Jeśli przeszłość jest wiarygodnym drogowskazem, to istnieje dobra szansa, że zbliżamy się do apogeum tegorocznej paliwowej drożyzny. Statystycznie ceny paliw w Polsce po lipcu zaczynały spadać.


Drugi tydzień lipca przyniósł znaczny wzrost cen paliw. Przy dystrybutorach było już prawie tak drogo jak pod koniec maja, gdy było najdrożej od prawie czterech lat. Według danych BM Reflex średnia detaliczna cena litra benzyny bezołowiowej wzrosła o 7 groszy, do 5,12 zł. Litr oleju napędowego również podrożał o 7 groszy, do 5,09 zł.
Wzorzec benzynowy
Istnieje jednak szansa, że były to już ostatnie tak silne podwyżki cen paliw w tym roku. Tak by przynajmniej wynikało z sezonowego wzorca. Jeśli bowiem uśrednimy ścieżkę zmian detalicznych cen benzyny (licząc względem początku roku), to rysuje się dość wyraźna regularność: paliwa drożeją od lutego do (mniej więcej) połowy lipca, po czym tanieją w zasadzie już do końca roku. Co więcej, jest to reguła, od której wyjątki należą do rzadkości.
W latach 2005-17 tylko dwa razy zdarzyło się, aby benzyna na koniec roku były najdroższa w całym roku. Tak było tylko w 2010 i 2011. Ponadto w roku ubiegłym mieliśmy do czynienia z ciekawą anomalią, kiedy to tygodnie letnie i wiosenne charakteryzowały się najniższymi poziomami cen w całym roku. Zazwyczaj paliwa są najdroższe w szczycie sezonu urlopowego – czyli w lipcu. Ze schematu wyłamały się jeszcze lata 2005 i 2007, kiedy to ceny po osiągnięciu wakacyjnego piku nie chciały spadać aż do późnej jesieni.
Czy tym razem będzie jak zwykle?
Nanosząc tegoroczną ścieżkę średniej detalicznej ceny benzyny w Polsce na wieloletni wzorzec, otrzymujemy obraz dość zgodny z regułą. Owszem, tegoroczny „wyskok” w maju był silniejszy od średniej (efekt kumulacji dwóch długich weekendów?), ale już czerwcowo-lipcowe podwyżki dowiozły nas niemal dokładnie w punkt sezonowego wzorca. Ceny są obecnie o 9 proc. wyższe niż na początku roku oraz aż o 17 proc. wyższe niż rok temu.
Jeśli wszystko potoczy się zgodnie ze średnią, to kolejne tygodnie powinny przynieść stabilizację cen paliw na dość wysokich poziomach. Znaczących obniżek można by się spodziewać dopiero gdzieś w okolicach 40. tygodnia roku – czyli dopiero na początku października. Na krótką metę szansę na realizację tego scenariusza stwarza fakt, że już w zeszłym tygodniu zaobserwowano spadek hurtowych cen benzyny i ON o ok. 6 gr/l.
Czy nowy podatek złamie wzorzec?
Pamiętajmy przy tym, że całą prognozę opieramy o bardzo prymitywny matematyczny model. W rzeczywistości na ceny przy dystrybutorach dominujący wpływ mają trzy czynniki: podatki, kurs ropy naftowej i kurs dolara do złotego. Ten pierwszy czynnik jest (względnie) stały w czasie, choć władza co jakiś czas zwiększa daniny pobierane od kierowców. I tak od 1 stycznia 2019 roku pojawi się nowy podatek, zwany oficjalnie „opłatą emisyjną”. Oznacza on paliwa droższe o ok. 10 groszy na litrze. Przy czym nie oznacza to, że ceny wzrosną dokładnie w sylwestra o północy. Państwowe koncerny paliwowe zapewne zrobią wszystko, aby ukryć fakt wprowadzenia nowego podatku. Oczekiwałbym zatem stopniowego i powolnego podnoszenia cen hurtowych (np. o grosz na litrze co miesiąc). Tak, aby trudniej było udowodnić bezpośredni związek pomiędzy wprowadzeniem podatku a poziomem cen detalicznych. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że po podniesieniu opodatkowania paliw, ich ceny będą wyższe, niż byłyby, gdyby opłaty emisyjnej nie wprowadzono (ceteris paribus).
Choć podatki już teraz stanowią mniej więcej połowę ceny detalicznej litra benzyny i oleju napędowego, to jednak największy wpływ na zmiany kosztów tankowania mają notowania ropy na rynkach światowych oraz kurs USD/PLN. Ropa Brent jest obecnie (17 lipca) o 47 proc. droższa niż rok temu. Ale nieudany atak na poziom 80 USD za baryłkę oraz zwiększenie limitów wydobycia przez OPEC i rekordowa ilość surowca ze Stanów Zjednoczonych dają nadzieję na zatrzymanie galopady cen. Już teraz ropa Brent jest o prawie 10 proc. tańsza, niż była pod koniec czerwca.
Pewien oddech kierowcom dał także rynek walutowy. Po fatalnej dla złotego wiośnie początek lipca przyniósł niemalże już tradycyjną spadkową korektę na parze euro-złoty. Dzięki temu chwilę wytchnienia we wzrostach odnotowaliśmy na naszej kluczowej „naftowej” parze walutowej – czyli kursie dolara amerykańskiego. „Zielony” kosztuje obecnie 3,67 zł, a więc jest o 13 groszy tańszy niż na początku miesiąca. Kombinacja nieco tańszej ropy i nieco mocniejszego złotego (czyli tańszego dolara) sprawia, że surowiec kupowany przez polskie rafinerie tanieje (licząc w PLN już o 11 proc. względem czerwcowego maksimum), co pozwala na spadek cen w hurcie i potem w konsekwencji także w detalu.
Krzysztof Kolany




























































