Ceny, także piwa pójdą w górę, godziny otwarcia skrócone, a personel dotkną zwolnienia. "Rezerwy finansowe są na wyczerpaniu" - tak sytuację branży hotelarskiej i gastronomicznej określa Ian Dunstall, dyrektor Upham Inns, sieci barów na południu Anglii. Brytyjskie puby dobił szok energetyczny, jaki światu zafundował Donald Trump z Benjaminem Netanjahu.


To potrójny cios dla brytyjskich symboli - rosnące ceny ropy i gazu zbiegły się w czasie z podwyżkami płacy minimalnej i podatków od nieruchomości komercyjnych. Część pubów została objęta pakietem pomocowym (15 proc. zniżki), który ma na celu złagodzić skutki obciążeń fiskalnych. To jednak nie wystarcza: zgodnie z wyliczeniami UKHospitality, które cytuje "Financial Times", średnia nieruchomość z branży hotelarskiej i gastronomicznej musi liczyć się w tym roku ze wzrostem rachunków o 3126 funtów, czyli 15 procent.
Geopolityka i rosnące koszty wykańczają brytyjskie puby
Z największymi problemami borykają się bary, które nie są podłączone do sieci energetycznej, a co za tym idzie - muszą napełniać zbiorniki olejem opałowym na bieżąco. Cena obecnie poszybowała w górę dwukrotnie, a to przekłada się na wzrost tygodniowych kosztów o dodatkowe 500 funtów.
Z kolei te, które mają umowy na dostawy, będą musiały je odnowić. Jeśli ten moment zbiegnie się z niekorzystną sytuacją na Bliskim Wschodzie, o co obecnie nietrudno, rachunki mogą wzrosnąć nawet o kilka tysięcy funtów rocznie.
Ofgem, organ regulacyjny ds. energii, zwrócił się do dostawców i pośredników z przypomnieniem, aby „traktowali swoich klientów uczciwie”, ale Kate Nicholls, przewodnicząca UK Hospitality, przewidziała, że sektor ten może „pędzić w kierunku kolejnego kryzysu energetycznego”.

Przeczytaj także
Albo drogie piwo, albo krótsze godziny pracy i zwolnienia
Jak na razie branża wzbrania się przed radykalnym podnoszeniem cen. Klienci i tak już ograniczają jedzenie i picie poza domem, gdyż zmagają się z taką samą presją finansową, co przedsiębiorcy. Przykładem są choćby ceny Guinnessa, by po uwzględnieniu wszystkich marż jego sprzedaż przynosiła pubowi zysk, musiałby kosztować ponad 8 funtów [obecnie cena kufla w Londynie waha się pomiędzy 5 a 6 funtami]. - Ludzie po prostu przestaną przychodzić - wyjaśnia Nick Evans, właściciel hotelu, w którym znajduje się także pub w Oxfordshire o nazwie "Old Crown Coaching Inn", która pamięta XVII wiek.
Zaczyna to wyglądać na niekończący się kryzys - powiedział David Roberts, specjalista ds. sektora hotelarskiego w kancelarii prawnej CMS.
Ostatni gwóźdź do trumny branży
Do tego dochodzi podwyżka płacy minimalnej i składek na ubezpieczenie społeczne płacone przez brytyjskich pracodawców, przezywane "podatkiem od miejsc pracy". To z kolei prowadzi do niechęci przy zatrudnianiu młodych pracowników bez doświadczenia, skoro za 1 funta więcej można mieć osobę, której nie trzeba długo szkolić. Szerzej o tym w artykule: Brytyjska Partia (nie)Pracy oskarżana o stworzenie "pokolenia na śmietniku".
Każda pozycja po stronie kosztów i podatków rośnie, często z powodów niezależnych nawet od Londynu. Jak mówią właściciele, europejscy koledzy po fachu także zmagają się z podobnymi problemami, ale ich obciążenia są w sumie mniejsze niż nasze.
. - Nasze puby, restauracje, kawiarnie i hotele nie są w stanie ponosić dalszych kosztów, więc podwyżki zostaną po prostu przeniesione na konsumentów, napędzając inflację i uderzając w miejsca pracy – mówi Kate Nicholls, przewodnicząca UK Hospitality, cytowana przez "Guardiana". - - Dla niektórych będzie to ostatni gwóźdź do trumny i będą musieli zamknąć działalność na dobre, tak jak wielu przed nimi w ostatnim czasie - dodaje.
opr. aw
































































