Unia Europejska ostrzegła brytyjski rząd, że jeśli chce uniknąć barier związanych z polityką "Made in Europe", powinien podnieść cła na chińskie samochody, a najlepiej – wrócić do unii celnej – pisze w piątek "Financial Times".


"Unia celna rozwiązałaby większość problemów związanych z »Made in Europe«" – powiedział gazecie jeden z unijnych urzędników. "Rozwiązałaby też kwestię różnic w stawkach celnych, które rodzą obawy, że Chińczycy mogliby omijać nasze cła, kierując towary przez Zjednoczone Królestwo" - dodał.
Polityka "Made in Europe" - wciąż w fazie przygotowań - ma chronić producentów z UE i faworyzować ich przy przyznawaniu subsydiów i zamówień publicznych. Jednym z celów jest ochrona unijnego przemysłu przed konkurencją z Chin. Rząd w Londynie od tygodni zabiega w UE o porozumienie, które sprawiłoby, że polityka ta nie uderzy w brytyjskich producentów.
Wielka Brytania stoi przed trudnym wyborem
"Financial Times" podkreśla jednak, że Brytyjczycy stoją przed trudnym wyborem i będą musieli balansować: z jednej strony stawiając na zbliżenie z Europą, z drugiej – starając się przyciągnąć chińskie inwestycje, np. w branżę samochodową.
Anonimowy wysoki rangą brytyjski urzędnik przyznał w rozmowie z "FT", że Londyn ma dylemat.

"Trudno argumentować, że chcemy być wewnątrz Twierdzy Europa, kiedy druga strona może wskazać politykę celną, która w praktyce podkopuje wznoszone właśnie mury tej twierdzy" - podkreślił.
Lewicowy premier Andy Burnham cały czas podtrzymuje, że w stosunkach ze Wspólnotą Londyn nie przekroczy czerwonych linii, wyznaczonych jeszcze podczas negocjacji w sprawie kształtu brexitu. Po pierwsze Londyn nie wróci do unii celnej, po drugie nie stanie się znów częścią jednolitego rynku.
Londyn pomiędzy młotem a kowadłem
"Financial Times" pisze jednak, że nawet koordynacja z UE na mniejszą skalę może przynieść problemy, bo dostosowanie się do protekcjonistycznych środków handlowych UE w kluczowych sektorach, na przykład poprzez wprowadzenie takich samych ceł na chińskie samochody elektryczne, "ograniczyłoby część swobód handlowych, które Zjednoczone Królestwo uzyskało po brexicie, oraz podniosłoby ceny dla konsumentów" - ocenia dziennik.
"Czerwone linie" mają korzenie jeszcze w latach konserwatywnych rządów Theresy May i Borisa Johnsona. W zamierzeniu zabezpieczyć miały Wielka Brytanię przed tym, co krytycy określali mianem "brexitu na niby", czyli bliskiej koordynacji przepisów z Unią nawet po jej opuszczeniu. Drugą stroną medalu jest ograniczone pole manewru w negocjowaniu pobrexitowego zbliżenia gospodarczego, którego chcą laburzyści.
- Rządzącą Partię Pracy czeka debata na temat czerwonych linii i szerzej, Europy - ocenił Ian Bond, wiceszef think tanku Centre for European Reform (CER), z siedzibami w Londynie i Brukseli. - Podczas tej dyskusji nadal słychać będzie głosy, że partia nie może ryzykować i za wszelką cenę utrzymać musi poparcie wyborców z klasy robotniczej na północy kraju, którzy zerkają ku Reform UK (prawicowa, eurosceptyczna partia Nigela Farage'a – przyp. PAP). Tyle że inni odpowiedzą na to, iż sondaże sugerują, że w rzeczywistości większym zagrożeniem dla Partii Pracy jest zrażenie do siebie zdecydowanie proeuropejskiej większości własnych wyborców – powiedział PAP Ian Bond.
Z Londynu Adam Dąbrowski (PAP)
ada/ kar/





























































