Dopiero po tygodniu od pierwszych zapowiedzi opinia publiczna otrzymała projekt prezydenckiej ustawy o finansowaniu rozbudowy i modernizacji armii. Wynika z niej, że cel ten ma zostać sfinansowany z zysków Narodowego Banku Polskiego. W zasadzie chodzi o to, że pieniądze na wojsko mają zostać wykreowane ze zmiany zasad wyceny rezerw kruszcowych NBP.


Dokładnie tydzień temu, 4 marca podczas spotkania prezydenta Karola Nawrockiego z prezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Glapińskim ogłoszono alternatywę dla unijnego programu SAFE mającego za zadanie sfinansowanie (w formie kreacji nowego długu) wydatków na unijne armie. Koncepcja o marketingowej nazwie „SAFE 0%” miała być bezkosztowa (co jak wiemy z lekcji ekonomii jest w zasadzie niemożliwe) oraz w jakiś sposób wiązać się z zasobami będącymi pod kontrolą NBP.
Przez poprzednie siedem dni mogliśmy się tylko domyślać, o co naprawdę chodziło prezydentowi i szefowi NBP. Zostaliśmy zalani falą pogłosek, spekulacji i opinii przy braku jakiejkolwiek konkretnej i oficjalnej informacji. Dziś to się zmieniło. Kancelaria Prezydenta RP opublikowała bowiem trzy dokumenty: projekt ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych, jej uzasadnienie oraz ślicznie ilustrowaną prezentację dla mediów. Kilka słów więcej powiedział też na specjalnej konferencji prasowej prezes Adam Glapiński.
Kto sfinansuje wydatki prezydenckiego funduszu?
Zacznijmy od projektu ustawy. Ta zakłada, że pod skrzydłami rządowego Banku Gospodarstwa Krajowego powstanie kolejny już pozabudżetowy fundusz finansujący jak najbardziej budżetowe wydatki państwa. Ma się on nazywać Polskim Funduszem Inwestycji Obronnych (dalej PFIO). Przypomnijmy, że od 4 lat w strukturach tego samego BGK funkcjonuje podobny twór o nazwie Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. Na koniec III kwartału 2025 roku (nowsze dane ukażą się dopiero 31 marca) zadłużenie FWSZ wynosiło blisko 61 mld zł. Czyli nie tak mało.
Kluczowy jest tutaj artykuł trzeci projektu ustawy o PFIO. W skrócie brzmi on następująco: „Środki Funduszu pochodzą z: 1) wpłaty z zysku Narodowego Banku Polskiego (…) 2) kredytów, pożyczek i obligacji, 3) odsetek od wolnych środków 4) innych tytułów".

Od razu widać, że głównym źródłem finansowania ma być zysk Narodowego Banku Polskiego.
I tu dochodzimy do dwóch zasadniczych problemów. Po pierwsze, w obecnym stanie prawnym 95% zysku NBP i tak trafia do budżetu państwa, z którego pieniądze wydawane są na różne cele, w tym także na wojsko. Gdy przekierujemy zysk NBP do PFIO, to uszczuplimy przychody budżetowe i tym samym pula nowych środków publicznych wyniesie okrągłe zero. Po drugie, w ostatnich latach NBP regularnie raportował straty. W roku 2022 wynik netto polskiego banku centralnego wyniósł -16,9 mld zł, rok później -20,8 mld zł, a w 2024 strata wyniosła 13,3 mld zł.
Przeczytaj także
Nie znamy jeszcze rezultatu za rok 2025, ale w grudniu prezes Adam Glapiński ostrzegał, że także ubiegły rok NBP zamknął pod kreską. Mowa była o (skumulowanych?) stratach zbliżonych do 100 mld zł. Jak zatem w tej sytuacji NBP ma finansować PFIO? Abstrahując już od faktu, że zarówno zyski jak i straty każdego banku centralnego są w znacznej mierze czysto księgowe („papierowe”), to przecież przyszłe zyski NBP są kompletnie nieprzewidywalne. Zatem nie można na ich bazie budować finansowania jakiegokolwiek instrumentu. A tym bardziej rzeczy tak ważnej dla państwa jak rozbudowa i modernizacja sił zbrojnych.
Ale i ten problem twórcom ustawy udało się dzielnie przezwyciężyć. Albowiem jeden z fragmentów rozległego artykułu 21 stwierdza, że gdyby wpłata z zysku NBP nie pokrywała planowanych wydatków Funduszu, to BGK ma po prostu udzielić Funduszowi pożyczki w wysokości brakującej kwoty. To zobowiązanie miałoby być gwarantowane przez Skarb Państwa. W praktyce wydatki na wojsko w ramach „SAFE 0%” byłyby zatem pokrywane przez emisję długu publicznego.
