Taniejące euro niczym tonący okręt ciągnie pod wodę polskiego złotego. Na dno nie chce iść za to frank szwajcarski, który w relacji do euro zbliżył się do kluczowego poziomu 1,05. Na tym limicie można spodziewać się interwencji Szwajcarskiego Banku Narodowego.


Sytuacja na światowym rynku walutowym jest dla nas wyjątkowo niekorzystna. Za sprawą „strusiej” polityki Europejskiego Banku Centralnego (tj. ignorowania inflacji przeszło dwukrotnie przewyższającej cel inflacyjny) i zmiany nastawienia amerykańskiej Rezerwy Federalnej dolar od początku listopada dynamicznie umacnia się względem euro. Chodzi o to, że Fed zaczął ograniczać program skupu obligacji (zwanego potocznie „dodrukiem pieniądza”) i według uczestników rynku „już” w czerwcu 2022 roku dokona pierwszej podwyżki stóp procentowych. Tymczasem prezes EBC Christine Lagarde woli udawać, że problem inflacji nie istnieje i w najlepsze „drukuje” miliardy euro dziennie. Więcej o sile dolara pisaliśmy w artykule zatytułowanym „Mocne sygnały z Ameryki. Dolar odjeżdża reszcie świata”.
Słabnące euro ciągnie za sobą złotego. Po pierwsze, z powodu silnego uzależnienia polskiej gospodarki od eurolandu (to tam trafia większość naszego eksportu), a po drugie dlatego, że umacniający dolar odzwierciedla odpływ kapitałów z rynków wschodzących z powrotem do USA. Tak czy inaczej, umacniający się dolar przekłada się na osłabienie złotego (także względem słabnącego euro) oraz stanowi negatywny dla Polski czynnik makroekonomiczny – bo mniej USD otrzymujemy z eksportu, a więcej płacimy za towary importowane (ropę, gaz czy elektronikę).
W rezultacie złoty jest wobec euro najsłabszy od marca. Kurs euro w czwartek wczesnym południem przekraczał 4,65 zł. Są to jedne z najwyższych notowań euro w ostatnich 12 latach. Na gruncie analizy technicznej przełamanie marcowego, 12-letniego szczytu (4,6734 zł) otwierałoby drogę ku historycznym rekordom (z marca 2004 i lutego 2009) leżących na wysokości 4,92-4,95 zł za euro.
Frank chodzi własnymi ścieżkami
Natomiast frank szwajcarski postanowił odciąć się od tonącego euro i w ostatnich miesiącach podąża za dolarem amerykańskim. Kurs USD/CHF od dekady pozostaje względnie stabilny, poruszając się w przedziale 0,87-1,03 franka za dolara. Znacznie szerszy korytarz obowiązuje w przypadku kluczowej (ze względu na wagę handlu zagranicznego Szwajcarii z krajami eurolandu) dla franka pary euro-frank.
Od kilku dni kurs EUR/CHF testuje barierę 1,05 franka za euro. W ten sposób helwecka waluta w relacji do euro jest najmocniejsza od lipca 2015 roku. Frank w stosunku do euro jest więc notowany blisko najmocniejszych poziomów w historii – z niższymi kwotowaniami kursu EUR/CHF mieliśmy do czynienia jedynie po pamiętnym „frankogeddonie” oraz tuż przed wprowadzeniem przez Szwajcarski Bank Narodowy minimalnego kursu wymiany w sierpniu 2011.
Nie jest wykluczone, że właśnie na tym poziomie można się spodziewać interwencji walutowych w wykonaniu SNB. Bank centralny Szwajcarii w ostatnich latach wielokrotnie interweniował na rynku, skupując euro za franki, aby zatrzymać zbyt silną jego zdaniem aprecjację krajowej waluty.
- Widzieliście niedawno całkiem pokaźną aprecjację franka (…) To jest coś, co w dalszym ciągu monitorujemy i będziemy monitorować - powiedziała tydzień temu Andrea Maechler, członek zarządu SNB. Maechler dodała, że frank pozostaje bezpieczną przystanią. I nie chodzi tu tylko o niepewność związaną z covidowymi restrykcjami, ale przede wszystkim z niską inflacją w samej Szwajcarii. Podczas gdy w USA inflacja CPI przekracza 6%, w strefie euro przebiła 4%, to u Helwetów wynosi zaledwie 1,2%. Oznacza to, że nawet uwzględniając najbardziej ujemne stopy procentowe na świecie (-0,75%), realna stopa procentowa dla franka (ok. -1,9%) jest i tak wyraźnie wyższa niż dla dolara (-5,74%) czy euro (-4%).
Nowa szwajcarska fala
Zatem faktycznie siła franka wynika raczej ze słabości euro i na polskim rynku jest dodatkowo potęgowana przez wręcz nadzwyczajną słabość polskiej waluty. O przyczynach takiego stanu rzeczy szerzej pisaliśmy w artykule zatytułowanym: „Słaby jak polski złoty. NBP nie widzi problemu”. Efekt jest taki, że dziś (18.11) za franka płacimy niemal rekordowe 4,43 zł. Z wyższymi notowaniami helweckiej waluty spotkaliśmy się tylko 15 stycznia 2015 roku, gdy podczas trwającego przez kilkadziesiąt minut chaosu niektóre platformy pokazywały absurdalnie wysokie notowania franka (nawet rzędu 5 zł)
Obecna fala wzrostu kursu franka jest w zasadzie kontynuacją ruchu rozpoczętego w kwietniu 2018 roku. Odnotowane wtedy lokalne minimum (3,4676 zł) było ostatnim podrygiem korekty aprecjacji franka, która zaczęła się jeszcze w sierpniu 2008 roku. Zatem przez ostatnie 3,5 roku frank podrożał o niemal złotówkę i jest już przeszło dwukrotnie droższy, niż był latem 2008 roku. Na długoterminowym wykresie widzimy długoterminowy trend aprecjacji helweckiej waluty, na który w ostatnich kwartałach nałożyła się słabość złotego będąca w znacznej mierze skutkiem takiej a nie innej polityki Narodowego Banku Polskiego.
Na krótką metę można liczyć na to, że Szwajcarzy zaczną interweniować na rynku i na jakiś zatrzymają aprecjację franka wobec euro. Nie zmieni to jednak fundamentalnych przyczyn całej sytuacji: czyli ultragołębiej polityki Europejskiego Banku Centralnego oraz kompletnie niezrozumiałych działań kierownictwa Narodowego Banku Polskiego. Fatalna komunikacja z rynkiem ze strony NBP tylko pogłębiła problemy złotego, który i tak już wcześniej ucierpiał przez zwłokę w rozpoczęciu normalizacji polityki monetarnej. Jeśli szkodząca złotemu polityka makroekonomiczna polskich władz nie ulegnie poprawie, to na dłuższą metę trudno będzie o odwrócenie trendu na parze frank-złoty.



































































