Patrząc na skalę gospodarek Stanów Zjednoczonych i eurolandu, a także globalnego znaczenia euro i dolara, kurs EUR/USD powinien być oazą spokoju i przewidywalności. Tak jednak nie jest, ponieważ dzikie harce spekulacyjnego kapitału rzucają tym rynkiem niczym mało płynną spółką z indeksu sWIG80. Niespełna rok temu euro kosztowało 1,51 dolara zaś analitycy prześcigali się w prognozach rzędu 1,60 i wyżej. Jednakże kryzys w Grecji, który później rozszerzył się na wszystkie „peryferyjne” kraje strefy euro, uświadomił inwestorom ryzyko drzemiące w EMU. W kryzysowej sytuacji pogrzebany już amerykański dolar okazał się mniejszym złem niż euro. Notowania eurodolara spadły więc do 1,1876 USD, wyznaczając najniższy poziom od czterech lat i notując bezprecedensową zniżkę o 21% w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy.
Źródło: Bankier.pl
Kto rządzi rynkiem walutowym?
Choć przecena euro wydawała się fundamentalnie uzasadniona, to jej głównym motorem byli tzw. duzi spekulanci. „Grube ryby” po prostu postanowiły zagrać na spadek wartości euro względem dolara, do czego sprawa Grecji okazała się świetnym pretekstem i pozwoliła choć na chwilę zapomnieć o problemach Stanów Zjednoczonych. Rynek ochłonął latem, gdy masowe zamykanie krótkich pozycji doprowadziło do technicznego odbicia: kurs EUR/USD w ciągu dwóch miesięcy podskoczył o 12%. W tym czasie spekulacyjnie nastawieni gracze z Chicago zdołali zamknąć niemal wszystkie krótkie pozycje otwarte na parze euro-dolar.
W tym momencie wydawało się, że wracamy do trendu aprecjacji dolara, który umacniał się pod wpływem obaw o nawrót recesji w Stanach Zjednoczonych. Amerykańscy inwestorzy, widząc na horyzoncie ciężkie czasy, woleli ulokować kapitał w ich mniemaniu bezpiecznych amerykańskich papierach skarbowych. I wtedy do gry włączył się Fed, „zaskakując” rynki pomysłem wznowienia dodruku pieniądza. Dolar zaczął momentalnie tracić względem wszystkiego, co przedstawia jakąkolwiek wartość, w tym także w stosunku do euro. A nasi spekulanci błyskawicznie odwrócili pozycje.
Z danych amerykańskiego nadzoru wiemy, że od początku września duzi i spekulacyjnie nastawieni uczestnicy rynku kupili 23.756 kontraktów, zwiększając liczbę długich pozycji o 46,5%. W tym samym czasie zamknęli aż 63,3% pozycji krótkich, odkupując 48.561 kontraktów opiewających na 125.000 euro każdy. Ten nagły zwrot sprawił, że tzw. długa pozycja netto w tej kategorii inwestorów sięgnęła 48,2 tysięcy kontraktów, co jest wynikiem nienotowanym od listopada 2009 roku. Wówczas tak duża ekspozycja spekulantów stanowiła sygnał ostrzegający przed wykupieniem rynku i odwróceniem trendu.
Czy tym razem będzie inaczej?
Na pierwszy rzut oka przed dolarem nie widać przyszłości. Fed zapewne dodrukuje jakieś 500-1200 miliardów „zielonych”, wydatnie powiększając bazę monetarną i rozwadniając wartość amerykańskiego pieniądza. Rząd Stanów Zjednoczonych zadłuża się w tempie osiąganym jedynie przez Grecję, a deficyt handlowy powrócił już do przedkryzysowych rozmiarów. Z fundamentalnego punktu widzenia dolar jest więc martwy i utrzymuje jakąkolwiek wartość chyba tylko siłą przyzwyczajenia.
Jednakże gra na eurodolarze jest tylko wyborem pomiędzy dwoma kawałkami zadrukowanego papieru, z których każdy systematycznie traci na wartości. Pytanie brzmi: który z nich w perspektywie kilku miesięcy tracić będzie szybciej? Redukcja siły nabywczej dolara, inaczej niż zimą 2009 roku wydaje się być w pełni zdyskontowana przez rynki. Równocześnie inwestorzy wydają się nie doceniać problemów fiskalnych Irlandii i Portugalii, ale także Belgii, Włoch i Francji. A to wszystko dzieje się w warunkach sztucznie zaniżonych, niemal zerowych stóp procentowych, co dodatkowo utrudnia racjonalną kalkulację opłacalności inwestycji. W takim otoczeniu nagłe odwrócenie pozycji przez zawodowych spekulantów dostarcza dodatkowych wątpliwości. Jeśli uznamy, że korekta wzrostów z lat 2002-08 nie zakończyła się w lipcu, to otrzymujemy jednoznaczny sygnał sprzedaży euro i ostrzeżenie przed (ostatnim?) rajdem dolara. Jeśli zaś uważamy nowy trend deprecjacji USD za rozpoczęty, to nagłą jednomyślność „grubych ryb” powinniśmy potraktować jako sygnał ostrzegawczy przed spadkową korektą na najważniejszej parze walutowej świata.
Krzysztof Kolany
analityk Bankier.pl
Zobacz też:
» Wojny walutowe: Fed kontratakuje
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów
» Złoto: czas na korektę?
» Wojny walutowe: Fed kontratakuje
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów
» Złoto: czas na korektę?






























