Na marginesie warto dodać, że prezydencki projekt ustawy zawiera intrygującą koncepcję zarządzania Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych. Miałyby nim kierować dwa kolegialne ciała: Rada Funduszu oraz Komitet Sterujący. Każdy składający się z 5 osób. Trzech z nich to reprezentanci rządu (premier, minister lub ich przedstawiciel), a dwóch to ludzie prezydenta (lub sam prezydent). A decyzję podejmuje się większością 2/3 głosów, a każdy członek ww. ciał dysponuje jednym głosem. Dwie trzecie z pięciu to 3,(3). A ponieważ działamy na liczbach naturalnych, to w praktyce do podjęcia decyzji potrzeba 4 z 5 głosów. A zatem żadna ważna decyzja w PFIO nie zapadnie bez zgody prezydenta RP. Piękna lekcja polityki stosowanej.
Ludzie dzielą się na tych, co mają złoto i na tych, którzy go pragną
Tyle mówi ustawa. Skąd zatem wzięła się kwota 185 mld złotych, o których wprost mowa jest w materiałach PR-owych przygotowanych przez Kancelarię Prezydenta?
– Spotkaliśmy się z Panem prezesem, żeby dograć szczegóły tego projektu, który zagwarantuje 185 mld zł, które nie będą wiązać się z żadnymi odsetkami, nie będą wiązać się z kredytem do 2070 roku, nie będą wiązać się ze zmianą sytuacji w Unii Europejskiej– mówił tydzień temu prezydent Karol Nawrocki.
-Ten „Polski SAFE 0%”, przy mądrym gospodarowaniu rezerwami Narodowego Banku Polskiego – bez ich uszczuplania – wygenerować w najbliższych 4–5 latach kwotę właśnie około 200 mld zł, po to, żeby przekierować je do Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych – stwierdził szef KPRP Zbigniew Bogucki cytowany w komunikacie z 11 marca.
Skąd jednak wiadomo, że w latach 2026-30 NBP wygeneruje akurat 185 mld złotych zysku?!
I tu zerkamy na prezydencką prezentację, która zakłada „Transformację Wartości” w postaci „zamiany rezerw (wycena złota) na twarde zdolności obronne”. Ta swoista alchemia finansów dość jednoznacznie sugeruje nam, że pomysłem na sfinansowanie polskiego „SAFE 0%” jest przeksięgowanie wartości rezerw złota będących w posiadaniu Narodowego Banku Polskiego.
Warto odnotować, że dokładnie to samo w zeszły czwartek mówił prezydencki doradca Leszek Skiba. - Wzrost cen złota tworzy potencjalny zysk w bilansie NBP; dwie ścieżki pozwalają zamienić go w realny transfer do Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych - ocenił Skiba w prezentacji udostępnionej na platformie X. (podkreślenia od redakcji).
Pan Skiba przedstawił tutaj dwa warianty. Pierwszy zakładał sprzedaż i natychmiastowy odkup złota przez NBP sfinansowany z rezerw walutowych. W takim układzie złoto pozostaje w skarbcu, w księgach pojawia się gotówkowy zysk – napisał prezydencki doradca. Już nie dodał wprost, że to rozwiązanie w sensie ekonomicznym oznacza transfer części rezerw walutowych NBP do funduszu finansującego wydatki na zakup uzbrojenia. Druga propozycja zakładała tylko rewaluację księgową, co wymagałoby nowelizacji ustawy o NBP, ale już bez fikcyjnej sprzedaży kruszcu. Skutek w obu wypadkach byłby jednak ten sam: do PFIO po prostu trafiałby część rezerw walutowych Polski.
Jak wyliczył mój redakcyjny kolega Michał Kubicki, gdyby NBP zdecydował się sprzedaż złota zakupionego w ostatnich 8 latach, to potencjalnie na takiej transakcji mógłby wygenerować ok. 148,5 mld zł zysku. A gdyby sprzedać całe 550 ton (teraz już ok. 570 ton) „barbarzyńskiego reliktu”, to można by ujawnić zysk rzędu 205-208 mld zł. Czyli dziwnym trafem mniej więcej tyle, ile obiecał pan prezydent w ramach koncepcji „SAFE 0%”. Tyle tylko, że rynek fizycznego złota nie jest na tyle płynny, aby bez problemu (i bez wpływu na ceny!) sprzedać 300 czy 500 ton. Przecież wszystkie banki centralne świata łącznie w ostatnich latach nabywały nie więcej niż ok. 1000 ton rocznie.
Tyle tylko, że wiązałoby się to albo z faktyczną sprzedażą polskich rezerw złota (na którą chyba nikt rozsądny w Polsce się nie zgodzi), albo z księgową sztuczką w sensie ekonomicznym uszczuplającą rezerwy walutowe NBP. A to otwierałoby puszkę Pandory. No bo skoro można potraktować bank centralny jak bankomat i wyciągnąć z niego trochę pieniędzy na wojsko, to czemu nie na inne cele? Może na drogi? Może na szpitale? Może na emerytury i minister jeden wie, na co jeszcze. Byłby to zatem bardzo niebezpieczny precedens.
