W ostatnich tygodniach ekonomiści częściej zastanawiają się nad tym, co się dzieje na rynku pracy. Przez kilka lat narracja była prosta – popyt na pracę rośnie, wynagrodzenia przyspieszają, bezrobocie spada.


Po słabych danych z rynku pracy w miesiącach letnich pojawiło się sporo wątpliwości co do kontynuacji tych trendów. Zatrudnienie latem spadło, wynagrodzenia zwolniły. Jedni twierdzą, że to sygnały nadchodzącego spowolnienia gospodarki, inni że raczej efekt ograniczeń podażowych.
Wyniki comiesięcznej ankiety GUS-u wśród firm pokazują, że popyt na pracę wciąż jest silny. We wszystkich branżach wskaźnik prognoz zatrudnienia jest powyżej długookresowej średniej, a w wielu branżach – m.in. handlu, transporcie, budownictwie – wskaźnik ten nawet wzrósł w październiku. Oznacza to, że więcej firm chce zatrudniać niż zwalniać pracowników. In minus wyróżnia się przetwórstwo przemysłowe, gdzie wskaźnik prognoz zatrudnienia bardzo wyraźnie się obniżył w ostatnich miesiącach.
Wniosek jest taki, że do Polski dociera spowolnienie przemysłowe z Europy Zachodniej, ale na razie nie przekłada się ono wyraźnie relacjami wtórnymi na inne branże. Pogorszenie wskaźników rynku pracy, jak zatrudnienie i wynagrodzenia, może być częściowo reakcją na słabszy popyt w przemyśle, a częściowo rezultatem ograniczeń podażowych.
Wciąż brakuje sygnałów, które pozwoliłyby wieszczyć coś więcej niż normalizację wzrostu gospodarczego w Polsce, czyli spowolnienie z 5 do 3-4 proc.

Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.































































