REKLAMA

Chiny znów przegoniły USA. Świat nie może sobie bez nich poradzić

Maciej Kalwasiński2020-11-17 06:00analityk Bankier.pl
publikacja
2020-11-17 06:00
fot. Liu Bin / Forum

Decoupling, koniec Chimeryki, zerwanie zależności od Chin… Takie hasła i postulaty pojawiają się w krajach rozwiniętych od lat. Tymczasem współpraca gospodarcza kwitnie, a Państwo Środka znów wyprzedza USA, choć z zagranicznym biznesem łączy je trudna miłość.

"Naszym wielkim amerykańskim firmom poleca się niniejszym, by natychmiast rozejrzały się za alternatywą dla Chin, łącznie ze sprowadzaniem firm do KRAJU i wytwarzaniem produktów w USA. Nie potrzebujemy Chin i szczerze mówiąc byłoby nam o wiele lepiej bez nich" – apelował, nie po raz pierwszy, w sierpniu zeszłego roku Donald Trump.

Mogłoby się wydawać, że apel padł na podatny grunt, przygotowany nie tylko przez 45. prezydenta USA. Chiny przez lata były ziemią obiecaną dla biznesu, krajowego i zagranicznego. Oferowały inwestorom dostęp do potężnych zasobów taniej i karnej siły roboczej, szerokiego grona dostawców półproduktów czy usług, światowej klasy infrastruktury oraz rosnącego rynku zbytu, a także korzystne rozwiązania podatkowe i regulacje. Ale w wielu aspektach zaczęły tracić swój urok.

Chiny tracą powab

Wraz z postępującą urbanizacją, bogaceniem i starzeniem się społeczeństwa oraz zachodzącymi zmianami kulturowymi spadła liczba pracowników gotowych tyrać „za miskę ryżu”. Z kolei system hukou nadal ogranicza Chińczykom z biedniejszych obszarów możliwość legalnego życia i pracy w metropoliach. Pekin stopniowo i powoli zwiększa również obciążenia pozapłacowe, mozolnie budując system zabezpieczeń społecznych. W efekcie koszty pracy wyraźnie rosną, przekraczając już choćby poziomy notowane w innych krajach rozwijających się, a nawet zbliżając się do polskich.

Chińczykom wyrasta konkurencja w postaci Wietnamczyków, Filipińczyków czy Indonezyjczyków i innych mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej. I to nie tylko ze względu na niższe pensje w tych krajach, ale i dynamicznie rozwijające się rynki wewnętrzne, co jest kolejnym argumentem za przeniesieniem tam części produkcji.

Coraz wyższe koszty pracy to jednak nie wszystko. Inwestorom doskwiera również rosnąca konkurencja – ze strony innych firm zagranicznych, ale i przedsiębiorstw rodzimych, pozornie prywatnych, lecz wspieranych i faworyzowanych przez lokalne grupy interesu, powiązane z partyjnymi bossami, a w newralgicznych sektorach – samą centralę w Pekinie. Ponadto, miejscowy biznes zdążył się przez ostatnie 40 lat wiele nauczyć - metodami uczciwymi i niekoniecznie - i w wielu obszarach, nawet tych bardzo zaawansowanych, jest nie tylko gotów rzucić „zagranicy” wyzwanie, ale i wysforował się na czoło globalnego wyścigu, jak choćby w technologii 5G czy płatnościach mobilnych.

Biznes – nie tylko zagraniczny – ma również coraz mniej swobody, tak pod względem rosnącej ingerencji partii w działanie przedsiębiorstw, jak i funkcjonowania na rynku. Pekin oficjalnie uznał już za problem degradację środowiska, więc czasy „wolnej amerykanki” i niezważania na normy środowiskowe odchodzą do lamusa. W świadomości publicznej w krajach rozwiniętych coraz częściej pojawiają się również kwestie pracy przymusowej czy innych ograniczeniach wolności i podstawowych praw człowieka w Xinjiangu, Tybecie czy Hongkongu, co może wpływać na negatywne postrzeganie marek funkcjonujących w tych regionach.    

Firmy mogą mieć również uzasadnione obawy, że staną się ofiarą zaostrzającego się konfliktu pomiędzy Zhongnanhai a Białym Domem.

Z jednej strony szkodzą im działania administracji amerykańskiej (nie tylko obecnej, ale zapewne i kolejnej), która stara się wymusić tzw. decoupling, czyli zerwać (a przynajmniej ograniczyć) łączące USA i Chiny liczne powiązania gospodarcze, m.in. w zakresie produkcji w ramach globalnych łańcuchów wartości.