I tu dochodzimy do treści uzasadnienia projektu ustawy o PFIO, w którym złoto NBP wymienione jest wprost jako źródło finansowania wydatków na wojsko.
- Zgodnie z koncepcją zaprezentowaną przez prezydenta Karola Nawrockiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego w dniu 4 marca 2026 r. wypracowany przez NBP zysk wynikający z rosnącej wyceny rynkowej polskich rezerw złota i walut, ma zostać skierowany bezpośrednio na finansowanie celów obronnych za pośrednictwem nowo utworzonego Funduszu – czytamy w uzasadnieniu prezydenckiego projektu ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych.
Odcedźmy teraz fakty od mrzonek i dojdziemy do wniosku, że chodzi tu tylko o złoto. Bowiem po pierwsze, na wycenie walut (a dokładnie zagranicznych obligacji skarbowych) nie ma żadnych zysków (a raczej są straty). A po drugie ten zysk i tak w 95% trafiłby do budżetu państwa.
- W ostatnich latach Narodowy Bank Polski przeprowadził bezprecedensowy proces dywersyfikacji rezerw, zwiększając zasoby złota do poziomu ponad 550 ton. Dynamiczny wzrost cen tego kruszcu na rynkach światowych oraz umocnienie wartości aktywów rezerwowych sprawiają, że Polska dysponuje ogromnym kapitałem rezerwowym, który może być wykorzystany na modernizację i rozwój Sił Zbrojnych – czytamy dalej w uzasadnieniu projektu ustawy. – Obecne przepisy ustawy o NBP uniemożliwiają pełne wykorzystanie tego wzrostu wartości do wsparcia inwestycji obronnych. Projektowana ustawa zmienia ten paradygmat: uznaje, że bezpieczeństwo państwa jest najwyższą formą zwrotu z inwestycji, a wzrost wartości narodowego majątku ulokowanego w rezerwach powinien pracować na rzecz modernizacji armii tu i teraz – dodają pomysłodawcy (pogrubienia od redakcji).
Jak sfinansować wydatki na wojsko?
Na koniec pozwolę sobie na trochę komentarza. Po pierwsze, wojna rosyjsko-ukraińska toczy się od ponad 4 lat, a linia frontu cały czas znajduje się ponad tysiąc kilometrów od granic Polski. W ostatnich tygodniach i miesiącach nie wydarzyło się nic takiego, co zwiększałoby pilność rozbudowy polskiej armii (a przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo). Dlatego też uważam, że w takiej sytuacji sięganie po rezerwy walutowe NBP (a do tego prezydencki pomysł zasadniczo się sprowadza) jest krokiem zbyt drastycznym. I potencjalnie niebezpiecznym w swych konsekwencjach.
Po drugie, odrzucając koncepcję „SAFE 0%” nie oznacza, że popieram unijny program SAFE. Chyba nikt w Polsce nie zna w pełni zasad działania i wszystkich kruczków tej koncepcji. Bazując na doświadczeniach związanych z KPO do wszystkich inicjatyw Komisji Europejskiej należy podchodzić z daleko posuniętą ostrożnością lub wręcz podejrzliwością.
I wreszcie po trzecie, uważam, że jako naród i państwo stać nas na wystawienie porządnej armii bez oglądania się na Unię Europejską, jak również bez uszczuplania polskich rezerw walutowych. Proponowałem to już w zeszłym roku i teraz się tylko powtórzę: wystarczyłoby tylko nieco przykroić rozdęte wydatki socjalne, aby podwoić krajowe wydatki militarne.
Przeczytaj także
Według danych Eurostatu w 2023 roku Polska wydawała na cele socjalne 16,9% PKB, a na wojsko tylko 2,1% PKB. Prosta matematyka wskazuje, że ograniczenie tych pierwszych raptem o 12% pozwoliłoby na podwojenie tych drugich. Ten postulat częściowo został już zrealizowany, gdyż budżet na 2026 rok zakłada wydatki wojskowe wielkości 4,81% PKB. To bardzo dużo jak na kraj znajdujący się w stanie pokoju. Tyle tylko, że wydatki militarne finansowane są poprzez wzrost długu publicznego, zamiast przycięcia takich programów jak 800+, 13. emerytura czy inne renty wdowie. Krótko mówiąc, jako państwo pożyczamy i przepuszczamy pieniądze na szkodliwe programy socjalne zamiast zabezpieczyć sobie przyszłe bezpieczeństwo. I to powinno stanowić fundament dyskusji publicznej. A nie fałszywa alternatywa w postaci unijny SAFE czy polski PFIO.































































