REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Zadyszka na rynku ładowania samochodów elektrycznych. Rozwój infrastruktury przyhamował

2024-11-17 12:00
publikacja
2024-11-17 12:00

Bardzo powolny, ale stabilny wzrost na rynku samochodów elektrycznych - tak sytuację swojej branży oceniają firmy, które w niej działają. Zauważają także delikatną zadyszkę spowodowaną dość niską dynamiką rozwoju infrastruktury ładowania względem oczekiwań, co przekłada się na popyt aut. Elektromobilny biznes liczy na działania, które mogłyby pobudzić rynek. 

Zadyszka na rynku ładowania samochodów elektrycznych. Rozwój infrastruktury przyhamował
Zadyszka na rynku ładowania samochodów elektrycznych. Rozwój infrastruktury przyhamował
fot. PaulSat / / Shutterstock

Jak wskazuje Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR, od początku roku do końca października zarejestrowano w Polsce 12 496 osobowych samochodów elektrycznych. Mamy do czynienia ze wzrostem w liczbach bezwzględnych, ale spada udział takich aut w całym rynku. PZPM podaje, że rynek BEV w ciągu pierwszych 10 miesięcy wzrósł o 1,2 proc., za to udział elektryków w ogólnej sprzedaży spadł o 0,4 pp. w ujęciu rocznym (do 3,1 proc.). Taki sam trend (spadek o 0,9 pp.), ale przy czterokrotnie większej penetracji rynku widoczny był w Unii Europejskiej. Jak wskazuje PZPM, w najbliższych miesiącach pewnie będzie obserwowany spadek rejestracji elektrycznych samochodów osobowych, ponieważ nabór wniosków do programu dopłat „Mój elektryk” najprawdopodobniej zostanie ponownie uruchomiony dopiero wiosną 2025 roku. Jak wskazują przedstawiciele rynku, pewne wyhamowanie tempa rozwoju widać także w infrastrukturze ładowania. 

- Polski rynek elektryków zmienia się i może nie rośnie dynamicznie, ale stabilnie. Przeżywamy drobną zadyszkę pod względem liczby montowanych stacji, czyli ta infrastruktura nie rozwija się tak dynamicznie, jak byśmy tego oczekiwali, co niestety w konsekwencji przekłada się też na popyt aut i generalnie na cały rynek. Więc tutaj widzimy, że jest potrzebna jakaś stymulacja rynku, żebyśmy mogli ruszyć z tego miejsca, w którym utknęliśmy - mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Samborski, prezes GARO Polska, producent stacji do ładowania pojazdów.

Branża zwraca uwagę m.in. na obowiązujące od kwietnia 2024 roku unijne rozporządzenie AFIR (Alternative Fuel Infrastructure Regulation), którego głównym celem jest szybszy rozwój infrastruktury do ładowania zeroemisyjnych pojazdów na terenie UE. Zgodnie z przepisami łączna moc infrastruktury ładowania w Polsce powinna zostać dostosowana do liczby zarejestrowanych samochodów z napędem elektrycznym, a wzdłuż sieci TEN-T muszą zostać rozmieszczone maksymalnie co 60 km strefy ładowania dla zeroemisyjnych pojazdów osobowych i dostawczych. Jak wynika z „Licznika AFIR” publikowanego przez Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności, w zakresie łącznej mocy infrastruktury w perspektywie krótkoterminowej poziom realizacji celów AFIR można uznać za zadowalający. Bardzo dużym wyzwaniem pozostaje rozbudowa stref ładowania wzdłuż tras TEN-T - pokrycie sieci waha się od 0 proc. (strefy dla samochodów ciężarowych) do maksymalnie 10 proc. (strefy dla samochodów osobowych wzdłuż sieci bazowej). Polska jest zdecydowanie dalej od wypełnienia celów rozporządzenia niż w zakresie obowiązków związanych z mocą infrastruktury. Jeśli chodzi o sieć bazową, obowiązki wynikające z AFIR (na lata 2025 i 2027) są obecnie zrealizowane odpowiednio w ok. 9 proc. i 3,5 proc. To praktycznie identyczny poziom realizacji celów jak po drugim kwartale br. - wskazuje „Licznik AFIR”.

- Rozporządzenie AFIR zdecydowanie stawia wysokie wymagania w stosunku do nas. Problemem, z którym się mierzymy, jest to, że dostępność przyłączy energetycznych nie jest tak duża albo taka oczywista, jak mogłoby się wydawać. Tutaj jest zdecydowanie duże pole do popisu dla firm zajmujących się dystrybucją i produkcją energii, żeby tę infrastrukturę móc jak najszybciej i elastycznie rozbudować, żeby zapewnić miejsca do postawienia punktów, które wymaga od nas to rozporządzenie - zauważa Marek Samborski. - Te cele są rzeczywiście bardzo ambitne i to wszystko zależy od tego, jak dużo energii do tego przyłożymy i jak mocno się w to zaangażujemy. Wydaje mi się, że odpowiednia stymulacja ze strony naszego rządu zdecydowanie powinna pomóc sprostać tym wymaganiom.

