Coraz więcej Polaków żyje w skrajnej biedzie. Liczba ubogich w ostatnim roku wzrosła o 300 tys.. Oznacza to, że 2,5 mln ludzi nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb, czyli kupienie jedzenia, odzieży i opłacenia bieżących rachunków. Czy i jak można temu zapobiec?
Skrajnie ubóstwo wyznacza bardzo cienka granica. Kto jest skrajnym biedakiem, a kto tylko umiarkowanym? Te pytania dręczą naukowców od kilkudziesięciu lat. Przyjmuje się różne sposoby liczenia minimum egzystencjalnego i minimum socjalnego. W grę wchodzi wiele czynników, np. liczba osób w jednym gospodarstwie domowym, wiek, itd.
![]() | » Umowa o pracę to "śmieciówka" |
Z kolei minimum socjalne to wskaźnik, który wyznacza granicę dochodów, które umożliwiają człowiekowi na zaspokojenie podstawowych potrzeb bytowych oraz uczestniczenie w życiu społecznym, np. teoretycznie stać ich na wychowanie dzieci. Minimum socjalne ma wyższą wartość niż minimum egzystencji. Wyznacza ono górną granicę ubóstwa.

Dorosły człowiek, który sam prowadzi swoje gospodarstwo domowe, musi mieć minimum 500 zł. Z tego 204 zł może wydać na żywność, 232 zł na mieszkanie, 14,5 zł na odzież, 9,5 zł na leki, a na higienę 15,5 zł. Na pozostałe wydatki może poświęcić 23,84 zł. Ostatnio głośno było o studencie, który próbował przeżyć miesiąc, wydając na jedzenie nie więcej niż 50 zł. Eksperyment nie zakończył się sukcesem. Po 19 dniach studentowi zostało raptem 11 zł. W swojej diecie wykorzystywał wszystko, co ma pod ręką. Nie oszukujmy się – zrobienie pełnowartościowego dania za 1,66 zł to wyzwanie nawet dla najlepszych dietetyków. Mając do dyspozycji tylko 204 zł, może być łatwiej, ale to tylko 6,7 zł na jedzenie dziennie.
Minimum socjalne jest wyższe. Wynosi dokładnie 983 zł dla jednego dorosłego człowieka, który na żywność wyda 254 zł, mieszkanie - 355 zł, odzież i obuwie - 41 zł, ochronę zdrowia - 29 zł, transport i łączność – 73 zł, kulturę i rekreację – 105 zł, edukację 13,2 zł, higienę osobistą – 28 zł, a na pozostałe wydatki – 72 zł. Warto zauważyć, że 983 zł to tylko 128 zł mniej, niż wynosi pensja minimalna. W Polsce otrzymuje ją ok. 800 tys. pracowników. Nietrudno o porównanie tych ludzi do współczesnych niewolników, których wynagrodzenie ma wystarczyć tylko na podstawowe wydatki. Bez szans na kupno samochodu, nowego mieszkania czy wakacje.
Co jest przyczyną biedy w Polsce?
Przyczyn jest wiele. Wszystko zależy od regionu, sytuacji demograficznej, kultury, itd. Niemniej wielu ekonomistów i polityków ma problem z rozróżnieniem przyczyny od skutku. Przykładowo za przyczynę biedy często podaje się niewystarczające zaangażowanie państwa w sprawy socjalne, czyli zbyt niskie zasiłki dla najuboższych. Naturalnie jest to duże uproszczenie, bo polityka przeciwdziałania to nie tylko transfery publicznych pieniędzy do kieszeni najbiedniejszych. To również opieka nad osobami uzależnionymi, chorymi, niepełnosprawnymi, działania mające na celu pomoc w znalezieniu pracy, w zakresie dożywiania, itd. Jednak odpowiadają one na fakt, że mamy do czynienia z ubóstwem, ale tylko pośrednio są jego przyczyną. Wbrew pozorom nie dlatego, że transfery są za niskie, a programy nieskuteczne, tylko dlatego, że finansowane są z pieniędzy publicznych, które nie biorą się znikąd. W końcu nawet najbiedniejszy obywatel płaci podatki.
Główną przyczyną biedy jest brak dochodu. Ten najłatwiej zapewnić sobie poprzez pracę. Jeżeli mamy wysokie bezrobocie, to równocześnie wielu ludzi nie ma pracy i grozi im bieda. Naturalnie to, że ktoś jest bezrobotny to często jego wina. Może mieć problem alkoholowy lub być zwykłym leniem, jednak na 2,5 mln biednych ludzi nie każdy jest nałogowym leniwym alkoholikiem. Większość niestety nie może znaleźć jakiejkolwiek pracy lub posiada taką, która nie zapewnia dochodu pozwalającego na wyjście z biedy. A co jest przyczyną bezrobocia i niskich zarobków? Ilu ekonomistów, tyle teorii.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl




































































