Po agresji Rosji na Ukrainę szacuje się, że polskie budowy straciły co trzeciego pracownika z Ukrainy. Stało się to dużym obciążeniem dla branży, która od lat mierzy się z deficytem rąk do pracy. Jeżeli problem ten dołoży się do innych, które trapią sektor, może dojść do przerw w realizacji inwestycji.


Branża budowlana w Polsce musi mierzyć się z kilkoma wyzwaniami, takimi jak niedobór materiałów, wzrost ich cen oraz brak pracowników. Deficyt na rynku pracy dotyka sektor od lat, lecz nabrał on teraz na znaczeniu w obliczu odpływu pracowników z Ukrainy, którzy wrócili do swojego kraju walczyć z agresorem.
Jednak wyjazd Ukraińców nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na trudną sytuację branży. Zdaniem ekspertów, w naszym kraju brakuje m.in. odpowiedniego wsparcia edukacji kierunków branżowych, ale też kluczowe jest poprawienie warunków zatrudnienia przez pracodawców. Bez wzrostu wynagrodzeń i bez spopularyzowania zatrudniania na umowie o pracę, nie uda się załatać dziury wśród specjalistów.
Pracownicy na wagę złota
– Organizacje zrzeszające pracodawców szacują, że jeszcze przed napaścią Rosji na Ukrainę brakowało w firmach do czterdziestu procent pracowników. To chyba przesada, ale wyraźny niedobór występował i występuje nadal – tłumaczy w rozmowie z Bankier.pl Zbigniew Janowski, przewodniczący Związku Zawodowego Budowlani.
Zgodne z danymi Barometru Zawodów 2022 branża budowlana ma największą liczbę zawodów deficytowych spośród wszystkich funkcjonujących w polskiej gospodarce. Tych zawodów jest łącznie dziewięć, a na liście znaleźli się m.in. betoniarze i zbrojarze, brukarze, cieśle i stolarze budowlani oraz murarze.

Dużą grupę spośród pracowników wykonujących tez zawody tworzą obywatele Ukrainy. Ich wyjazd z Polski, motywowany chęcią lub koniecznością wstąpienia do wojska, może pogłębić problem. I choć to pracownicy z Ukrainy wykonywali głównie prace proste, wskazywane jako deficytowe, tak pracodawcy zgłaszają trudności ze znalezieniem wykwalifikowanych specjalistów.
– Zapotrzebowanie na wysoce wyspecjalizowaną kadrę inżynierską i kierowniczą w branży budowlanej ciągle rośnie, a nowych kandydatów na rynku nie przybywa aż tylu, aby zaspokoić obecne potrzeby. W ostatnich latach obserwujemy niestety trend zmniejszenia zainteresowania kierunkami studiów związanymi z branżą budowlaną – opowiada w rozmowie z Bankier.pl Patrycja Sidło, Executive Recruitment Consultant w HRK Real Estate & Construction
– Dziś opóźnienia widzimy w prawie wszystkich segmentach rynku budowlanego. W realizacji dużych zamówień publicznych, główną przyczyną opóźnień są rosnące lawinowo ceny wyrobów budowlanych czy brak niektórych materiałów, choćby stali. Nie pomagają też nieczytelne zasady waloryzacji i indeksacji kontraktów. Ale też kolejną przyczyną opóźnień jest właśnie brak specjalistów, szczególnie odczuwalny przez indywidualnych inwestorów – wyjaśnia Zbigniew Janowski.
Zdaniem ekspertów konieczne są zmiany, aby zapełnić lukę na rynku pracy. Pierwsza zmiana, niezależna od samej branży, powinna dotyczyć rozwiązań systemowych. Konieczne jest uatrakcyjnienie system szkolenia i zachęcenie uczniów do nauki na kierunkach związanych z branżą.
– Tylko około dwadzieścia procent niezbędnych, wykwalifikowanych pracowników placu budowy kształci się w systemie szkolnictwa. Reszta uzyskuje niezbędne umiejętności w systemie pozaformalnym, czyli na kursach, szkoleniach czy w formie przyuczenia w firmach. Dla młodych ludzi kształcenie w budownictwie jest zwykle trzecim, czwartym wyborem na ścieżce edukacyjnej. Praca jest może satysfakcjonująca, ale trudna i trudno przewidywalna, wymagająca przemieszczania się – tłumaczy Zbigniew Janowski.
Jednocześnie nasz rozmówca wskazuje źródła niewielkiego zainteresowania uczniów rozwojem zawodowym ukierunkowanym na branżę budowlaną. Są nimi trudności samej pracy, ale i bycie w ciągłym rozjeździe, z uwagi na zmieniające się inwestycje, praca w branży nie jest odpowiednio wynagradzana i nie zapewnia pracownikom stabilności, w postaci zatrudnienia w oparciu o umowę o pracę.
– Trudno zainwestować kilka lat na naukę w szkole branżowej czy w technikum, po czym liczyć na doraźne zatrudnienie na umowy o pracę na czas określony lub umowy cywilnoprawne. Choć są tacy, którzy inwestują, ale oni liczą na wyjazd do krajów, w których rynek pracy jest bardziej przewidywalny, a zarobki wciąż cztery razy wyższe niż w Polsce – podsumowuje nasz ekspert.
Dodatkowo Patrycja Sidło zauważa, że wymagania pracowników co do wysokości wynagrodzenia zwiększają się od blisko dwóch lat, a powiększanie się deficytu wśród konkurentów może to jeszcze przyśpieszyć.
– Obserwujemy, że firmy z branży budowlanej nierzadko muszą prześcigać się w walce o kandydata, proponując coraz to atrakcyjniejsze warunki pracy. Przed marcem 2020 roku kandydaci z branży budowlanej oczekiwali przy zmianie pracy najczęściej wzrostu wynagrodzenia o od pięciu do dwudziestu procent, natomiast w tym momencie mówimy już o od dziesięciu do trzydziestu procent. Chodzi tu o kandydatów, którzy nie szukają aktywnie nowego miejsca pracy, a posiadają kompetencje, które są obecnie poszukiwane przez pracodawców – tłumaczy Patrycja Sidło
Czy otworzenie granic rozwiąże problem?
Zdaniem Konfederacji Lewiatan konieczna jest zmiana prawa, które reguluje ubieganie się przez cudzoziemców pozwolenia do pracy w oparciu o oświadczenie. Jest to najprostsza, najkrótsza, ale też najtańsza droga do zalegalizowania pracy obcokrajowców w naszym kraju. Jednak w świetle obecnie obowiązujących przepisów dotyczy ona jedynie obywateli sześciu krajów, tzn. Ukrainy, Armenii, Gruzji, Białorusi, Mołdawii i Rosji.
– W grupie osób uciekających przed wojną przeważają kobiety i dzieci. Te osoby nie wesprą budownictwa. Stąd w dalszym ciągu dla takich sektorów dostrzegamy potrzebę rozszerzenia systemu oświadczeń o powierzeniu pracy na większą liczbę krajów niż dotychczas. Innym ważnym rozwiązaniem mogłoby być uprzywilejowanie określonych zawodów i kwalifikacji w procesie dostępu do polskiego rynku pracy – opowiada w rozmowie z Bankier.pl Mariusz Zielonka, ekspert ekonomiczny Konfederacji Lewiatan.
Jednak samo umożliwienie pracy większej liczbie imigrantom nie sprawi, że deficyt w poszczególnych branżach zniknie. Zdaniem Zbigniewa Janowskiego już przed wybuchem wojny obywatele z Ukrainy pracujący na budowach opuszczali Polskę, ponieważ ich również dotyczyły bolączki wszystkich pracowników z branży – czyli niskie wynagrodzenia w porównaniu do reszty krajów UE oraz brak umów o pracę.
– Bez imigrantów polskie budownictwo już dziś nie może funkcjonować. Wojna spowodowała odpływ około 1/3 ukraińskich pracowników budowlanych z Polski. Choć nawet przed rosyjską agresją obserwowaliśmy powolny odpływ tych pracowników do bardziej atrakcyjnych rynków Unii Europejskiej. Tymczasem w Polsce niewiele robi się, aby imigranci chcieli zostać na dłużej. Nie można liczyć na to, że ukraińscy pracownicy będą trzymali się polskiego rynku pracy tylko dlatego, że mają bliżej do domu niż z Niemiec, Belgii, Francji czy Szwecji – podsumowuje ekspert.
































































