W UE panuje przekonanie, że Polska liczy się coraz bardziej i coraz więcej będzie od nas zależało; nie wolno nam sprawić zawodu - zaznacza w wywiadzie dla PAP europosłanka Danuta Huebner (PO), była minister ds. europejskich i pierwsza polska komisarz w UE.
"Noblesse oblige. Coraz pełniejsze poczucie odpowiedzialności za przyszłość Europy jest koniecznością" - powiedziała Huebner. Jej zdaniem dziesięć lat po wejściu do UE Polska uważana jest już nie tylko za wielkiego beneficjenta unijnych pieniędzy, ale za kraj dbający o Europę.
PAP: Od 2004 r. zajmowała się pani polityką regionalną UE, najpierw jako komisarz, a w kończącej się kadencji Parlamentu Europejskiego jako szefowa komisji rozwoju regionalnego. Jak polskie regiony poradziły sobie w UE i z funduszami strukturalnymi?
Danuta Huebner: Z wyzwaniami związanymi z mądrym inwestowaniem unijnych funduszy mieliśmy do czynienia na długo przed wejściem do UE. Polska przez 10 lat przygotowywała się do członkostwa, jeżeli liczyć ten czas od 1994 r., kiedy złożyliśmy wniosek o przyjęcie do Unii. Ale już wcześniej negocjacje układu o stowarzyszeniu z Unią uruchomiły dla nas środki europejskie. Już w latach 90. ubiegłego wieku wymusiło to na nas konieczność myślenia o tym, jakie są priorytety i strategiczne inwestycje dla kraju, regionu czy miasta. Kiedy weszliśmy do UE w 2004 r., nie byliśmy już zupełnymi nowicjuszami, ale dużym odbiorcą środków europejskich, inwestowanych od wielu lat.

Największym wyzwaniem dla polityki regionalnej jest jakość administracji publicznej. Unijne środki można dobrze wykorzystać, gdy ma się dobrą administrację. To najważniejszy czynnik i najważniejsza niedoskonałość w państwach, które nie radzą sobie z wykorzystaniem pieniędzy z UE. Polska jednak dość wcześnie przeprowadziła decentralizację państwa i reformę administracji publicznej.
To wszystko sprawiło, że Polska bardzo szybko wyrosła na państwo członkowskie, które dobrze wykorzystuje środki europejskie. Pamiętam z 2005 r. negocjacje nad wieloletnim budżetem Unii na lata 2007-2013, kiedy niektóre państwa, w szczególności przewodnicząca wówczas UE Wielka Brytania, były absolutnie przekonane, że nowi członkowie - a przede wszystkim Polska - nie wykorzystają nawet połowy przyznanych im środków. Moją ambicją jako komisarza UE było to, aby udowodnić Europie i światu, że nowe kraje UE potrafią być dobrymi inwestorami pieniędzy europejskich.
PAP: Czy inwestując unijne fundusze, nie powtarzaliśmy błędów innych krajów?
D.H.: Mieliśmy trochę szczęścia. Weszliśmy do UE, gdy były już znane doświadczenia Irlandii i krajów południowej UE, głównie Hiszpanii i Portugalii. Te dwa ostatnie kraje inwestowały unijne środki przede wszystkim w infrastrukturę, a zignorowano inwestycje w kapitał ludzki, innowacyjność i postęp technologiczny. Natomiast Irlandia była przypadkiem odwrotnym: nie inwestowała prawie wcale w infrastrukturę, ale w kapitał ludzki i nowoczesne technologie. Po pewnym czasie okazało się, że Irlandia dostrzegła, iż ma problemy z infrastrukturą transportową, ale była już krajem na tyle rozwiniętym, że takie inwestycje ze środków europejskich nie były możliwe.
Na tych przykładach nauczyliśmy się, że unijnych środków nie można wydawać jednostronnie. Wyzwaniem na wiele lat dla Polski pozostaje innowacyjność i wykorzystanie nowoczesnych technologii w gospodarce. Trzeba odejść od eksploatacji tradycyjnych źródeł wzrostu, relatywnie niskich płac. To przestaje być siłą napędzającą nasz rozwój i musimy inwestować w wiedzę, nowe technologie oraz zdolność małych i średnich przedsiębiorstw do innowacyjności. Ciągle też mamy niezaspokojone potrzeby infrastrukturalne, w tym dotyczące infrastruktury energetycznej.
PAP: Jak w ciągu minionej dekady zmienił się wizerunek Polski w UE?
D.H.: Ogromnie. Wchodziliśmy do UE w czasie, gdy żywe były pewne stereotypy, wynikające z powojennej historii. Jedną z najważniejszych zmian, jakie zdarzyły się po przystąpieniu do Unii, była zmiana stereotypu polskiej gospodarki, społeczeństwa, i stereotypu Polaka, który krążył wcześniej po Europie z 10 dolarami w kieszeni i musiał sprzedać kryształ, żeby przeżyć.
