TVP postawiła nam do wyboru dwie „kandydatki na premiera”. Obie Panie udowodniły, że nie nadają się na to stanowisko i że są sterowane przez speców od politycznego marketingu. Poziom samej „debaty” momentami spadał poniżej wszelkiej krytyki.
To było 65 minut ogólników, gry na emocjach i piarowskich sztuczek, którymi szermowały obie kandydatki. Premier Ewa Kopacz straszyła lustracją przedsiębiorców, państwem wyznaniowym i zapaścią systemu emerytalnego, jeśliby opozycja „dorwała się do władzy”. Poseł Beata Szydło przypominała afery obecnej władzy i na każdym kroku odwoływała się do potrzeb i problemów „zwykłych ludzi”. Liczb, faktów i konkretów było jak na lekarstwo.
Gospodarka, głupcze!
Obie panie wzorem Billa Clintona sprzed ponad 20 lat usiłowały koncentrować się na kwestiach gospodarczych. I obie pozostawały na poziomie ogólników, haseł i pustych obietnic. Konkretów było niewiele, mimo że tym razem dziennikarze przygotowali naprawdę niezłe pytania. „Jak sfinansować obietnice wyborcze? Ile one będą kosztowały?” - tak brzmiało otwarcie debaty.
Żadna z kandydatek nie udzieliła odpowiedzi na te kluczowe pytania. Ciut bardziej konkretna była pani Beata Szydło, która jednym tchem wymieniła główne wabiki Prawa i Sprawiedliwości: obniżka stawki podatku od przedsiębiorstw (CIT) z 19% do 15%, 500 zł/m-c „na dziecko” i zmiany w VAT utrudniające wyłudzenia tego podatku. Odnotujmy, że nie wspomniała o powrocie do „starego” wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn), co było jednym z głównych haseł kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy prowadzonej przez… Beatę Szydło.
Pani premier Ewa Kopacz obiecała „wyższe płace i silną gospodarkę”. Szermowanie hasłem „stabilnych finansów publicznych” przez szefową partii, która podwoiła dług publiczny aż prosiło się o kontrę ze strony oponentki, ale ta nie wykorzystała tak znakomitej okazji. Premier Kopacz oferowała „to, co realne i możliwe”, czyli propozycję jednolitego podatku od płac (choć nikt nie pokazał kluczowych parametrów, czyli progów i stawek), na co „wyasygnujemy z budżetu państwa” 10 miliardów złotych (chodziło pewnie o to, że państwo o tyle mniej zabierze uczciwie pracującym obywatelom).

Dopełnieniem była zapowiedź likwidacji kilkuset tysięcy miejsc pracy, jakie obecnie funkcjonują dzięki niżej opodatkowanym umowom cywilno-prawnym. Zamiast elastycznych form zatrudnienia każdy otrzyma (albo i nie) „jednolity kontrakt” obłożony jednolitym podatkiem.
„Socjalizm totalitarny zmienił się w koncesyjno-etatystyczny”*
Po 15 latach diagnoza pana Kazimierza Staszewskiego stała się jeszcze bardziej realna. Przedstawicielki dwóch najpopularniejszych partii politycznych proponują zasadniczo ten sam kierunek: więcej państwa w gospodarce, wyższy dług publiczny, większy „socjał” i „bezpieczeństwo”. Różnią się jedynie w detalach.
I tak pani Szydło oprócz wydawania po 500 zł/m-c na prawie każde dziecko chciałaby wprowadzić „Narodowy Program Zatrudnienia” i „darmowe” (?!) leki dla osób po 75. roku życia. Pani Kopacz chce walczyć z „umowami śmieciowymi” stanowiącymi ostatnią rysę na idealnej i szybko rozwijającej się polskiej gospodarce. Obie Panie chcą dyktować płace, podnosząc minimalną stawkę godzinową do 12 zł w myśl starej zasady: „czy się stoi, czy się leży, n tysięcy się należy”.
Przeczytaj także
Z tą różnicą, że stanowiska w półmilionowej armii urzędników i w spółkach Skarbu Państwa zajmować będą działacze PiS albo PO. Na pytanie „jak przekonać 25-latka, że nie ma sensu opuszczać kraju” obie panie obiecały osiągnięcie „takiego samego poziomu życia jak na Zachodzie”.
W cztery lata?! Serio? Przecież nawet najgłupszy wyborca zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Ale jednak! „Płace będą rosły i będziecie zarabiać tak, jak wasi rówieśnicy na Zachodzie” - zapewniła pani premier Ewa Kopacz. „Osiągniecie taki sam poziom życia jak na Zachodzie” - wtórowała jej pani poseł Beata Szydło. W tym momencie część widzów mogła pomyśleć, że to jakiś nowy program satyryczny. Tyle że mało śmieszny.
To nie była debata
Wymiana argumentów popartych faktami pojawiła się tylko na chwilę. Pani Beata Szydło przypomniała, że „procedura nadmiernego deficytu została nałożona w 2009 roku i została zdjęta tylko dlatego, że zabraliście pieniądze z OFE” - to mogła być dobra pointa całych rządów PO, ale kandydatka PiS-u wyrzuciła asa na blotkę. Urzędująca pani premier usiłowała kontratakować wypominając oponentce, że obietnice jej partii mają rzekomo kosztować „50 mld złotych”. Szkoda, że na tym poprzestała, bo straciliśmy szanse na ciekawą dyskusję.
To były krótkie przebłyski, gdy kandydatki na urząd premiera Rzeczypospolitej usiłowały się trzymać liczb i faktów. Znacznie lepiej szło im bujanie w obłokach PR-u i okładanie przeciwniczki zarzutami prostymi niczym konstrukcja cepa. Ucieczka od trudnych i konkretnych pytań cechowała zarówno panią Kopacz jak i panią Szydło. Momentami obie panie nie były w stanie ukryć swej niekompetencji w aspektach krytycznie ważnych dla państwa i jego obywateli. Oprócz kwestii gospodarczych tak samo było w przypadku spraw obronności czy polityki zagranicznej.
Kompromitująco prezentowały się wypowiedzi, gdy padło pytanie o wskazanie najważniejszych procesów, z którymi jako premier RP musiałaby się zmierzyć w nadchodzącej kadencji. Pani poseł Szydło była w stanie wydusić z siebie tylko coś o uchodźcach i relacjach z Rosją. Zaś pani premier oprócz kilku ogólników wskazała na TTIP, który zapewne umrze wraz z zakończeniem kadencji prezydenta Obamy.
Zasady „debaty” utrudniały faktyczną wymianę poglądów i ograniczały „rozmowę” do odpowiedzi na pytania zadane przez dziennikarzy. Ale może to i lepiej, bo obie panie pokazały, że nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie wspominając już o jakiejkolwiek próbie znalezienia wspólnego mianownika. Fragmenty, w którym dyskutantki mogły zadawać sobie pytania, były tak żenująco słabe, że oszczędzę Państwu ich przytaczania.
To nie była debata, lecz przygotowane przez propagandzistów wystąpienia mające na celu przekonanie niezdecydowanych wyborców. Maksyma, że „ciemny lud to kupi” nadal obowiązuje i w PiS, i w PO (i pewnie nie tylko tam). Cała nadzieja w tym, że 25. października „ciemny lud” nie okaże się aż tak ciemny, jak sobie wyobrażają polityczni marketerzy i słuchający ich rad politycy.
* cytat z piosenki „4 pokoje” wydanej w roku 2000. Autor: K. Staszewski.


























