Wakacje na giełdzie

Wśród czynników, które mogłyby przyspieszyć rozwój branży elektryków, jest poprawa infrastruktury elektroenergetycznej w Polsce oraz dementowanie często nieprawdziwych, informacji o samochodach elektrycznych. Wiele obiegowych opinii dotyczących np. zasięgu czy czasu ładowania to już nieaktualne dane, pochodzące z czasów, kiedy rynek takich aut dopiero raczkował. 

- Infrastruktura na pewno jest krytyczna i niezbędna do tego, żeby mogła ruszyć sprzedaż aut elektrycznych. Dobra prasa samochodów elektrycznych też nam jest potrzebna i trochę nie rozumiem, dlaczego jej nie ma, bo te samochody mają same zalety i ja nie się za bardzo mogę dopatrzyć wad. Te auta to już nie są te auta, które były kilka lat temu, z krótkimi zasięgami i z długimi czasami ładowania. Moce, które teraz są w stanie te auta przyjąć i jak szybko się naładować, powinny otworzyć drogę do tego, żeby przysłowiowy Kowalski mógł zacząć rozmyślać o zakupie - mówi prezes GARO Polska.

Tutaj kluczowa jest także cena auta elektrycznego, która wciąż jest zbyt wysoka dla przeciętnego konsumenta. Dlatego eksperci wskazują, że potrzebne są dalsze dopłaty do zakupu zeroemisyjnych aut oraz szersza oferta różnych producentów, uwzględniająca również mniejsze i tańsze auta.  

- Wsparcie dość mocno wyhamowało, były wybory nasze krajowe, ale też do europarlamentu. I to momentum, które było, dość mocno się zmniejszyło. Potrzebujemy z powrotem dość dużo energii włożyć w to, żeby to zrestartować i żebyśmy mogli wrócić do tego poziomu, kiedy te samochody były języczkiem u wagi - podsumowuje Marek Samborski.

PZPM podkreśla, że dobrą wiadomością jest to, że zostały zaaprobowane dwa nowe programy wsparcia - do zeroemisyjnych pojazdów ciężarowych i do budowy infrastruktury do nich. Na oba te programy zostaną w sumie przeznaczone 4 mld zł, co powinno skutkować m.in. wzrostem liczby rejestracji zeroemisyjnych pojazdów ciężarowych.

Źródło:
Tematy
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają
Nie tylko 0 zł za konto. Sprawdź, które rachunki firmowe naprawdę się opłacają

Komentarze (6)

dodaj komentarz
stain
Bajki opowiadają. Problemem nie jest brak komercyjnych ładowarek - bo sens i ekonomika elektryfikacji na obecnym poziomie rozwoju tej technologii polega na jeżdżeniu wokół komina tanim autkiem ładowanym z domowej instalacji. Mówię o upowszechnieniu, nie o eko-wyznawcach, gadżeciażach i elektro-entuzjastach
stain
A ładowanie w komercyjnej ładowarce oznacza koszt przejazdu kilometra taki sam albo wyższy niż w spaliniaku. Widzę tych ładowarek trochę na mieście, ale rzadko kogoś do nich podłączonego
sammler
A co ma opowiadać człowiek, który reprezentuje producenta tych ładowarek, których obecnie mało kto chce od niego kupować?

Z drugiej jednak strony powinieneś zadać sobie pytanie: czy chcemy nadal kręcić się wokół tego komina, czy jednak traktować EV jako doskonały substytut samochodu (spalinowego). Bo jeśli to drugie, to co
A co ma opowiadać człowiek, który reprezentuje producenta tych ładowarek, których obecnie mało kto chce od niego kupować?

Z drugiej jednak strony powinieneś zadać sobie pytanie: czy chcemy nadal kręcić się wokół tego komina, czy jednak traktować EV jako doskonały substytut samochodu (spalinowego). Bo jeśli to drugie, to co jest tego warunkiem koniecznym? Właśnie rozwój sieci ładowania, tak jak kiedyś rozwój stacji paliw (wcześniej ropę naftową kupowało się w aptece). Różnica jest jednak obecnie taka, że stacje paliw miały jako konkurencję trakcję... owsianą (czyli konie), gdy obecnie EV muszą konkurować z - nadal lepszymi - substytutami. Jeżeli więc jakiekolwiek rządowe inwestycje w ten sektor mają sens, to NIE DOPŁATY do zakupu aut dla WYBRANYCH (nawet w artykule napisano, że największym beneficjentem są leasingodawcy, od których auta - w odróżnieniu od spalinowych - biorą wcale NIE floty, tylko JDG, czyli lekarze, prawnicy itd.), tylko właśnie inwestycje infrastrukturalne - tam, gdzie jednostka tego sama nie ogarnie. Po to - kiedyś - jednostki zorganizowały się w struktury państwowe!