Nagle okazało się, że mamy doskonale wykształconych młodych ludzi, którzy dostawali pracę w instytucjach europejskich i firmach za granicą. Nie stawali już, tak jak moje pokolenie, na zmywaku bez względu na to, ile doktoratów się miało. Zaczęli pracować w swoich zawodach i byli ogromnie cenieni za znajomość języków, za poczucie odpowiedzialności, innowacyjne myślenie. W instytucjach europejskich pomogli wprowadzić też to, co umożliwiło transformację: przekonanie, że nie ma rzeczy niemożliwych i wszystko da się zrobić.
To zmieniło wizerunek Polski. Ale ciągle przez wiele lat byliśmy głównie odbiorcą, krajem korzystającym z unijnych transferów. Dziś jednak jesteśmy uważani za kogoś, kto dba też o Europę i pilnuje, by rosła w siłę.
PAP: Pomogło nam to wzmocnić pozycję w Unii?
D.H.: Dzięki temu łatwiej pokazywać, że mamy też własne interesy i nie na wszystko jesteśmy gotowi. Przykładem jest zmieniający się stosunek do pakietu klimatyczno-energetycznego. Przez wiele lat trzeba było przekonywać, że polityka UE w tej dziedzinie musi uwzględnić różne wyjściowe warunki w poszczególnych krajach. Udowadnialiśmy, że Polska nie jest przeciw czemuś, co jest ważne dla Europy, tylko chce, żeby wziąć pod uwagę jej specyfikę. Kiedyś zostałoby to ignorowane, ale w tej chwili zaczyna się tego słuchać. Zmieniła się pozycja Polski w UE. To zasługa polityków, ale i tych Polaków, którzy krążą po Europie, dają świadectwo Polski zupełnie innej niż ta sprzed 20 laty. Szczególnie młode pokolenie jest dobrą marką Polski.
PAP: Czy ma pani poczucie, że politycy ze "starej Unii" nadal nieco protekcjonalnie traktują swoich kolegów z nowych państw?
D.H.: Czasem się to zdarza, ale coraz rzadziej. Generalnie słucha się nas, bierze się pod uwagę nasze interesy. Ja cały czas byłam na froncie walki o otwarcie reform strefy euro, jak np. unia bankowa, na kraje spoza euro. Po rundach negocjacji sprawozdawca zdawał mi relację. Wcześniej byłoby to rzeczą niespotykaną, aby pytano nas o zdanie, które rozwiązanie jest dla nas lepsze. Panuje przekonanie, że Polska liczy się coraz bardziej i coraz więcej będzie zależało od Polski. Teraz jednak nie wolno nam zawieść. Noblesse oblige. Coraz pełniejsze poczucie odpowiedzialności za przyszłość Europy jest koniecznością.
PAP: Czy oczekuje się też od nas możliwie szybkiego przyjęcia euro?
D.H.: Przyjęcie euro jest wydarzeniem, do którego trzeba być dobrze przygotowanym i wszyscy wiedzą, że nie może być to polityczna decyzja. Nie chodzi o to, iż Polska jest zmęczona integracją i nie ma ochoty na euro. Z różnych powodów potrzebuje jednak trochę czasu, by się przygotować. Na pewno jednak oczekuje się od nas coraz częściej potwierdzenia, że się szykujemy. Nie chodzi nawet o wyznaczenie daty, ale o to, by nie powtarzać, że czekamy, aż strefa euro się naprawi, a potem zobaczymy. To nie jest dobre podejście. Dla strefy euro ważne jest, że Polska pracuje nad przygotowaniem do przyjęcia wspólnej waluty i poważnie traktuje swoje zobowiązanie.
PAP: Dlaczego tak czeka się w strefie euro na Polskę, a przystąpienie innych krajów nowych krajów UE jest traktowane z większą obojętnością?
D.H.: Wejście Polski, która jest dużym krajem, do strefy euro będzie wielkim wydarzeniem nie tylko gospodarczym, ale i politycznym. Siła euro zależy nie tylko od tego, by wszyscy się mieli dobrze gospodarczo, ale też od wagi politycznej państw należących do strefy wspólnej waluty. Polska gospodarka uważana jest za taką, która ma ogromny potencjał. Euro jest wielką szansą na przyśpieszenie wykorzystania tego potencjału rozwojowego, bo zwiększa atrakcyjność Polski dla inwestorów. Bezpieczeństwo na rynkach finansowych, które wejście do euro może dać, jest bardzo ważne. Pamiętajmy, że z grupy rozszerzenia 2004 r. do strefy euro nie weszli jeszcze jedynie Czesi, Węgrzy i my.
Rozmawiała w Brukseli Anna Widzyk (PAP)
awi/ kot/ eaw/ bk/



























































