Nastały ciężkie czasy dla inwestujących w platynę. Królowa metali szlachetnych od lat wygląda „tanio", lecz systematycznie robi się jeszcze tańsza. Zwłaszcza na tle złota.


Platyna to (obok srebra) tegoroczny koszmar inwestora. Na pompowanych przez banki centralne rynkach finansowych, na których w 2017 roku drożeje praktycznie wszystko, biały metal przez ostatnie sześć miesięcy potaniał o 5,3 proc. Na plusie w relacji YTD platyna utrzymuje się tylko dlatego, że akurat na przełomie grudnia ’16 i stycznia ‘17 zaliczyła lokalny dołek. Dla porównania, kurs złota od początku roku wzrósł o 10 proc., a palladu aż o 44,5 proc.
Dziś wczesnym popołudniem uncję platyny wyceniano na 912,2 USD, a więc o ponad pół procent niżej niż we wtorek, gdy jej notowania spadły o 1,1 proc. W ten sposób kurs „królowej metali szlachetnych” powrócił w pobliże 900 USD za uncję – czyli poziomu, w pobliżu którego zatrzymywały się kolejne fale spadkowe w ciągu ostatnich miesięcy.
Przyczyny słabości platyny od wielu miesięcy pozostają niezmienne. Metal ten znajduje zastosowanie przede wszystkim w katalizatorach spalin w autach z silnikami Diesla. Tymczasem europejska nagonka na „ropniaki” rozpoczęta po „aferze VW” przyczynia się do spadku sprzedaży diesli na rzecz aut benzynowych. W efekcie rośnie popyt na pallad, a maleje na platynę, tym samym po raz pierwszy od 16 lat pallad stał się droższy od platyny, choć zwykle to ten drugi metal był znacznie kosztowniejszy.
Na historycznych minimach znalazł się też parytet platyna-złoto. Przez ostatnie pół wieku platyna zwykle była droższa od złota – czasami nawet dwukrotnie i więcej. Aż do 2015 roku epizody spadku tej relacji poniżej 1,00 były krótkotrwałe. Tymczasem teraz platyna jest o rekordowe 28 proc. tańsza od złota. W ciągu ostatnich 48 lat była od złota droższa o średnio 41 proc.

Krzysztof Kolany




























