Państwo powinno jak najmniej ingerować w procesy gospodarcze (skupiając się na bezpieczeństwie zewnętrznym i wewnętrznym, w tym służbie zdrowia, obronności, policji, polityce zagranicznej itd., oraz edukacji i polityce demograficznej). A jeśli już ingeruje, to właśnie tam, gdzie mowa o tzw. usługach publicznych i publicznej - czyli dostępnej na równych prawach dla KAŻDEGO - infrastrukturze. Właśnie dlatego, że państwo NIE MA własnych pieniędzy - dystrybuuje to, co ściągnie od osób sobie podległych. I WYŁĄCZNIE na ich WSPÓLNĄ rzecz ma działać.

ŻADNYCH dopłat do aut, kredytów itp. rozwiązań, które są dostępne dla wybranych.
sammler odpowiada stain
Bo ładowanie się to ślepa uliczka, w którą jednak zabrnęliśmy... Gdybyśmy mieli czekać na "tokomaka w słoiku" (który moim zdaniem jest ostatecznym rozwiązaniem kwestii samochodów na prąd), moglibyśmy się go nie doczekać przed końcem eksploatacji złóż ropy na Ziemi (a NIC nie wskazuje na to, by miała ona być na innych obiektach,Bo ładowanie się to ślepa uliczka, w którą jednak zabrnęliśmy... Gdybyśmy mieli czekać na "tokomaka w słoiku" (który moim zdaniem jest ostatecznym rozwiązaniem kwestii samochodów na prąd), moglibyśmy się go nie doczekać przed końcem eksploatacji złóż ropy na Ziemi (a NIC nie wskazuje na to, by miała ona być na innych obiektach, typu Księżyc, bo wymaga materii organicznej... w odróżnieniu od licznych pierwiastków, które na Ziemi mają dużą wartość).

Tylko że nawet tę ślepą uliczkę można było zaprojektować lepiej, np. jak robi to Nio (czyli wymieniając baterie na stacjach wymiany), niż idąc po linii absolutnie najmniejszego oporu, czyli ładować auto jak... telefon. Ktoś powie: a co to za różnica? Ano właśnie zasadnicza. Bo własność baterii, która jest najdroższym i najbardziej ryzykownym "składnikiem" EV, za który trzeba zapłacić nieproporcjonalnie dużą "entry fee" OD RAZU wiedząc, że zużyta będzie po 5 latach podstawowym problemem przy odsprzedaży (czyniąc z EV wyrób jednorazowy) jest w zasadzie największą barierą w rozwoju elektromobilności (zaraz po braku stacji ładowania, co zresztą się ze sobą łączy przecież). Gdyby nie trzeba było płacić za baterię (w rozumieniu jednostki), a tylko za jej używanie (gdzie odpowiedzialność za jej sprawność przejmowałby producent), to byłaby zupełnie inna jakość...

A dlaczego tak to wymyślono? Bo gdyby oprzeć się na modelu wymienialnych baterii, koszty budowy stacji, serwisowania i samych baterii musieliby w większości (koszty stałe plus amortyzację) ponieść producenci samochodów. Oni po prostu poszli na łatwiznę, przerzucając problem na klientów.

Posiadanie dziś elektryka (w Polsce) to najlepszy test IQ xD
stain odpowiada sammler
No o tym przecież piszę. Na obecnym etapie rozwoju tej technologii samochód na baterie nie jest pełnoprawnym substytutem spaliniaka. Może kiedyś będzie, ale próba przypisywania mu obecnie takiej roli jest w 100% na siłę. Więc oczywiście, żadnych dopłat, subwencji itp. To się musi stać samoistnie. Albo nie stać, bo ekonomika technologii No o tym przecież piszę. Na obecnym etapie rozwoju tej technologii samochód na baterie nie jest pełnoprawnym substytutem spaliniaka. Może kiedyś będzie, ale próba przypisywania mu obecnie takiej roli jest w 100% na siłę. Więc oczywiście, żadnych dopłat, subwencji itp. To się musi stać samoistnie. Albo nie stać, bo ekonomika technologii skręci w inną stronę - np. ogniw wodorowych
samsza
niech sobie sami finansują tę infrastrukturę do ładowania

Powiązane: Elektromobilność

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki