Po faktycznym upadku Grecji i Irlandii następne na liście eurobankrutów są teraz Portugalia i Hiszpania, a w dalszej perspektywie także Belgia i Włochy. Tyle że Europy zwyczajnie nie stać, aby zapłacić za długi Hiszpanów lub Włochów. Na to nie starczy nawet 750 mld euro, jakie w ramach EFSF (European Financial Stability Facility) państwa strefy euro i MFW zobowiązały się pożyczyć krajom „przeżywającym kłopoty finansowe”.

Dlatego na całym świecie rozpoczęły się dramatyczne poszukiwania kupców na europejskie obligacje. Wiadomo, że przy obecnych cenach papierów Grecji czy Hiszpanii nie kupią prywatni inwestorzy. Zaś „inwestorzy przymusowi” (czyli lokalne banki i firmy ubezpieczeniowe) nie dysponują odpowiednią ilością gotówki. Na krótkiej liście ewentualnych kupców pozostają jedynie rządy państw dysponujących sporymi rezerwami finansowymi. W praktyce są to tylko Chiny, Japonia, Indie, kraje arabskie i Norwegia. Ta ostatnia jeszcze jesienią zadeklarowała, że skusi się na obligacje Grecji.
W grudniu swoje zaniepokojenie połączone z obietnicą pomocy wyraziły władze Chin, dysponujące astronomiczną kwotą 2,8 biliona dolarów rezerw walutowych. Zaś we wtorek japoński minister finansów Yoshihiko Noda zadeklarował, że Japonia kupi obligacje emitowane przez EFSF, co miałoby na celu zwiększenie zaufania do tego funduszu. Wspólna akcja dofinansowania eurobankrutów przeprowadzona przy wsparciu MFW i Europejskiego Banku Centralnego miałaby szanse opóźnić wybuch kryzysu fiskalnego w samym sercu strefy euro.
Jednakże Chińczycy, Japończycy czy Norwegowie nie działają bezinteresownie. Pożyczanie pieniędzy Grekom czy Portugalczykom przyczynia się do podtrzymania strefy euro i stabilizuje walutę, w której kraje te ulokowały znaczną część swych rezerw finansowych. Po drugie, Europa jest ważnym odbiorcą towarów eksportowanych przez kraje azjatyckie. Krach w strefie euro oznaczałby dramatyczny spadek wartości wspólnotowej waluty, co zwiększyłoby konkurencyjność towarów włoskich czy francuskich kosztem produktów z Chin i Japonii. Zaś zubożonych w ten sposób Europejczyków zwyczajnie nie byłoby stać na luksus kupowania azjatyckich produktów.
W ten sposób Europa wykorzystuje korzyści z posiadania drugiej waluty rezerwowej świata. To naśladownictwo polityki Amerykanów, którzy od 40 lat cynicznie powtarzają reszcie globu: „nasz dolar, wasz problem”. Tyle że kosztem chińskiej „pomocy” jest rosnące uzależnienie dawnych potęg Starego Kontynentu od swych azjatyckich wierzycieli. Podobny dylemat od kilku lat ma rząd Stanów Zjednoczonych, który uzależniony jest od pożyczek z Pekinu. Wsparcie z Azji nie rozwiąże też źródła problemów Europy, jakim są rosnące długi zaciągane na sfinansowanie potrzeb starzejącego się społeczeństwa i coraz bardziej niewydolnego państwa opiekuńczego.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl
Zobacz też:
» Polscy kredytobiorcy z radością powitają euro
» Tylnymi drzwiami do strefy euro
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów
» Polscy kredytobiorcy z radością powitają euro
» Tylnymi drzwiami do strefy euro
» Wojny walutowe rujnują portfele narodów




























































