolę stabilizatora, który kotwiczy rynek i wchłania spadki. Sceptyk dostrzeże tu jednak kij o dwóch końcach: wyjątkowa łatwość, z jaką kapitał wchodzi do tych funduszy, działa dokładnie tak samo w drugą stronę. W chwili prawdziwej paniki ten rzekomy stabilizator, zamiast chronić rynek przed spadkami, może po prostu pogłębić wyprzedaż.
W najgorszym dla krypto-entuzjastów scenariuszu ten cykl może odsłonić prawdę o wyczerpaniu się samej formuły. Skoro procentowe stopy zwrotu w każdej kolejnej hossie maleją - od kosmicznych tysięcy procent na początku, po "zaledwie" 714% w ostatnim zrywie - rynek może po prostu wejść w fazę strukturalnego marazmu. Bitcoin przestanie być maszynką do robienia milionerów, stając się po prostu kolejnym aktywem do ostrożnego, żmudnego inwestowania.
Śladem dawnych rozmów. Co z tą cyklicznością?
Kiedy w marcu tego roku rozmawiałem z moimi biegłymi, na rynku panowały zupełnie inne nastroje, a kurs wahał się w przedziale 65-88 000 dolarów. Wtedy prof. Krzysztof Piech zwracał uwagę, że rynek kryptowalut podlega wyraźnym, zakodowanym w podaży cyklom tak długo, jak długo inwestorzy będą w nie wierzyć. Profesor kreślił wówczas hipotetyczny scenariusz zejścia ceny bitcoina w okolice 40 tysięcy dolarów - co zresztą idealnie pokrywa się ze wspominaną wyżej kalkulacją 70-procentowego spadku od szczytu.
Z kolei bankier i entuzjasta krypto Jarosław Fuchs akcentował obecność instytucji, stawiając pytanie, czy napływy z ETF-ów nie zmienią tradycyjnego przebiegu bessy. Inżynier IT Mateusz Jamiołkowski trzeźwo przypominał, że chociaż technologia idzie do przodu i przybywa skomplikowanych instrumentów finansowych, to natura ludzka - pędzona chciwością na górce i strachem na dole - pozostaje dokładnie taka sama.
Nie zamierzam w tym miejscu nikogo rozliczać, bo na ostateczne oceny jest stanowczo za wcześnie. Jako sceptyk patrzę na te wyliczenia z własną, mocno zakorzenioną rezerwą. Cykle i historyczne wskaźniki są dla inwestorów wspaniałą opowieścią dopóki rynek nie postanowi ich zignorować. Czy jesień 2026 roku przyniesie zapowiadany przez analityków dołek i wielką akumulację, czy też czeka nas jeszcze jedna faza czyszczenia rynku? A może wyceny odjadą szybciej i dołek to mieliśmy już 1 lipca. Czas pokaże.
Wszystkie zapiski z mojego dziennika znajdziecie w tym miejscu. Zapraszam też do odwiedzin na moim Facebooku. Maile możecie słać na adres janusz.krypto@bankier.pl.



























































