Dlaczego Polacy zarabiają mniej od Niemców? Jak miasta chcą sobie poradzić z rosnącym zadłużeniem? Czy faktycznie państwo to najlepszy pracodawca? O tym wszystkim w kolejnym artykule z cyklu Tydzień w Biznesie.
Wskaźnik wydajności pracy w Polsce od 2010 roku wzrósł o 3,3%. Chociaż wciąż wynosi on 66% średniej UE, to cieszy fakt, że stale rośnie. Polacy pracują dużo – średnio 1940 godzin rocznie. Ale zarabiamy mało – w Niemczech wydajność pracy jest prawie dwa razy większa, a zarobki aż pięciokrotnie wyższe. Czy kiedykolwiek uda nam się dogonić naszego zachodniego sąsiada i czy w ogóle opłaca nam się zwiększać wydajność pracy?
OECD za wskaźnik wydajności pracy w poszczególnych państwach przyjęła wartość PKB na godzinę pracy. Przy takim założeniu okazuje się, że jesteśmy jednym z najmniej produktywnych narodów w Europie. Dzieje się tak, ponieważ wartość wytworzonych w Polsce dóbr i usług jest dużo niższa niż w bogatych krajach zachodnich.
Pracodawcy RP podkreślają, że wydajność pracy w Polsce systematycznie wzrasta, ale nie dzięki temu, że pracujemy więcej, tylko dlatego, że używamy coraz lepszych technologii i produkujemy coraz droższe rzeczy. Na razie wydajność pracy w Polsce wynosi 66,7% średniej UE. Dla porównania w Niemczech jest to 111% średniej UE, a w Rumunii 49%. Z danych OECD wynika, że jedna roboczogodzina pracy w Polsce warta jest 40 zł – tyle samo co w Estonii, ale dwa razy mniej niż w Grecji. W Niemczech w roboczogodzinę produkuje się towary lub usługi o wartości 40 euro – o 10 euro więcej niż 20 lat temu. Wartość dóbr i usług wytworzonych w Polsce w roboczogodzinę wzrosła dwukrotnie od 1993 roku.
Można odnieść wrażenie, że wynagrodzenia w Polsce są mocno niedowartościowane. Gdyby powiązano je z wydajnością, to przeciętnie Polak powinien zarabiać 1400 euro miesięcznie, czyli ponad 5,7 tys. zł. Naturalnie jest to uproszczenie, ale daje dużo do myślenia. Więcej na ten temat w artykule Czy Polacy pracują niewydajnie?
Czy samorządy podniosą podatki?
Zobowiązania jednostek samorządu terytorialnego wynoszą ok. 4% PKB. Średnia w UE jest o 1 pp niższa. Średnie zadłużenie samorządów powoli zbliża się do 30% ich dochodów. Łączny deficyt wynosi ok. 14 mld zł. Najbardziej zadłużone miasta w Polsce osiągnęły lub zbliżają się do ustawowego limitu 60%. We wszystkich miastach wojewódzkich zadłużenie przekracza 40%. Do najbardziej zadłużonych należą Wrocław, Toruń i Kraków.
Chociaż deficyt sektora samorządowego jest mniejszy niż centralny, to stanowi on duże zagrożenie dla płynności finansowej samorządów. Przede wszystkim w budżetach muszą uwzględniać coraz wyższe kwoty na obsługę długu. Politycy samorządowi rzadko kiedy kierują się rachunkiem ekonomicznym – dopuszczalny 60% limit pozostawia im możliwość zadłużania się i inwestowania środków w obiecane wyborcom przedsięwzięcia. Ich zyskowność może nie mieć znaczenia.
Samorządy mają otrzymać prawo do nakładania nowych podatków lokalnych. Rady gmin czy powiatów obecnie nie mogą swobodnie ustalać rodzaju opłat. Regulują jedynie ich wysokość w z góry ustalonych ramach. Ma się to zmienić. Rady będą mogły na mocy uchwały wprowadzić podatki o charakterze lokalnym.Oprócz słynnego podatku od deszczu, czyli opłaty od ścieków opadowych i roztopowych odprowadzanych do miejskiej kanalizacji deszczowej, można wprowadzić np. podatek od nasłonecznienia. Wszak nie od dziś wiadomo, że gdy mamy piękną pogodę, to ludzie są bardziej radośni, chętniej wychodzą do miejskich parków, a kierowcy szybciej jeżdżą samochodem. Więcej na ten temat w artykule Miasta chcą budżety łatać pieniędzmi mieszkańców.
Państwo to najlepszy pracodawca
Obecnie w Polsce mamy 430 tys. urzędników. Łącznie w sektorze państwowym pracuje ok. 3 mln osób. Są to pracownicy urzędów samorządowych i centralnych, nauczyciele, policjanci i celnicy. Do tego dochodzą zatrudnieni w państwowych firmach, organizacjach, itp. Innymi słowy, na 16 mln pracujących, ponad 18% ludzi czerpie dochody z sektora publicznego, a prawie 3% wszystkich zatrudnionych stanowią urzędnicy. Z budżetu wynika, że w 2012 roku na wynagrodzenia urzędników wydamy 24,2 mld zł, z tego 2 mld zł na nagrody. 
Pensje w budżetówce są różne. Płace w firmach państwowych są średnio o 10% wyższe niż w prywatnych. Wysokość wynagrodzenia zależy od stażu, urzędu i stanowiska. Statystyka pokazuje, że średnie pensje w urzędach są wyższe niż wynosi przeciętna krajowa. Jednak dane te zawyżają prawdziwe urzędnicze tuzy – prezydent miasta zarobi ponad 100 tys. zł brutto rocznie, a referent w urzędzie skarbowym może liczyć na ok. 1,9 tys. zł brutto, czyli 22,8 tys. zł brutto rocznie.
Bankier.pl


























































