Wtorkowa sesja na Wall Street nie przyniosła rozstrzygnięć. Inwestorzy pozbawieni poważniejszych danych makroekonomicznych oraz raportów ze spółek niemrawo reagowali na błahe informacje. Rozczarowujący spadek sprzedaży samochodów jak zwykle tłumaczono ciężką zimą.
Ale dzisiejsza sesja powinna wyrwać Wall Street z marazmu. Na rozgrzewkę pójdą cotygodniowe dane o liczbie kredytów hipotecznych. Mimo że tydzień temu wskaźnik ten osiągnął najniższy poziom od 13 lat, to jego publikacja zazwyczaj nie budzi większych emocji na rynku. Inaczej może być w przypadku danych z ADP. Analitycy prognozują, że w lutym liczba miejsc pracy w sektorze prywatnym spadła o 10 tysięcy wobec –22 tys. odnotowanych w styczniu. Ten raport bywa traktowany jako indykator oficjalnych piątkowych danych z Departamentu Pracy.
Jeśli sytuacja na amerykańskim rynku pracy nie zacznie się wkrótce poprawiać, to nie ma co liczyć na wzrost konsumpcji i trwałe ożywienie gospodarcze w USA. Taki scenariusz zapewne oznaczałby powrót do spadków cen akcji, jakie widzieliśmy w styczniu i na początku lutego. Jeśli jednak z danych w końcu powiałoby optymizmem, to indeks S&P500 może już niedługo szturmować poziom 1.150 punktów.
Niemniej ważne mogą się też okazać wieści z sektora usług. Szacuje się, że w lutym indeks ISM podniósł się z 50,5 do 51,0 pkt. Taki wynik oznaczałby, że sektor generujący przeszło 80% amerykańskiego PKB balansuje na granicy bardzo delikatnego rozwoju.
Wydaje się, że większego wpływu na amerykańskie giełdy nie powinny mieć doniesienia z Grecji, gdzie rząd przedstawił nowe propozycje zmierzające do ograniczenia nadmiernego deficytu budżetowego. Jedynym mechanizmem transmisyjnym może być kurs EUR/USD, który wpływa na ceny surowców i przez to na notowania spółek wydobywczych.
Tymczasem o godzinie 12:50 na rynku panował spokój. Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy rosły po niespełna 0,2%. Na głównych parkietach Starego Kontynentu notowano natomiast niewielkie spadki.
K.K






























































