Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę pisał o CPN-ach. Dla tych, którzy je pamiętają, były one synonimem braków paliwa i racjonowania benzyny po odstaniu w długiej kolejce. Nie mieściło się w głowie, że ktoś nam znów może zafundować taki scenariusz. A jednak.


Nie wiem, który to doradca premiera wymyślił idiotyczny akronim CPN (Ceny Paliwa Niżej), ale zasługuje na natychmiastową i dyscyplinarną dymisję. Wszystkim, którzy pamiętają państwową Centralę Produktów Naftowych, skrót CPN kojarzy się z drogim i trudno dostępnym paliwem, do którego nabycia oprócz biletów Narodowego Banku Polskiego potrzebna była jeszcze kartka na paliwo. A dziś mówi się na nam o powrocie do tego systemu. No po prostu super!
- Zdecydowaliśmy się na radykalną obniżkę, zarówno jeśli chodzi o VAT na paliwa, akcyzę, a także na wprowadzenie ceny maksymalnej, czyli ceny regulowanej na stacjach benzynowych, aby wszystkie nasze decyzje były pozytywnie odczuwalne przez końcowego odbiorcę na stacji paliw – powiedział w czwartek 26 marca premier Donald Tusk.
Przeczytaj także
Transfer pieniędzy od akcjonariuszy Orlenu do konsumentów paliw
Przejdźmy do rzeczy. Rządowa propozycja, która w piątek ma być głosowana w parlamencie, zakłada trzy zasadnicze zmiany:
1) Obniżkę stawki VAT na paliwo z 23% do 8% połączoną z redukcją stawki akcyzy

2) Wprowadzenie podatku od „nadmiarowych zysków” (ang. windfall tax) od producentów paliw (w praktyce: od kontrolowanego przez polityków Orlenu)
3) Wprowadzenie maksymalnych cen detalicznych paliw, ustalanych codziennie przez Ministra Energii.
Wszystkie te działania mają być tymczasowe, ale rząd nie zakreślił horyzontu ich obowiązywania. Równie dobrze mogą to być dwa tygodnie (tak, sarkazm zamierzony) jak i dwa lata. Przypomnijmy tylko, że „tymczasowo” podwyższone przez ekipę premiera Tuska stawki podatku VAT są z nami już od 14 lat.
W sensie ekonomicznym jest to też pewien sposób dotowania zakupów dobra deficytowego. Przecież tak wysokie ceny paliw nie wzięły się znikąd. Były odpowiedzią rynku na niedobory wynikające z ograniczenia dostaw z Zatoki Perskiej. Wyższe ceny mają za zadanie ograniczyć popyt. Tak aby znalazł on nowy punkt równowagi z krzywą podaży. Rząd obniżając podatki zaburza działanie mechanizmu rynkowego, co w przyszłości może doprowadzić do konieczności reglamentowania paliw. Czyli czegoś, co mógł zrobić rynek, a zrobi aparat państwa.
Według deklaracji rządu z tego tytułu ceny benzyn i oleju napędowego mają spaść o ok. 1,20 zł/l. Pamiętajmy, że w cenie paliwa niemal połowę stanowią podatki: VAT, akcyza, opłata paliwowa, opłata emisyjna i minister jeden wie co jeszcze. W czwartym tygodniu marca litr benzyny Pb95 w Polsce kosztował średnio 7,16 zł – wynika z danych BM Reflex. Z tego sam VAT kosztował nas 1,34 zł/l. Obniżenie stawki tego podatku z 23% do 8% powinno zaoszczędzić nam ok. 87 gr/l. Ale do tego dochodzi jeszcze 29-groszowa redukcja akcyzy na benzynę, od której zresztą… też płacimy podatek VAT. Zatem łącznie faktycznie wychodzi ok. -1,20 zł/l.
Podobnie rzecz ma się w przypadku oleju napędowego. To paliwo obecnie kosztuje średnio 8,75 zł/l – podaje BM Reflex. W tej cenie zawiera się 1,16 zł/l akcyzy oraz 1,64 zł/l VAT-u. Zatem w tym przypadku ulga na vacie wyniosłaby ok. 1,07 zł/l, zaś na akcyzie 28 gr/l. Razem to ok. 1,40 zl/l.
Kto za to wszystko zapłaci?
- Są to z punktu widzenia budżetu poważne wydatki. Dlatego podejmujemy prace na rzecz wprowadzenia specjalnego podatku od nadmiarowych zysków, zwanego popularnie windfall [tax], tak aby te podmioty, które mają ponadwymiarowe zyski zapłaciły wyższy podatek – zapowiedział Minister Finansów i Gospodarki Andrzej Domański.
Obniżka podatków oznacza ubytek dochodów w budżecie państwa. Analitycy ING Banku Śląskiego oszacowali go na ok. 1,6 mld zł miesięcznie, czyli potencjalnie 14,4 mld zł w skali reszty 2026 roku. To niemało. Dobrze, że rząd wskazuje, kto za to zapłaci (choć wolałbym, aby w zamian obniżył swoje wydatki). Tym „kimś” będzie Orlen, co zresztą akcjonariusze płockiego koncernu zrozumieli w lot, w czwartek przeceniając akcje energetycznego koncernu o 2,2%. A to zapewne nie koniec. Dalsza przecena walorów Orlenu może się pojawić, gdy światło dzienne ujrzą szczegóły nowego podatku od „kułaczych” (tj. „nadmiarowych”) zysków (widział ktoś kiedyś, aby zysk był „nadmierny”?).
Zatem ekonomiczny koszt rządowej inicjatywy poniosą wszyscy akcjonariusze Orlenu, co objawi się niższą rynkową wyceną płockiego koncernu. Dotyczy to nie tylko Skarb Państwa, ale też akcjonariuszy mniejszościowych, posiadających łącznie 50,1% udziałów w Orlenie. W tym gronie znajdują się nie tylko inwestorzy indywidualnie, ale także uczestnicy TFI, OFE i PPK.
Do tego dochodzi koszt utraty reputacji. To kolejne polityczne uderzenie w dużą giełdową spółkę z udziałem Skarbu Państwa. Jak po czymś takim minister Domański et consortes mają namawiać Polaków do inwestowania na GPW i korzystania z OKI de facto pozbawionych możliwości lokowania pieniędzy poza polskim rynkiem? Nie kwestionując samej decyzji ekipy rządzącej, to ktoś w rządzie takie właśnie pytanie powinien zadać.
Wrócą kartki i niedobory?
Transfer części ekonomicznych konsekwencji wojny w Zatoce Perskiej na koszt akcjonariuszy Orlenu jest decyzją czysto polityczną i w obliczu wydarzeń sprzed 4 lat chyba nie za bardzo zaskakującą. Wtedy rząd Mateusza Morawieckiego też przejściowo obniżył VAT na paliwa i dowalił nadzwyczajny podatek kontrolowanym przez polityków spółkom naftowym, węglowym i energetycznym. Ok., taki już mamy w Polsce polityczny klimat i najwyraźniej tego domaga się miażdżąca większość wyborców.
Ale tym razem rządzący posunęli się o jeden most za daleko. Chodzi o potencjalnie bardzo szkodliwy postulat wprowadzenie cen maksymalnych na paliwa, ustalanych arbitralną decyzją ministra. - Dodatkowo rząd, w drodze obwieszczenia Ministra Energii, wprowadza mechanizm ceny maksymalnej, wyznaczanej na podstawie średnich cen hurtowych największych sprzedawców, powiększonych o koszty operacyjne – napisano w rządowym komunikacie. Za sprzedaż paliwa powyżej ceny maksymalnej ma grozić kara w wysokości do miliona złotych, a kontrole prowadzić będzie Krajowa Administracja Skarbowa.
W praktyce jest to wprowadzenie ustawowej marży w wysokości 30 gr/l paliwa. Ale ponieważ detaliczna cena maksymalna ma bazować na stawkach hurtowych Orlenu (pozostałe jej składowe maja być sztywne), to płocki koncern w praktyce uzyska przywilej ustalania cena na wszystkich stacjach w Polsce. A ponieważ władze tego przedsiębiorstwa pochodzą z politycznego nadania, to w praktyce premier Donald Tusk (lub jakikolwiek jego następca) zyska prawo do ustalania cen paliw w Polsce.
My to w kraju nad Odrą i Wisłą już przerabialiśmy. Skończyło się to wprowadzeniem systemu reglamentacji (kartek paliwowych) w latach 80. XX wieku. Urzędowe ceny skutkowały wtedy permanentnymi niedoborami benzyny, długimi kolejkami do dystrybutorów i powszechnym „kombinowaniem” paliwa. Aż strach pomyśleć, ze te czasy mogą wrócić, gdyby np. urzędujący premier przed jakimiś wyborami postanowił dać wyborcom „prezent” w postaci niższych od rynkowych cen benzyny czy ON. Zresztą podobny eksperyment w 2021 roku na Węgrzech wprowadził rząd Victora Orbana. Skończyło się to po roku, gdy rząd zniósł ceny urzędowe, aby uniknąć niedoborów paliw na stacjach. Aby ekipa premiera Tuska nie powtórzyła błędów premiera Orbana.





























































