Każdy, kto się liczy w finansach chce mieć swojego stablecoina. Banki, organizacje kartowe, agregatorzy płatności. Już dziś jest jasne, że takie podejście nie ma przyszłości. Dlatego powstaje OpenUSD, za którym stanęło ponad 140 podmiotów.


Tam, gdzie w grę wchodzi infrastruktura, najlepiej współpracować – taka lekcja płynie z historii płatności. Dlaczego, skoro na rynku konkurują ze sobą karty Visa, Mastercard, zbliżeniowy BLIK, w sklepach nie widzimy na ladzie kilku terminali płatniczych? Wielkie organizacje postawiły na interoperacyjność technologiczną i zgodziły się na wspólny zestaw standardów. Tak powstało konsorcjum EMVCo, które odpowiada za techniczną warstwę transakcji. A konkurować można opłatami, usługami dodatkowymi, innowacjami.
Podobny scenariusz rozwija się na naszych oczach w zupełnie nowym zakątku rynku. Stabilne kryptowaluty nazywane stablecoinami obiecują wiele. Mają mieć zalety kryptowalut (m.in. natychmiastowy rozrachunek, opcje programowalności, znikome koszty transakcyjne) i jednocześnie mocne strony pieniądza fiat. Nic dziwnego, że każdy chce zagwarantować sobie w tym świecie silną pozycję. Swoje stablecoiny tworzą banki, detaliści, a zapowiedzi płyną na rynek szerokim strumieniem.
Efektem owczego pędu może stać się tłok na stablecoinowej arenie. Powstanie wiele, nie w pełni interoperacyjnych walut, które będą walczyć ze sobą o skalę. Płynność będzie rozproszona, a problem „przeskakiwania” pomiędzy stablecoinem A, B czy Z wymagać będzie stosowania technicznych sztuczek. Konsolidacja będzie nieunikniona, więksi będą zjadać mniejszych. Może więc lepiej zawczasu pominąć etap „wojny standardów”?
Powstaje „Diem 2.0”?
Pomysł zbudowania stablecoina o globalnym zasięgu i opartego na połączeniu sił wielkich graczy nie jest niczym nowym. Już w 2018 r. taką ideę zaczął promować… Facebook. W szczytowym momencie w konsorcjum noszącym początkowo nazwę Libra (potem Diem) uczestniczyły m.in. Visa i Mastercard, PayPal, eBay, Stripe, Booking i wielu innych. Projekt jednak nie wypalił. Można powiedzieć, że niezasłużenie – trafił na rynek w złym momencie.

30 czerwca 2026 r. grupa ponad 140 firm ogłosiła powstanie konsorcjum Open Standard, które ma wyemitować token o nazwie OpenUSD. Będzie to stablecoin bazujący na dolarze amerykańskim, utrzymujący relację „jeden do jeden” do swojej oficjalnej kotwicy.
Lista uczestników konsorcjum jest pod wieloma względami szokująca. I nie chodzi tu wyłącznie o liczbę instytucji. Znajdziemy na niej m.in.:
- dominujące na rynku kart płatniczych organizacje (Visa, Mastercard, American Express, Discover),
- specjalistów od przekazów pieniężnych (Western Union, MoneyGram, Remitly),
- integratorów płatności (Adyen, Stripe),
- dostawców płatności odroczonych (Klarna, Affirm),
- giganta z rynku zarządzania aktywami, BlackRock, który ma pełnić rolę czuwającego nad rezerwami konsorcjum,
- dziesiątki banków z różnych stron świata (od BNY począwszy, przez BBVA, na Freedom Bank z Kazachstanu skończywszy),
- graczy ze świata krypto (Coinbase, OKX) i blockchain (Aave, Solana), oczywiście z wyjątkiem emitentów stablecoinów USDT i USDC (Tether, Circle).
Warto zwrócić uwagę, że pojawiają się tu podmioty, które bezpośrednio ze sobą konkurują. Dotyczy to chociażby rywalizujących blockchainów, giełd krypto, organizacji kartowych. Są na liście także firmy, które dziś tworzą infrastrukturę płatności, dla której stablecoiny mogą być zagrożeniem (Visa, Mastercard, ale też banki, agregatorzy płatności). Znajdziemy też graczy ze świata „na pograniczu”, którzy zarabiają na styku kryptowalut i oficjalnego pieniądza (Ramp, BVNK), dla których status quo jest podstawą modelu biznesowego.
Czym ma wygrać OpenUSD?
Nowy stablecoin nie przyniesie rewolucji pod względem technologii. Nowością jest natomiast struktura zarządzania i ekonomiczne fundamenty przedsięwzięcia. Po pierwsze, każdy z uczestników będzie mógł emitować i umarzać tokeny bez ograniczeń ilościowych i bez kosztów. Limitem emisji będzie tylko, co wynika z konstrukcji stablecoinów typu „jeden do jednego”, wielkość wniesionych rezerw.
Po drugie, przychody z rezerw będących podstawą emisji OpenUSD będą dzielone pomiędzy uczestników konsorcjum. Rezerwy inwestować ma wspomniany na liście założycieli fundusz BlackRock, a od zysków potrącana będzie niewielka opłata. Przypomnijmy, że zgodnie z amerykańskimi regulacjami rezerwy można inwestować tylko w płynne i bezpieczne typy aktywów. Nie wchodzi tu zatem w grę szansa na ponadprzeciętne zyski. Gigantyczna może natomiast być skala.
Po trzecie, model zarządzania oparty będzie na radzie zarządzacej (podobnie jak w przypadku konsorcjum Diem). Przy tak długiej liście uczestników ten element może okazać się piętą achillesową przedsięwzięcia. Zwłaszcza, że do ustalenia pozostają kwestie tak drażliwe jak podział zysków.
Token trafi na rynek w 2026 r.
Informacja o sformowaniu konsorcjum już zdołała wpłynąć na rynek. Ofiarą okazały się notowania emitenta stablecoina USDC, Circle. Akcje potaniały o kilkanaście procent, by powoli zyskiwać w kolejnych dniach.
Na razie, poza informacją prasową, konkretów jest niewiele. Token ma dopiero trafić na rynek, który w międzyczasie stale się poszerza. Wyzwaniem okaże się na pewno wypracowanie wspólnych zasad przez wszystkich zainteresowanych. Każdy z nich ma coś do wygrania i coś do stracenia, a nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dla niektórych dołączenie do Open Standard to bardziej efekt strachu przed wykluczeniem niż strategicznej rozwagi. Jak pokazała historia „kryptowaluty Facebooka”, tacy sojusznicy pierwsi znikają z pokładu, gdy tylko pojawią się jakieś trudności.



























