Z drugiej strony władze Państwa Środka dążą do samowystarczalności, więc de facto oczekiwania obu stron są zbieżne. Tyle że Chińczykom tak się nie spieszy, a poza tym koncentrują się na wybranych sektorach, głównie związanych z nowoczesnymi technologiami. Na razie przyjmują więc inwestorów z otwartymi ramionami, szczególnie tych przenoszących za Mur talent, know-how, technologie, dane i wiedzę. Zagraniczny biznes jest jednak zakładnikiem Pekinu, który nie raz udowodnił, że nie waha się sięgnąć po broń gospodarczą w sporach politycznych.

Niechętnie na kolejne inwestycje za Murem patrzą zresztą nie tylko władze USA. Amerykańskie obawy o bezpieczeństwo narodowe, któremu zagraża rosnąca w siłę i aspiracje „fabryka świata”, podzielane są w wielu zakątkach globu. Niektóre państwa, np. Japonia, tworzą specjalne fundusze mające pokrywać część kosztów przeniesienia działalności z Chin „do domu” lub innych krajów.

Same firmy również zdają sobie sprawę z uzależnienia od Państwa Środka. Od lat coraz głośniej myślą o dywersyfikacji produkcji – przenoszeniu części zakładów do innych krajów czy też tworzeniu łańcuchów dostaw „ABC” (anywhere but China – byle nie w Chinach) czy „nieczerwonych”, niezależnych od kraju za Murem. Mogło się wydawać, że pandemia koronawirusa przeleje czarę goryczy i biznes doceni korzyści wynikające z dywersyfikacji, pomimo wymiernych kosztów.

Trudna miłość do Chin

I choć w mediach regularnie pojawiają się doniesienia o kolejnych firmach ogłaszających przeniesienie choćby części działalności poza Państwo Środka, to w danych makroekonomicznych nadal nie widać, by zagranicznych biznes odwrócił się od kraju za Murem.

Według danych Konferencji Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD), w pierwszej połowie roku Chiny po raz pierwszy w historii były największym na świecie odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Za Murem ulokowano w tej formie równowartość 76 mld dol., tylko o 4 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Tymczasem napływ do USA – dotychczasowego wieloletniego lidera - spadł o przeszło 60 proc. i sięgnął raptem 51 mld dol.

BIZ są specyficzną formą inwestycji, polegającą na objęciu udziałów w istniejącym przedsiębiorstwie bądź założeniu nowego podmiotu gospodarczego przez zagranicznego inwestora. W odróżnieniu od inwestycji portfelowych efektem BIZ jest w założeniu uzyskanie wpływu na działalność firmy. Zgodnie z międzynarodowymi standardami wyznaczonymi przez MFW przyjmuje się, że inwestycja jest uznawana za bezpośrednią, jeśli udział inwestora wyniesie przynajmniej 10 proc.

Dane te mają oczywiście kilka wad. UNCTAD bazuje na danych z chińskiego ministerstwa handlu, które nie uwzględniają dezinwestycji, czyli wycofywania kapitału z Państwa Środka przez inwestorów. Według przytaczanych przez UNCTAD danych z chińskiego bilansu płatniczego BIZ spadły o 12 proc. Same władze Państwa Środka podają nieco inne liczby – według rządu inwestycje w pierwszej połowie roku spadły o 1,5 proc., do 67,5 mld dol., a według banku centralnego o 17 proc., do 68 mld dol. Statystyki – szczególnie te ostatnie, pochodzące z bilansu płatniczego – są jednak dość często rewidowane. Różnice mogą też częściowo wynikać z innego przelicznika – kursu USD/CNY.

Dane ministerstwa handlu, a co za tym idzie UNCTAD, są kolejnym przykładem statystyk „z chińską charakterystyką” – odczyty są niezwykle regularne, rok w rok niemal niezmienne, rosnące stopniowo, jak od linijki.

/ Bankier.pl na podstawie danych UNCTAD

Może to budzić poważne wątpliwości – przepływy kapitałowe, nawet te mniej „dzikie” jak właśnie BIZ, charakteryzują się pewną zmiennością, nawet pomimo „chińskiego muru”. Tak jest nie tylko w przypadku informacji dot. innych krajów, ale i danych z bilansu płatniczego, które obrazują jednak nie tyle prosto rozumiany napływ kapitału, ale zmianę stanu posiadania przez zagranicznych inwestorów (dlatego czasami mogą być nawet ujemne).

