13 stycznia rozpoczął się w Krakowie proces dotyczący umowy kredytu mieszkaniowego we frankach zaciągniętego w Raiffeisen Banku. Zmagania kredytobiorcy, Tomasza Sadlika, będą z uwagą obserwować nie tylko wszyscy, którzy skorzystali z podobnej oferty, ale również bankowcy i prawnicy. Sprawa jest tym bardziej interesująca, że wokół skarżącego skupiło się grono osób, które uważają się za ofiary polskiego systemu bankowego.
Prowadzony przed sądem spór nie ma precedensu. Kredytobiorca twierdzi, że został wprowadzony w błąd przez pracownika banku. Kredyt na 230 tys. franków szwajcarskich miał być bezpieczny. Tymczasem wkrótce wysokość raty wzrosła znacząco, a dług wyrażony w złotych zwiększył się niemal dwukrotnie. Zbieg wielu okoliczności spowodował, że kredytobiorca popadł w finansowe kłopoty, a bank zaczął upominać się o nieruchomość będącą zabezpieczeniem.
"Rozliczenie do zera"
Kredytobiorca twierdzi, że nie był świadomy, iż zobowiązanie będzie podlegać tak dużym fluktuacjom. Jego zdaniem doradca bankowy zapewniał, że raty nie zmienią się znacząco, a frank szwajcarski jest walutą stabilną. Głównym punktem spornym jest zatem kwestia ryzyka walutowego i niewystarczającej ilości informacji przekazywanych klientom.

W wypowiedzi dla Bankier.pl Tomasz Sadlik twierdzi, że najbardziej satysfakcjonującym dla niego wynikiem procesu byłoby rozliczenie kredytu do zera - przejęcie przez bank nieruchomości i zaliczenie wpłaconych do tej pory środków jako odsetek. Oczekuje również przeprosin ze strony banku. W tak pomyślne rozwiązanie trudno jednak wierzyć - dzisiejsza wartość nieruchomości jest mniejsza niż wysokość długu wyrażonego w złotych.
A gdyby frank był słaby?
Kredyty walutowe przez pewien czas były znacznie korzystniejsze niż zobowiązania w złotych. Kwestia niedostatecznego informowania o ryzyku walutowym nie zaprzątała wówczas uwagi klientów. Zapytany o to, czy gotów byłby pozwać bank również wtedy, gdyby złoty gwałtownie się wzmocnił (obniżając kwotę długu), Tomasz Sadlik zaprzecza. "Wówczas zgodnie z zapewnieniami banku, moja rata kredytu i zobowiązania pozostałaby na obiecanym niskim i akceptowalnym poziomie ()
nie miałbym problemów ze spłatą, nie byłoby powodu do pozwu" - mówi kredytobiorca.
Zdaniem pozywającego Raiffeisen Bank powody do niezadowolenia mają także osoby, które zaciągnęły kredyty w złotych. Twierdzi on, że banki manipulowały WIBOR-em oraz pośrednio stopami procentowymi. "Kredytobiorcy w złotych powinni więc najpierw żądać zbadania tych manipulacji i ich wpływu na koszt ich kredytu" - mówi Sadlik. Jest on także autorem kilku artykułów, w których rozwija wątek zmowy banków jako genezy popularności zobowiązań walutowych.
Kontrowersji nie zabraknie
Poglądy kredytobiorcy pozywającego bank bez wątpienia można nazwać kontrowersyjnymi. Czarno-biały obraz sytuacji, w której krwiożercze zagraniczne banki z premedytacją manipulują rynkiem, by wepchnąć kredytobiorców w finansową pułapkę na pewno znajdzie swoich zwolenników. Warto jednak oddzielić ten wątek od rzeczywistej istoty sporu - praktyk informacyjnych banków oferujących niegdyś kredyty we frankach.
Jak wynika z przeprowadzonego przez Bankier.pl badania kredytobiorców, spora grupa spłacających dziś zobowiązania walutowe twierdzi, że nie otrzymała odpowiedniego ostrzeżenia. Co czwarty z respondentów wskazywał również, że istotną rolę w wyborze odegrała rekomendacja doradcy. Udowodnienie, co stara się zrobić Tomasz Sadlik, że zostało się wprowadzonym w błąd co do istotnych elementów umowy, będzie dzisiaj bardzo trudne. Nie sprzyja temu również fakt, że kredytobiorcy podpisywali oświadczenia potwierdzające zapoznanie się z informacjami o ryzyku walutowym. Jest jednak szansa, że sąd rozstrzygnie sprawę po myśli niezadowolonych frankowców. Może to otworzyć drogę do kolejnych pozwów, łącznie z pozwami zbiorowymi. Dlatego warto uważnie śledzić to, co będzie się dziać przed krakowskim sądem.
Michał Kisiel, analityk Bankier.pl
































































