
Image licensed by Ingram Image
Polacy nie pracują najdłużej w UE, ale są w czołówce. Z danych OECD wynika, że w pracy spędzamy 1969 godzin rocznie, czyli średnio 38 godzin tygodniowo (uwzględniając urlopy). Holendrzy w ciągu roku przepracowują niecałe 1400 godzin, co przekłada się na ok. 27 godzin w tygodniu. Francuz w pracy spędza 1500 godzin, czyli ok. 30 godzin w tygodniu. Niemcy na pracę poświęcają 1432 godziny, czyli 27 w tygodniu, a Włosi rocznie przepracowują ponad 1800 godzin - 35 w tygodniowo. Co ciekawe, najbardziej zapracowani w Europie są Grecy. W ciągu roku w pracy spędzają ponad 2120 godzin, czyli około 42 godzin w tygodniu.
Ale czas spędzony w pracy nie ma wielkiego przełożenia na wydajność. Większość obywateli myli wydajność pracy z przykrością jej wykonywania. Wskaźnik wydajności pracy w Polsce od 2010 roku wzrósł o 3,3%. Chociaż wciąż wynosi on tylko 66% średniej UE, to cieszy przynajmniej fakt, że stale rośnie. W Niemczech jednak wydajność pracy jest prawie dwa razy większa. Patrząc na dane porównawcze, można odnieść wrażenie, że Polak w pracy się obija, a w Niemczech wszyscy pracują ponad normę. Ale to nieprawda.
Czy Polacy to bumelanci?
OECD za wskaźnik wydajności pracy w poszczególnych państwach przyjęła wartość PKB na godzinę pracy. Przy takim założeniu okazuje się, że jesteśmy jednym z najmniej produktywnych narodów w Europie. Dzieje się tak, ponieważ wartość wytworzonych w Polsce dóbr i usług jest dużo niższa niż w bogatych krajach zachodnich. Z danych OECD wynika, że jedna roboczogodzina pracy w Polsce warta jest 40 zł - tyle samo co w Estonii, ale dwa razy mniej niż w Grecji. W Niemczech w roboczogodzinę produkuje się towary lub usługi o wartości 40 euro. Innymi słowy, chociaż spędzamy 500 godzin rocznie więcej w pracy niż Niemcy, to i tak w ujęciu statystycznym jesteśmy dwa razy mniej wydajni. Nie dlatego, że nasza praca nie jest męcząca, albo dlatego, że się zwyczajnie obijamy.
| »5 krajów, do których najchętniej wyjeżdzamy w poszukiwaniu pracy |
Po co siedzieć w pracy tyle godzin?
Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku nie było niczym dziwnym spędzać w fabryce po 16 godzin dziennie. 8-godzinny dzień pracy wprowadzono w Polsce dopiero w 1919 roku. Wydawało się to rewolucją - wywalczona przez organizacje robotnicze zmiana, która nie bez oporu przedsiębiorców utrwaliła się w polskim prawodawstwie. Przerażona bolszewizmem i jego konsekwencjami klasa rządząca chciała za wszelką cenę pokazać społeczeństwu, że stoi po stronie robotników.
Jednak od tamtej pory dokonał się olbrzymi postęp technologiczny i cywilizacyjny. Maszyny skutecznie zastępują ludzi w najcięższych i najniebezpieczniejszych pracach. Coraz większą rolę odgrywa sektor usługowy. Współczesne fabryki to biura, a taśmy produkcyjne to stanowiska w boksach. Czy siedzenie przed komputerem przez 8 godzin dziennie jest bardziej produktywne niż 6 lub 7?
To wszystko zależy od branży
Człowiek pracujący jako programista nie musi nawet siedzieć w biurze - może spokojnie pracować z domu tylko tyle, ile jest to absolutnie konieczne. To samo dotyczy wszystkich ludzi, którzy mają zadaniowy charakter pracy. Inaczej powinien wyglądać wymiar czasu pracy osoby realizującej projekty, a inaczej portiera. Nie zmienia to faktu, że praca po 8 godzin dziennie jest mniej efektywna niż przez 7.
Zastosowanie ma tutaj ekonomiczna krzywa użyteczności. W pierwszych kilku godzinach robimy najwięcej, potem następuje przerwa obiadowa i zaczyna się powolne odliczanie do końca dnia w pracy. Prawie co dziesiąty pracownik spędza około godziny w czasie pracy, przeglądając serwisy społecznościowe. Pozostali surfują w internecie, piszą SMS-y, prowadzą rozmowy towarzyskie i załatwiają prywatne sprawy. Zajmują się wszystkim, tylko nie pracą.
| » Młody pracownik - jaki jest naprawdę? |
Eksperci z New Economic Foundation doszli do wniosku, że najbardziej optymalnym rozwiązaniem jest 22-godzinny tydzień pracy, bo tylko przez 4,5 godziny dziennie pracujemy efektywnie. Wydaje się to o wiele za krótko, ale jest to czas obliczony tylko na pracę - bez patrzenia w sufit, rozmów towarzyskich, przerwy śniadaniowej i gry w piłkarzyki. Oczywiście nie dotyczy to każdej branży, ale wniosek jest taki, że 8-godzinny dzień pracy to relikt z zeszłego wieku.
Co daje krótszy czas pracy
Część analityków uważa, że krótszy czas pracy zmniejszy bezrobocie oraz spowoduje wzrost wpływów do budżetu. Ponadto przełoży się to na długość życia obywateli oraz zapewni prawidłową równowagę pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Niektórzy twierdzą wprost, że skrócenie czasu pracy o 1/4, czyli do 6 godzin dziennie, automatycznie zwiększy wpływy do budżetu o 25% Twierdzą także, że dokładnie o tyle samo (inaczej: o 3,5 punktu procentowego) zmniejszy się bezrobocie, co przekłada się na ok. 500 tysięcy etatów.
Sprawa nie jest jednak taka oczywista. Przede wszystkim skrócony czas pracy nie oznacza, że „system” pozostanie bez zmian. Jeżeli pracownicy w biurze będą pracować po 6 godzin, to portier też nie będzie musiał dłużej siedzieć. W innych branżach podobnie. A co z godzinami otwarcia sklepów, kin i innych punktów?
Błędem jest twierdzenie, że rewolucja w czasie pracy nie pociągnie za sobą innych konsekwencji. Prawdopodobnie w niektórych sektorach zatrudnienie zwiększyłoby się, ale równocześnie gdzieś indziej mogłoby ulec redukcji. Kluczową rolę odgrywa tutaj wydajność. Być może zatrudnienie pracownika do uzupełnienia dwugodzinnej luki w czasie pracy będzie mniej opłacalne niż po prostu rezygnacja z części zysku. Arbitralne dodawanie do siebie pewnych wartości i wskaźników to czysty populizm, który może mieć zastosowanie tylko w usługach świadczonych przez administrację.
Nie zmienia to faktu, że należy zrewidować podejście do 8-godzinnego czasu pracy i ogólnie zastanowić się nad tym, czy w dobie rozwoju elastycznych form zatrudnienia jakiekolwiek regulacje ustawowe mają sens. Z drugiej strony mamy zachodnie wzorce, statystykę wydajności i przedłużenie wieku emerytalnego. Czy 65-latek może efektywnie pracować przez 8 godzin i czy w ogóle powinien pracować? A może czas pracy powinien być uzależniony od wieku? Jedno jest pewne: zmiany nastąpią prędzej czy później.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl





























