W tym ujęciu inwestycje bezpośrednie za Murem były na przełomie 2019 i 2020 roku najniższe od dekady, ale w tradycyjnie słabym trzecim kwartale dość mocno odbiły. Jeśli i czwarty kwartał będzie pomyślny – na co w tej chwili wygląda – w całym roku napływ BIZ będzie drugi najwyższy w ostatnich 5 latach.

/ Bankier.pl na podstawie danych Ludowego Banku Chin

Poza kwestiami stricte rachunkowymi wśród wad powyższych szacunków warto uwzględnić samą specyfikę bezpośrednich inwestycji zagranicznych. "Zagraniczne" podmioty bywają zagraniczne tylko z nazwy - faktycznie kontrolują je podmioty krajowe. Dzięki round-trippingowi inwestor krajowy może korzystać z dobrodziejstw przysługujących inwestorowi zagranicznemu, choćby podatkowych. Wśród BIZ mogą się również „ukrywać” „gorące pieniądze”, czyli faktyczne inwestycje portfelowe, intratne dzięki wyższym stopom procentowym za Murem oraz dobrym perspektywom juana. Sam proces inwestycyjny jest czasochłonny, zazwyczaj kilkuletni, i dopiero po takim okresie wpływ ewentualnych zmian nastawienia biznesu może być widoczny w statystykach.

O ile dane za pierwsze półrocze stawiają Chiny w korzystnym świetle, to odczyty ministerstwa handlu za kolejne cztery miesiące są jeszcze bardziej imponujące. We wrześniu i październiku inwestycje w Państwie Środka rosły w tempie dwucyfrowym i po 10 miesiącach roku napływ BIZ przekroczył 800 mld juanów (115 mld dol.), zwyżkując o przeszło 6 proc.

Chiny nadal kuszą

Wbrew pozorom dane te nie muszą przeczyć narracji o decouplingu i utracie niektórych chińskich przewag konkurencyjnych. Zmienia się bowiem profil inwestycji – biznes zagraniczny coraz mocniej wchodzi w sektor usług, a nie przemysł. W 2006 r. większość kapitału była lokowana w produkcję towarów, dziś jest to raptem ok. 20 proc. Dominują usługi, na które dynamicznie rośnie popyt w Państwie Środka, i które w ramach „nowej normalności” promowanej od kilku lat przez Pekin mają być głównym motorem wzrostu i rozwoju gospodarczego Chin.

Rosnący rynek na produkty i usługi to główny argument przemawiający do wyobraźni inwestorów. Mimo coraz wyższych kosztów, konkurencji i obaw, chiński tort jest zbyt duży, by obejść się smakiem. Dobitnie widać to nawet teraz, gdy wiele firm boryka się z kulejącym popytem na świecie, a za Murem ich sprzedaż kwitnie. Tak jest choćby w przypadku sektora motoryzacyjnego czy dóbr luksusowych. Dzięki produkcji na miejscu towar można dostarczyć klientom szybciej i taniej.

Ale pandemia koronawirusa pokazała coś jeszcze: warto dywersyfikować produkcję, by chronić firmę przed szokami, ale dobrze, że część popytu w krajach rozwiniętych zaspokajana jest przez towary wytwarzane w Państwie Środka. Globalne łańcuchy dostaw, których liczne ogniwa znajdują się za Murem, wytrzymały i nie pękły w momencie próby. Chiny, dzięki wysiłkom władz i mieszkańców, szybko zdusiły pandemię i wróciły do pracy. W efekcie wciąż możemy kupować produkty, które w wypadku lokalizacji produkcji w kraju gorzej radzącym sobie z pandemią, byłyby dla nas niedostępne.

To nie koniec zalet kraju za Murem. Inne wspomniane na początku przewagi Chin wciąż istnieją: miejscowi kontrahenci oferują coraz wyższą jakość, podobnie pracownicy, infrastruktura stale się rozrasta (w tym ta najnowocześniejsza, jak 5G), a władze centralne i lokalne nadal zabiegają o zagranicznych inwestorów. Chińczycy zbudowali własnych gigantów na podwalinach położonych przez zagraniczny biznes i dalej chcą korzystać z wiedzy, którą ci mają do zaoferowania. Włączenie firm z Państwa Środka do globalnych łańcuchów dostaw jest jednym z najważniejszych źródeł sukcesu gospodarczego Chin. Efektem jest największy na świecie eksport i drugi import - udział firm z kapitałem zagranicznym w sprzedaży za granicę przekracza 35 proc., a w wartości towarów sprowadzonych za Mur - 40 proc.

