Churchill uważał, że dobry ekonomista powinien być w stanie przewidzieć, co się stanie za tydzień, za miesiąc i za rok, a potem umieć wyjaśnić, dlaczego tak się nie stało. Sytuacja ekonomistów praktykujących, a takimi są aktywni inwestorzy, jest znacznie trudniejsza, ponieważ za każdym naszym poglądem kryją się realne pieniądze, na których albo zarabiamy, albo tracimy.
Co przyniesie rok 2007? Wydaje mi się (to odpowiednie słowo, bo pewności nie ma nikt – o czym wiedzą ci wszyscy, którzy w swoim życiu inwestycyjnym zebrali już trochę doświadczeń), że jakąś zapowiedzią tego, czego możemy się spodziewać, jest to, co działo się w roku 2006. Majowo-lipcowa korekta na rynkach akcyjnych krajów rozwijających się, znaczące spadki cenowe na amerykańskim rynku nieruchomości mieszkaniowych, załamanie trendów wzrostowych na kilku kluczowych rynkach surowcowych czy też pierwsze od pewnego czasu wyraźne osłabienie dolara amerykańskiego pod koniec roku – wszystko to powinno być przez nas potraktowane jako pewnego rodzaju sygnały ostrzegawcze.
Świat inwestycyjny coraz wyraźniej dzieli się na dwa mocno się ze sobą spierające obozy. Argumenty przytaczane przez inwestycyjnych pesymistów to przede wszystkim: zdecydowany brak balansu w globalnej ekonomii (z najbardziej widocznym tego przejawem – rosnącym zadłużeniem USA w stosunku do reszty świata, w tym wielu krajów rozwijających się), nadwyżka płynności monetarnej nad potrzebami realnej ekonomii (prowadząca m.in. do powstania baniek cenowych na wielu rynkach inwestycyjnych), obecny kształt krzywej rentowności na obligacjach rządowych w Ameryce oraz w Europie (co zwykle zwiastuje koniec dobrej koniunktury) oraz zbyt duże uzależnienie światowej ekonomii od prywatnej konsumpcji w Stanach Zjednoczonych, opartej na nadmiernym kredycie.
Inwestycyjni optymiści – którzy nadal dominują na większości rynków inwestycyjnych – uważają, że dzięki globalizacji i bardziej proaktywnej polityce monetarnej inflacja nie jest problemem, zaś skoro rynkowi obligacji nie grozi konieczność dalszych podwyżek stóp procentowych, to obecny rekordowy poziom cen na rynkach akcyjnych jest w pełni uzasadniony (zwłaszcza biorąc pod uwagę bardzo wysoką zyskowność spółek publicznych). Ich zdaniem, wszelkie obserwowane anomalie makroekonomiczne są jedynie zdrowym odzwierciedleniem głębokich strukturalnych przemian zachodzących w światowej ekonomii, która nadal nie zatraciła swoich samoregulujących się mechanizmów. Wniosek? Wiatr inwestycyjny, wywołany i podtrzymywany przez wiele nakładających się na siebie trendów makro (narastająca urbanizacja, konieczność dalszych wydatków na infrastrukturę, rosnąca efektywność kapitału i procesów produkcyjnych, silny wzrost globalnej klasy średniej czy zwiększający się światowy apetyt na konsumpcję), nadal wieje nam mocno w plecy.
Świadomość narastającego sporu o poziom i charakter podejmowanego przez nas dzisiaj ryzyka inwestycyjnego skłania do przekonania, że być może najlepsze jest już za nami. Pojawia się więc konieczność zaakceptowania możliwej narastającej nerwowości rynku, a najlepszym antidotum na obecny brak pełnego komfortu wśród inwestorów wydaje się być stara poczciwa dywersyfikacja, wsparta aktywnym poszukiwaniem bezpieczniejszych i alternatywnych okazji inwestycyjnych.
Co to oznacza w praktyce? Jeżeli obligacje, to chyba niezbyt wysokiego ryzyka i na pewno krótkoterminowe. Jeśli akcje, to te bardziej rozsądnie wyceniane i oferujące rzeczywiście atrakcyjne możliwości inwestycyjne. A gdy nieruchomości, to raczej ziemia rolnicza w Argentynie, kamienice w Berlinie czy luksusowe wioski rekreacyjne pod Moskwą, a nie drogie biurowce w dużych miastach państw rozwiniętych. Surowce? Na pewno tak, lecz głównie w oparciu o strategie neutralne i wiarygodne pomysły na dostęp do mniejszych i gorzej rozpoznanych źródeł. Fundusze hedgingowe pewnie wrócą do łask inwestorów, ale raczej te bardziej niszowe, mniej skorelowane z głównymi grupami aktywów i poparte prawdziwym talentem inwestycyjnym, gotowym na mniej tradycyjne podejście do rynku. Atrakcyjne mogą się też okazać udziały w ciekawych i opłacalnych spółkach prywatnych, które uniknęły zbyt wysokiej wyceny. Rynek walutowy może należeć do Azji i kilku mniejszych, zrównoważonych ekonomii (jak np. Szwecja).
Na pewno wiemy jedno: wiemy niewiele. Dlatego życzę polskim inwestorom zdrowego rozsądku, trzymania emocji na wodzy, gotowości na dywersyfikację oraz... szczęśliwej ręki – tego nigdy za wiele!
Włodzimierz Bogucki, doradca na rynkach inwestycyjnych,
Z globalną bankowością prywatną jest związany od blisko 20 lat. Pracował w Szwecji, RPA i Szwajcarii, gdzie był m.in. dyrektorem Citigroup Private Bank, odpowiedzialnym za Europę Środkowo-Wschodnią. Od niedawna prowadzi w Genewie firmę Vindigo Capital Partners, specjalizującą się m.in. w zarządzaniu globalnymi portfelami klientów indywidualnych.































































