Co robi niezależny i traktujący poważnie swą funkcję bank centralny, gdy inflacja przekracza założony cel? Zwykle podnosi stopy procentowe. Ale można też inaczej – na przykład zmieniając sposób mierzenia inflacji. Taki wybieg zastosowały władze Filipin.


W lutym indeks cen dóbr konsumpcyjnych (CPI) na Filipinach wzrósł o 4,5% rdr, osiągając najwyższą roczną dynamikę od sierpnia 2014 roku. Filipińska inflacja okazała się istotnie wyższa od oczekiwań ekonomistów (4,2%) i wyraźnie wyższa niż miesiąc wcześniej (4,0% ). Mocno – z 3,9% do 4,4% - wzrosła także inflacja bazowa, czyli wskaźnik wzrostu cen bez uwzględnienia paliw, energii i żywności.
W ten sposób inflacja CPI przekroczyła przedział celu inflacyjnego Bangko Sentral ng Pilipinas wynoszący 2-4%. Jednakże filipiński bank centralny uznał, że problemu nie ma. „Podwyższona inflacja w lutym pokrywa się z naszą uaktualnioną prognozą. Pod wpływem przejściowych czynników inflacja tymczasowo przekroczy cel w 2018 roku” – zakomunikował Nestor Espenilla Jr., prezes Bangko Sentral ng Pilipinas.
Owe „przejściowe czynniki” to w znacznej mierze efekty rządowej reformy podatkowej, w ramach której zmniejszono opodatkowanie dochodów ludności, ale równocześnie podniesiono stawki podatków na samochody, paliwo, energię elektryczną, wyroby tytoniowe czy słodzone napoje. W przypadku papierosów ceny poszły w górę o ponad jedną czwartą, a puszka coca-coli podrożała o blisko 40%.
Bank centralny może oczywiście zignorować wzrost inflacji cenowej, jeśli uważa, że czynniki stojące za wzrostem cen są przejściowe i wynikają np. z podwyżki podatków. Lecz równocześnie bank centralny Filipin od prawie dwóch lat utrzymuje główną stopę procentową na rekordowo niskim poziomie 3% - a więc poniżej raportowanej inflacji CPI. Wraz ze wzrostem inflacji CPI oznacza to coraz bardziej ujemną realną stopę procentową niszczącą oszczędności Filipińczyków.
Pikanterii sprawie dodaje fakt, że po ogłoszeniu danych o wyższej od oczekiwań inflacji CPI rządowa agencja statystyczna poinformowała o zmianie sposobu kalkulacji tego wskaźnika. Zmiana ma polegać na dostosowaniu bazy porównawczej do roku 2012 zamiast obecnie stosowanego poziomu cen z roku 2006. Teoretycznie to zwyczajna, obserwowana w wielu innych agendach statystycznych modyfikacja wskaźnika. Lecz dziwnym trafem po tej „rekalibracji” filipińska inflacja CPI obniżyła się z 4,5% do 3,9% i nagle zmieściła się w celu inflacyjnym banku centralnego.
Rzecz jasna nie ma absolutnie żadnych powodów, aby wątpić w uczciwość i rzetelność filipińskich statystyków. Jednak takie zabawy z inflacją w momencie, gdy przekracza ona założony przez władze poziom, wywołują niemiłe spekulacje. To także przypomnienie, że we współczesnym świecie stopy procentowe (a więc pośrednio oprocentowanie kredytów i depozytów) ustala państwowy bank centralny w oparciu o dane płynące z państwowego urzędu statystycznego.
Sytuacja w Polsce w kilku aspektach jest podobna do stanu znanego z Filipin. My również mamy rosnącą inflację CPI (choć wciąż zdecydowanie niższą i nadal mieszczącą się w celu inflacyjnym NBP) oraz władze monetarne niechętne do podnoszenia rekordowo niskich stóp procentowych pomimo nasilającej się presji inflacyjnej w gospodarce. Oby tylko polski Główny Urząd Statystyczny nie zapadł na „chorobę filipińską”.
Filipiny nie są pierwszym (ani zapewne też nie ostatnim) przypadkiem manipulowania przez władze wskaźnikami inflacji. W ostatnich latach najgłośniejszy tego typu skandal miał miejsce w Argentynie. Tamtejszy szwindel był na tyle poważny, że nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy zagroził odebraniem Argentynie prawa głosu we władzach Funduszu. Współcześnie nikt też nie wierzy w oficjalne statystyki inflacji podawane przez władze Wenezueli, gdzie nieoficjalne szacunki mówią o wzroście cen w tempie przeszło 7 000% rocznie.
Krzysztof Kolany

































