Ale przewaga Chin wynika również ze słabości konkurencji i relatywnie niewielkiej mobilności inwestycji bezpośrednich. Sam proces inwestycyjny jest kosztowny i czasochłonny. Chyba żaden inny kraj nie jest w stanie udostępnić inwestorowi takich zasobów siły roboczej, infrastruktury czy sieci dostawców.

Postawienie nowej fabryki w stosunkowo słabo znanej lokalizacji i otoczeniu społeczno-instytucjonalnym jest drogie, zajmuje sporo czasu, a do tego rodzi liczne ryzyka. Inwestor musi się zmierzyć z przeszkoleniem nowych pracowników, znalezieniem dostawców i innych kontrahentów czy wypracowaniem wspólnych dla wszystkich etapów produkcji standardów jakości. Niektórych elementów praktycznie nie da się przetransportować z jednego kraju do drugiego. Wyparować mogą również aktywa niematerialne, np. zgromadzone przez lata doświadczenie i wiedza pracowników.

Taki proces byłby szczególnie trudny do realizacji w trakcie pandemii, gdy niemal na całym świecie wciąż obowiązują zasady dystansu społecznego czy wręcz zakazy wjazdu do niektórych państw. Obecny czas nie jest też dla wielu firm, borykających się ze zmniejszonym popytem na ich dobra, najlepszym momentem na inwestycje. Dominuje raczej cięcie kosztów.

Rozwód z Chinami?

Na niewiele mogą się jednak zdać przewagi gospodarcze, gdy do gry włączą się politycy. Mimo że powstanie globalnych łańcuchów dostaw przyniosło nam niekwestionowane korzyści, m.in. niskie ceny i dostęp do szerokiej gamy produktów, to w krajach rozwiniętych doprowadziło do utraty pracy przez wielu ludzi (choć równocześnie spowodowało powstanie innych miejsc pracy).

Fala takiego sentymentu wyniosła Donalda Trumpa do prezydentury w 2016 r. Trump wprost mówił, że Chińczycy kradną amerykańskie miejsca pracy. Przedstawiciele jego administracji regularnie argumentują, że współpraca gospodarcza podmiotów ze Stanów Zjednoczonych i zza Muru sprzyja rozwojowi militarnemu ChRL, więc stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA. W Waszyngtonie żywe są również obawy przed blokadą eksportu strategicznie istotnych dóbr przez Pekin. Przykład mieliśmy choćby w marcu, gdy chińskie władze „reglamentowały” produkowany w kraju sprzęt medyczny. Podobne nastroje od kilku miesięcy zaczęły również dominować w Unii Europejskiej.

Chęć dywersyfikacji i wzrost nastrojów protekcjonistycznych wywoła pewne przetasowanie w globalnych łańcuchach dostaw. Branże uznane za strategiczne czeka tzw. reshoring, czyli przeniesienie produkcji z Chin do krajów Zachodu. W przypadku pozostałych możliwe jest tworzenie nowych, regionalnych i krótszych łańcuchów dostaw, funkcjonujących niezależnie od dotychczasowych. W tym wariancie „łańcuch chiński” byłby skoncentrowany na produkcji na rynek chiński.

Szans w tym procesie może upatrywać Polska, zlokalizowana tuż obok Niemiec, należąca do Unii Europejskiej, dobrze skomunikowana i nadal relatywnie tania. Nie ma jednak co popadać w hurraoptymizm. Po pierwsze, przyspieszona deglobalizacja dosięgnie głównie branże strategiczne, czyli m.in. telekomunikację, biomedycynę i inne zaawansowane technologie. Po drugie, uniezależnienie od Chin wcale nie musi oznaczać powstania setek tysięcy nowych miejsc pracy w innych państwach czy dyfuzji wiedzy. Bardziej atrakcyjnym cenowo i odpornym na ewentualne kolejne pandemie (i inne podobne szoki) rozwiązaniem dla biznesu jest automatyzacja. Dodatkowe bezpieczeństwo może zapewniać integracja pionowa, czyli przejmowanie kontroli nad całym łańcuchem dostaw, zamiast korzystania z rozproszonych (głównie miejscowych) poddostawców zewnętrznych.

Źródło:
Maciej Kalwasiński
Maciej Kalwasiński
analityk Bankier.pl

Analityk i redaktor prowadzący Bankier.pl. Doktorant na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Zajmuje się międzynarodowymi stosunkami gospodarczymi, ze szczególną uwagą analizuje sytuację gospodarczą Chin. Dba, by Bankier.pl pozostawał źródłem najważniejszych i najbardziej interesujących informacji ze świata i Polski, przedstawionych w przystępny i zrozumiały sposób.

Tematy
Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Zapytaj eksperta o kredyt hipoteczny

Komentarze (35)

dodaj komentarz
itso_chram_panszczyzna
no i nie ma co tak panikować z powodu Chin o ile będziemy cały czas działać na rzecz równania dochodów globalnie jak i lokalnie ale mimo to sprytny inaczej powinien mieć przestrzeń do działania.

''W podejściu makroekonomicznym dochód społeczeństwa jest nadwyżką ekonomiczną, która może zostać wykorzystana
no i nie ma co tak panikować z powodu Chin o ile będziemy cały czas działać na rzecz równania dochodów globalnie jak i lokalnie ale mimo to sprytny inaczej powinien mieć przestrzeń do działania.

''W podejściu makroekonomicznym dochód społeczeństwa jest nadwyżką ekonomiczną, która może zostać wykorzystana do zaspokojenia potrzeb indywidualnych i zbiorowych, celów bieżących (konsumpcja) i celów rozwojowych (inwestycje)[1].

Dochód w sensie ekonomicznym nie jest tożsamy z dochodem w sensie podatkowym, który w tym aspekcie definiuje się jako różnicę pomiędzy przychodami a kosztami ich uzyskania. ''

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Doch%C3%B3d
itso_chram_panszczyzna
''Bezwarunkowy dochód podstawowy - Dochód ten, bez innych form zarobku czy pomocy społecznej, zapewniałby możliwość minimum egzystencji. ''

źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bezwarunkowy_doch%C3%B3d_podstawowy
mirek6504
W Usa to nawet miski ryzu nie dostaniesz, a kredyt masz do końca życia i podstawa egzystencji w usa czyli samochód trzeba spłacać przez 8-9 lat jak się nie rozsypie!!
zops
Forda można kupić za 50-200 USD ale takie starsze modele dużo spalają. Podobno Rosja ma zamiar zrezygnować ze złóż na M. Północnym pomimo że w Norwegii stacjonuje mniej niż 150-ciu Marines.
zops
Na łososia. Ciekawe czy kutry sa odporne na oblodzenie?
demeryt_69
"Wspólnota mieszkaniowa pozwała dwoje byłych członków zarządu za rzekome niezwrócenie wypłaconych z jej konta kilkunastu tysięcy zł. W efekcie zlicytowano mieszkanie pozwanych. Na poczet nieistniejącej wierzytelności ściągnięto od nich w sumie nigdy nienależną kwotę ponad 70 tys. zł" - ciekawe czy w CHRL "Wspólnota mieszkaniowa pozwała dwoje byłych członków zarządu za rzekome niezwrócenie wypłaconych z jej konta kilkunastu tysięcy zł. W efekcie zlicytowano mieszkanie pozwanych. Na poczet nieistniejącej wierzytelności ściągnięto od nich w sumie nigdy nienależną kwotę ponad 70 tys. zł" - ciekawe czy w CHRL jest to możliwe, bo rzekomo własność prywatna nie istnieje?

https://www.bankier.pl/wiadomosc/RPO-sklada-skarge-nadzwyczajna-ws-nakazu-zaplaty-po-ktorym-zlicytowano-mieszkanie-8002414.html
grab
I co Polaczki i inne, kupujecie w Chinach i nie przeszkadza wam że to kraj komunistyczny?
A gdzie honor, Bóg, itp?
lipsk
To że eu dawno przegrała konkurencję to idioci w parlamencie europejskim do dzisiaj nie widzą i zajmują się pierdołami i zaciąganiem nowych kredytów.
jes
Oni dobrze wiedzą co robią bo nie robią tego za darmo. Te wszystkie normy klimatyczne, ekologiczne wymysły typu szkło lepsze niż plastik, normy CO2 są sponsorowane przez Chiny. Urzędnicy dostają bonusy a młodzi ekolodzy łykają to jak świeże bułeczki.
I za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą mieć znowu brudne
Oni dobrze wiedzą co robią bo nie robią tego za darmo. Te wszystkie normy klimatyczne, ekologiczne wymysły typu szkło lepsze niż plastik, normy CO2 są sponsorowane przez Chiny. Urzędnicy dostają bonusy a młodzi ekolodzy łykają to jak świeże bułeczki.
I za kilkanaście, kilkadziesiąt lat będą mieć znowu brudne powietrze ponieważ to Europa będzie źródłem taniej siły roboczej, montownią bez przemysłu i pracować dla Chin.
demeryt_69
Zdecydowanie prowadzą w klasyfikacjach konsumpcji psów i kotów ... kiedy zapłacą za chiński wirus i kto ich do tego zmusi?

Powiązane: Chiny - Analizy i komentarze

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki